Mosze, Miszka szuka przeszłości. Reportaż
15.08.2011
, aktualizacja: 15.08.2011 20:24
Pierwszej nocy w Białymstoku Miszka Zylbersztajn nie mógł spać. Spadła na niego chmara obrazów, wykrzywionych i groźnych. Było tam płonące getto, jama w śniegu, królik ledwie odarty ze skóry, a już połykany chciwie, wreszcie ulica Brukowa do niczego niepodobna.
Białystok, sierpień 2001 roku.
Miszka Zylbersztajn, jego żona Adina i przyjaciółka Miriam Jahaw siedzą w przytulnym zajeździe na ulicy Warszawskiej. Za oknem rozprażone słońcem miasto gada po swojemu, trąbią klaksony, ludzie wystawiają twarze do słońca. Trójka przyjaciół, zagłębiona w fotelach, rozmawia cicho, przegląda zdjęcia, łowi każdy szmer z ulicy. Szukają odgłosów, znanych z przeszłości.
Miszka i Miriam to dziś starsi państwo, oboje o przenikliwym, ale pogodnym spojrzeniu. Przed 60 laty Miriam miała długie czarne warkocze, a Miszka - niesforną kędzierzawą czuprynę. Oboje biegali po tych samych białostockich ulicach, choć nie mieli o sobie pojęcia. Musiało minąć pół wieku, żeby dowiedzieli się o swoim istnieniu. Dzisiaj, po 50 latach z okładem, znów są w rodzinnym mieście. Miriam pomaga Miszce odnaleźć tu jego własne ślady.
Miszka zaraz wstanie z fotela, weźmie kulę i po raz drugi od pół wieku będzie chodził po Białymstoku. Przemierzy swoje rodzinne ulice wzdłuż i wszerz. I znów będzie miał kłopoty z ich rozpoznaniem.
Okropności zjadły pamięć
Tak naprawdę Miszka Zylbersztajn to Mosze Kornblat. Ale Miszka Zylbersztajn nie miał o tym pojęcia przez 57 lat. Jego wiedza była niewielka: Zylbersztajn to nazwisko, które do kilkunastoletniego Miszki ktoś przylepił w 1945 roku. Wojna się właśnie skończyła, świat po szaleństwach Hitlera odetchnął z ulgą, każdy, kto nazwiska nie miał, musiał je nabyć. A Miszka swego nazwiska nie pamiętał. Wszystko, co wydarzyło się przed 1943 rokiem, to była dla niego czarna dziura. Dziurę trzeba było czymś zalepić. Na przykład nowym nazwiskiem.
Miszka okropności przeżył tyle, że mógłby obdzielić nimi pół miasta. One zjadły mu pamięć - tak mówi. Nie pamiętał, jak się nazywa, kiedy przyszedł na świat, kim był jego ojciec, kim matka. Zapamiętał tylko tyle, że urodził się w Białymstoku.
I właśnie w Białymstoku historia zatoczyła koło. To było przed rokiem. Miszka spotkał Miriam na ulicy Żabiej, przy obelisku poświęconym pamięci pomordowanych Żydów. Rozmawiał z nią długo.
Warto było. Dzięki Miriam Miszka odnalazł swoją tożsamość.
Getto depcze po piętach
Białystok, sierpień 1943 roku. Mosze Kornblat ma jedenaście lat, mieszka w getcie. Chyba z rodziną. Chyba - bo niewiele teraz pamięta. Getto głoduje. Małemu chłopcu łatwiej przemknąć obok strażników, wybiega więc z getta wiele razy po chleb, kartofle, cokolwiek do jedzenia. Raz się nie udaje. Niemcy Miszkę łapią, biją do krwi, stawiają pod murem. Chłopiec myśli: to już koniec. Zamyka oczy. Ale Opatrzność Miszkę sobie upatrzyła. Miszka oczy otworzył i szybko uskoczył w bok. Biegł długo i z życiem zdołał ujść chyba cudem. Tej samej nocy wyszedł z getta. Nie pamięta, czy ustalał coś wcześniej z rodziną. Ani gdzie była w tym samym czasie. Po prostu - przeskoczył przez mur i wybiegł. Biegł, szedł, biegł - nie pamięta, jak długo.
