"Sielanka", czas na przerwę
13.07.2007
, aktualizacja: 13.07.2007 11:03
Ulica Kilińskiego (a wraz z nią jej mieszkańcy, białostoczanie tu pracujący i spacerujący) zyskała jeden z najpiękniejszych portretów, jakich można było sobie życzyć. A to za sprawą Bolesława Augustisa, który przed II wojną światową, miał na ul. Kilińskiego swój zakład fotograficzny i codziennie przed nim fotografował przechodniów, albo pracujących po sąsiedzku. Jak choćby pana Dionizego z "Sielanki" przy ul. Kilińskiego 12
Olbrzymi zbiór negatywów Augustisa cudem odnaleziony kilka lat temu trafił do "Gazety". Nasz reporter Grzegorz Dąbrowski pracowicie je czyścił i wywoływał, a "Gazeta" publikowała fotografie przez kilka miesięcy. Historia zdjęć Augustisa odbiła się szerokim echem w mieście (do redakcji dzwonili czytelnicy rozpoznający siebie i swoich bliskich na zdjęciach). Stąd też wiemy kim był mężczyzna na tym zdjęciu.
- Włosy zaczesane do góry? Wąsik? To pewnie pan Dionizy! - stwierdziła pani Danuta Kluch, wnuczka właściciela białostockiej "Sielanki". Na zdjęciu rozpoznała kelnera z przedwojennej restauracji swojego dziadka, Pawła Abramowicza. Dowiedzieliśmy się wielu szczegółów z życia Abramowiczów i Sielanki. - Nie pamiętam nazwiska pana Dionizego , ale pamiętam, że włosy zaczesywał do góry. Za to drugi kelner, Aleksander Kostański, czesał się na bok - opowiada pani Danuta. - Obaj byli bardzo grzeczni. Pamiętam, jak mając kilka zaledwie lat, zapraszałam do Sielanki na podwieczorek Henia Gryca, żydowskiego chłopca z sąsiedztwa, z którym się przyjaźniłam. Rozsiadaliśmy się za stołem, a że oboje nie umieliśmy czytać, to kelner wyliczał nam, jakie potrawy są w menu. I gdy tylko nazwa którejś nam się spodobała - od razu ją zamawialiśmy. Pan Aleksander wtedy mówił: "Nie będziecie tego jedli! Nie będzie wam smakowało". My jednak się upieraliśmy: - A właśnie, że zjemy! No i potrawa wjeżdżała na stół.
Pani Danuta zapamiętała też inne osoby pracujące w Sielance. Praczkę, codziennie piorącą obrusy i fartuchy ("pozwalała mi prasować chusteczki małym żelazkiem na duszę"). Kucharza Niemca o nazwisku Kin. Kucharkę ("z wielkiej bryły masła - bo w Sielance potrawy smażyło się głównie na maśle - brała sobie codziennie na rękę małą kulkę - i hop, łykała"). Kelnerkę Zosię, co za męża miała Niemca. Pomoc kuchenną z Hajnówki, zagorzałą komunistkę, która o komunie opowiadała nawet przy obieraniu kartofli ("dla mnie to były opowieści prawie jak o demonach, bo pamiętam, że babcia, gdy marudziłam przy jedzeniu, zawsze straszyła: - Jak nie będziesz jadła, to przyjdą bolszewicy. Wyobrażałam ich sobie jak wilkołaków").
Sielanka słynęła z dobrej, domowej kuchni. Stołowali się tu goście z pobliskiego hotelu Ritz - sportowcy, którzy przyjeżdżali na zawody, urzędnicy, cudzoziemcy. Codziennie też służąca przynosiła kartę z menu do mieszkania Abramowiczów przy ul. Kilińskiego 9.
Pani Danuta zapamiętała, że wnętrze Sielanki było tapetowane, a aksamitne portiery miały kolor bordowy.
Paweł Abramowicz (1880-1962), właściciel Sielanki, był człowiekiem rzutkim, energicznym i powszechnie lubianym. Pomagał innym i był patriotą (w czasie II wojny światowej pomagał akowcom, zatrudniając ich u siebie przy pracach ogrodniczych). W młodości uczył się ogrodnictwa, potem pracował w białostockich zakładach włókienniczych. Przed I wojną światową powołano go do carskiego wojska. Kiedy wojsko ewakuowano do Rosji, rozkazem carskim do Petersburga przeniesiono i Abramowicza. Udało mu się wyjechać z żoną i córką Anną. Rewolucję przeżyli w Rosji. Na ich oczach działy się przełomowe momenty w historii Europy. Abramowicz zdążył zobaczyć i cara Mikołaja II (przed kapitulacją przetrzymywanego przez bolszewików w salonce na bocznicy kolejowej), i Lenina, który godzinami przemawiał na wiecach.
