"Sielanka", czas na przerwę

moż
13.07.2007 , aktualizacja: 13.07.2007 11:03
A A A Drukuj
Ulica Kilińskiego (a wraz z nią jej mieszkańcy, białostoczanie tu pracujący i spacerujący) zyskała jeden z najpiękniejszych portretów, jakich można było sobie życzyć. A to za sprawą Bolesława Augustisa, który przed II wojną światową, miał na ul. Kilińskiego swój zakład fotograficzny i codziennie przed nim fotografował przechodniów, albo pracujących po sąsiedzku. Jak choćby pana Dionizego z "Sielanki" przy ul. Kilińskiego 12
21 maja 1936 r. Restauracja Sielanka przy ul. Kilińskiego
Bialystok przedwojenny. Zdjecia robil Boleslaw Augustis
21 maja 1936 r. Restauracja Sielanka przy ul. Kilińskiego
Olbrzymi zbiór negatywów Augustisa cudem odnaleziony kilka lat temu trafił do "Gazety". Nasz reporter Grzegorz Dąbrowski pracowicie je czyścił i wywoływał, a "Gazeta" publikowała fotografie przez kilka miesięcy. Historia zdjęć Augustisa odbiła się szerokim echem w mieście (do redakcji dzwonili czytelnicy rozpoznający siebie i swoich bliskich na zdjęciach). Stąd też wiemy kim był mężczyzna na tym zdjęciu.

- Włosy zaczesane do góry? Wąsik? To pewnie pan Dionizy! - stwierdziła pani Danuta Kluch, wnuczka właściciela białostockiej "Sielanki". Na zdjęciu rozpoznała kelnera z przedwojennej restauracji swojego dziadka, Pawła Abramowicza. Dowiedzieliśmy się wielu szczegółów z życia Abramowiczów i Sielanki. - Nie pamiętam nazwiska pana Dionizego , ale pamiętam, że włosy zaczesywał do góry. Za to drugi kelner, Aleksander Kostański, czesał się na bok - opowiada pani Danuta. - Obaj byli bardzo grzeczni. Pamiętam, jak mając kilka zaledwie lat, zapraszałam do Sielanki na podwieczorek Henia Gryca, żydowskiego chłopca z sąsiedztwa, z którym się przyjaźniłam. Rozsiadaliśmy się za stołem, a że oboje nie umieliśmy czytać, to kelner wyliczał nam, jakie potrawy są w menu. I gdy tylko nazwa którejś nam się spodobała - od razu ją zamawialiśmy. Pan Aleksander wtedy mówił: "Nie będziecie tego jedli! Nie będzie wam smakowało". My jednak się upieraliśmy: - A właśnie, że zjemy! No i potrawa wjeżdżała na stół.

Pani Danuta zapamiętała też inne osoby pracujące w Sielance. Praczkę, codziennie piorącą obrusy i fartuchy ("pozwalała mi prasować chusteczki małym żelazkiem na duszę"). Kucharza Niemca o nazwisku Kin. Kucharkę ("z wielkiej bryły masła - bo w Sielance potrawy smażyło się głównie na maśle - brała sobie codziennie na rękę małą kulkę - i hop, łykała"). Kelnerkę Zosię, co za męża miała Niemca. Pomoc kuchenną z Hajnówki, zagorzałą komunistkę, która o komunie opowiadała nawet przy obieraniu kartofli ("dla mnie to były opowieści prawie jak o demonach, bo pamiętam, że babcia, gdy marudziłam przy jedzeniu, zawsze straszyła: - Jak nie będziesz jadła, to przyjdą bolszewicy. Wyobrażałam ich sobie jak wilkołaków").

Sielanka słynęła z dobrej, domowej kuchni. Stołowali się tu goście z pobliskiego hotelu Ritz - sportowcy, którzy przyjeżdżali na zawody, urzędnicy, cudzoziemcy. Codziennie też służąca przynosiła kartę z menu do mieszkania Abramowiczów przy ul. Kilińskiego 9.

Pani Danuta zapamiętała, że wnętrze Sielanki było tapetowane, a aksamitne portiery miały kolor bordowy.

Paweł Abramowicz (1880-1962), właściciel Sielanki, był człowiekiem rzutkim, energicznym i powszechnie lubianym. Pomagał innym i był patriotą (w czasie II wojny światowej pomagał akowcom, zatrudniając ich u siebie przy pracach ogrodniczych). W młodości uczył się ogrodnictwa, potem pracował w białostockich zakładach włókienniczych. Przed I wojną światową powołano go do carskiego wojska. Kiedy wojsko ewakuowano do Rosji, rozkazem carskim do Petersburga przeniesiono i Abramowicza. Udało mu się wyjechać z żoną i córką Anną. Rewolucję przeżyli w Rosji. Na ich oczach działy się przełomowe momenty w historii Europy. Abramowicz zdążył zobaczyć i cara Mikołaja II (przed kapitulacją przetrzymywanego przez bolszewików w salonce na bocznicy kolejowej), i Lenina, który godzinami przemawiał na wiecach.

W 1919 roku Abramowiczom udało się wrócić do Białegostoku. Przy Kilińskiego założyli restaurację. Po dwudziestu latach działalności, w 1940 r. Sielankę zarekwirowali Sowieci, a Abramowiczów wysiedlili z mieszkania przy Kilińskiego. Rodzina przeniosła się do domu na ul. Płaskiej, wybudowanego przez Abramowicza w 1929 r. W domu tym zresztą do dzisiaj mieszka pani Danuta. Choć po II wojnie światowej wyjechała z rodzicami do Łodzi, to w latach 60. - już z mężem - wróciła. Takie było życzenie dziadka Pawła.

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    1 głos