Cały czas miał wrażenie, że getto depcze mu po piętach, trupy leżące na ulicach ożywają, domy płoną. Przystawał na moment i znów zrywał się do biegu. Mijały godziny, dzień zlewał się z nocą, kilkunastoletniemu chłopcu wszystko się poplątało. Wyczerpany padał na trawę pod drzewem, zasypiał i znów się zrywał.
Po kilku dniach napotkał miasto. To było Grodno. Z daleka zobaczył jednak Niemców, odszedł więc czym prędzej. Pod miastem, na polu zaczepił rolników. Dali Miszce kawałek chleba, wody. Zapytali: - Kto ty jesteś, chłopcze? Skąd idziesz?
Miszka zamarł. - Może naślą Niemców, jak dowiedzą się, że jestem Żyd? - myśli tłukły mu się po głowie. Przypomniał sobie jednak naprędce jakieś polskie nazwisko, powiedział. Chłop uwierzył, zaproponował pracę.
Przez miesiąc Miszka był pastuchem.
Krzyż to spokój
Chłop, który przygarnął Miszkę, miał małe dzieci.
- Widziałem, jak się modlą. Patrzyłem uważnie: prawą rękę przykładają do czoła, potem na pierś, potem do ramienia... Niby dzieci, a miny miały takie poważne... Nauczyłem się robić tak samo - opowiada Zylbersztajn.
Po miesiącu we wsi pojawiło się gestapo, Miszka musiał znów uciekać.
Ale od tej pory - jakoś tak się złożyło - krzyże stojące na rozdrożach Miszkę ratowały. Zdarzyło się, że tułającego się zaczepili policjanci. Obok stał krzyż polny. Chłopiec w najwyższym przerażeniu zaczął krzyczeć, zaciągając z chłopska: - Panie, ja katolik! I instynktownie zaczął się żegnać. Najpierw histerycznie, potem coraz spokojniej. Z czasem ruchy dłoni były coraz mniej automatyczne. Policjanci odeszli.
Miszka Zylbersztajn, jego żona Adina i przyjaciółka Miriam Jahaw siedzą w przytulnym zajeździe na ulicy Warszawskiej. Za oknem rozprażone słońcem miasto gada po swojemu, trąbią klaksony, ludzie wystawiają twarze do słońca. Trójka przyjaciół, zagłębiona w fotelach, rozmawia cicho, przegląda zdjęcia, łowi każdy szmer z ulicy. Szukają odgłosów, znanych z przeszłości.
Miszka i Miriam to dziś starsi państwo, oboje o przenikliwym, ale pogodnym spojrzeniu. Przed 60 laty Miriam miała długie czarne warkocze, a Miszka - niesforną kędzierzawą czuprynę. Oboje biegali po tych samych białostockich ulicach, choć nie mieli o sobie pojęcia. Musiało minąć pół wieku, żeby dowiedzieli się o swoim istnieniu. Dzisiaj, po 50 latach z okładem, znów są w rodzinnym mieście. Miriam pomaga Miszce odnaleźć tu jego własne ślady.
Miszka zaraz wstanie z fotela, weźmie kulę i po raz drugi od pół wieku będzie chodził po Białymstoku. Przemierzy swoje rodzinne ulice wzdłuż i wszerz. I znów będzie miał kłopoty z ich rozpoznaniem.
Okropności zjadły pamięć
Tak naprawdę Miszka Zylbersztajn to Mosze Kornblat. Ale Miszka Zylbersztajn nie miał o tym pojęcia przez 57 lat. Jego wiedza była niewielka: Zylbersztajn to nazwisko, które do kilkunastoletniego Miszki ktoś przylepił w 1945 roku. Wojna się właśnie skończyła, świat po szaleństwach Hitlera odetchnął z ulgą, każdy, kto nazwiska nie miał, musiał je nabyć. A Miszka swego nazwiska nie pamiętał. Wszystko, co wydarzyło się przed 1943 rokiem, to była dla niego czarna dziura. Dziurę trzeba było czymś zalepić. Na przykład nowym nazwiskiem.