W 1919 roku Abramowiczom udało się wrócić do Białegostoku. Przy Kilińskiego założyli restaurację. Po dwudziestu latach działalności, w 1940 r. Sielankę zarekwirowali Sowieci, a Abramowiczów wysiedlili z mieszkania przy Kilińskiego. Rodzina przeniosła się do domu na ul. Płaskiej, wybudowanego przez Abramowicza w 1929 r. W domu tym zresztą do dzisiaj mieszka pani Danuta. Choć po II wojnie światowej wyjechała z rodzicami do Łodzi, to w latach 60. - już z mężem - wróciła. Takie było życzenie dziadka Pawła.
- Włosy zaczesane do góry? Wąsik? To pewnie pan Dionizy! - stwierdziła pani Danuta Kluch, wnuczka właściciela białostockiej "Sielanki". Na zdjęciu rozpoznała kelnera z przedwojennej restauracji swojego dziadka, Pawła Abramowicza. Dowiedzieliśmy się wielu szczegółów z życia Abramowiczów i Sielanki. - Nie pamiętam nazwiska pana Dionizego , ale pamiętam, że włosy zaczesywał do góry. Za to drugi kelner, Aleksander Kostański, czesał się na bok - opowiada pani Danuta. - Obaj byli bardzo grzeczni. Pamiętam, jak mając kilka zaledwie lat, zapraszałam do Sielanki na podwieczorek Henia Gryca, żydowskiego chłopca z sąsiedztwa, z którym się przyjaźniłam. Rozsiadaliśmy się za stołem, a że oboje nie umieliśmy czytać, to kelner wyliczał nam, jakie potrawy są w menu. I gdy tylko nazwa którejś nam się spodobała - od razu ją zamawialiśmy. Pan Aleksander wtedy mówił: "Nie będziecie tego jedli! Nie będzie wam smakowało". My jednak się upieraliśmy: - A właśnie, że zjemy! No i potrawa wjeżdżała na stół.
Pani Danuta zapamiętała też inne osoby pracujące w Sielance. Praczkę, codziennie piorącą obrusy i fartuchy ("pozwalała mi prasować chusteczki małym żelazkiem na duszę"). Kucharza Niemca o nazwisku Kin. Kucharkę ("z wielkiej bryły masła - bo w Sielance potrawy smażyło się głównie na maśle - brała sobie codziennie na rękę małą kulkę - i hop, łykała"). Kelnerkę Zosię, co za męża miała Niemca. Pomoc kuchenną z Hajnówki, zagorzałą komunistkę, która o komunie opowiadała nawet przy obieraniu kartofli ("dla mnie to były opowieści prawie jak o demonach, bo pamiętam, że babcia, gdy marudziłam przy jedzeniu, zawsze straszyła: - Jak nie będziesz jadła, to przyjdą bolszewicy. Wyobrażałam ich sobie jak wilkołaków").
Sielanka słynęła z dobrej, domowej kuchni. Stołowali się tu goście z pobliskiego hotelu Ritz - sportowcy, którzy przyjeżdżali na zawody, urzędnicy, cudzoziemcy. Codziennie też służąca przynosiła kartę z menu do mieszkania Abramowiczów przy ul. Kilińskiego 9.
Pani Danuta zapamiętała, że wnętrze Sielanki było tapetowane, a aksamitne portiery miały kolor bordowy.
Paweł Abramowicz (1880-1962), właściciel Sielanki, był człowiekiem rzutkim, energicznym i powszechnie lubianym. Pomagał innym i był patriotą (w czasie II wojny światowej pomagał akowcom, zatrudniając ich u siebie przy pracach ogrodniczych). W młodości uczył się ogrodnictwa, potem pracował w białostockich zakładach włókienniczych. Przed I wojną światową powołano go do carskiego wojska. Kiedy wojsko ewakuowano do Rosji, rozkazem carskim do Petersburga przeniesiono i Abramowicza. Udało mu się wyjechać z żoną i córką Anną. Rewolucję przeżyli w Rosji. Na ich oczach działy się przełomowe momenty w historii Europy. Abramowicz zdążył zobaczyć i cara Mikołaja II (przed kapitulacją przetrzymywanego przez bolszewików w salonce na bocznicy kolejowej), i Lenina, który godzinami przemawiał na wiecach.
W 1919 roku Abramowiczom udało się wrócić do Białegostoku. Przy Kilińskiego założyli restaurację. Po dwudziestu latach działalności, w 1940 r. Sielankę zarekwirowali Sowieci, a Abramowiczów wysiedlili z mieszkania przy Kilińskiego. Rodzina przeniosła się do domu na ul. Płaskiej, wybudowanego przez Abramowicza w 1929 r. W domu tym zresztą do dzisiaj mieszka pani Danuta. Choć po II wojnie światowej wyjechała z rodzicami do Łodzi, to w latach 60. - już z mężem - wróciła. Takie było życzenie dziadka Pawła.
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
1 głos