Miszka okropności przeżył tyle, że mógłby obdzielić nimi pół miasta. One zjadły mu pamięć - tak mówi. Nie pamiętał, jak się nazywa, kiedy przyszedł na świat, kim był jego ojciec, kim matka. Zapamiętał tylko tyle, że urodził się w Białymstoku.
I właśnie w Białymstoku historia zatoczyła koło. To było przed rokiem. Miszka spotkał Miriam na ulicy Żabiej, przy obelisku poświęconym pamięci pomordowanych Żydów. Rozmawiał z nią długo.
Warto było. Dzięki Miriam Miszka odnalazł swoją tożsamość.
Getto depcze po piętach
Białystok, sierpień 1943 roku. Mosze Kornblat ma jedenaście lat, mieszka w getcie. Chyba z rodziną. Chyba - bo niewiele teraz pamięta. Getto głoduje. Małemu chłopcu łatwiej przemknąć obok strażników, wybiega więc z getta wiele razy po chleb, kartofle, cokolwiek do jedzenia. Raz się nie udaje. Niemcy Miszkę łapią, biją do krwi, stawiają pod murem. Chłopiec myśli: to już koniec. Zamyka oczy. Ale Opatrzność Miszkę sobie upatrzyła. Miszka oczy otworzył i szybko uskoczył w bok. Biegł długo i z życiem zdołał ujść chyba cudem. Tej samej nocy wyszedł z getta. Nie pamięta, czy ustalał coś wcześniej z rodziną. Ani gdzie była w tym samym czasie. Po prostu - przeskoczył przez mur i wybiegł. Biegł, szedł, biegł - nie pamięta, jak długo.
Cały czas miał wrażenie, że getto depcze mu po piętach, trupy leżące na ulicach ożywają, domy płoną. Przystawał na moment i znów zrywał się do biegu. Mijały godziny, dzień zlewał się z nocą, kilkunastoletniemu chłopcu wszystko się poplątało. Wyczerpany padał na trawę pod drzewem, zasypiał i znów się zrywał.
Po kilku dniach napotkał miasto. To było Grodno. Z daleka zobaczył jednak Niemców, odszedł więc czym prędzej. Pod miastem, na polu zaczepił rolników. Dali Miszce kawałek chleba, wody. Zapytali: - Kto ty jesteś, chłopcze? Skąd idziesz?
Miszka zamarł. - Może naślą Niemców, jak dowiedzą się, że jestem Żyd? - myśli tłukły mu się po głowie. Przypomniał sobie jednak naprędce jakieś polskie nazwisko, powiedział. Chłop uwierzył, zaproponował pracę.
Przez miesiąc Miszka był pastuchem.
Krzyż to spokój
Chłop, który przygarnął Miszkę, miał małe dzieci.
- Widziałem, jak się modlą. Patrzyłem uważnie: prawą rękę przykładają do czoła, potem na pierś, potem do ramienia... Niby dzieci, a miny miały takie poważne... Nauczyłem się robić tak samo - opowiada Zylbersztajn.
Po miesiącu we wsi pojawiło się gestapo, Miszka musiał znów uciekać.
Ale od tej pory - jakoś tak się złożyło - krzyże stojące na rozdrożach Miszkę ratowały. Zdarzyło się, że tułającego się zaczepili policjanci. Obok stał krzyż polny. Chłopiec w najwyższym przerażeniu zaczął krzyczeć, zaciągając z chłopska: - Panie, ja katolik! I instynktownie zaczął się żegnać. Najpierw histerycznie, potem coraz spokojniej. Z czasem ruchy dłoni były coraz mniej automatyczne. Policjanci odeszli.
- 2 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
9 głosów
-
Mosze, Miszka szuka przeszłości. Reportaż
swieddlow
16.08.11, 00:50
Dosc już tej martyrologii i męczeństwa. »
-
Mosze, Miszka szuka przeszłości. Reportaż
wolnapolka1
24.08.11, 22:46
Dzielny chłopczyk. Polubiłam go, a ten znak krzyża...Pozdrawiam Bohatera, jeśli jeszcze żyje.»






