Jechaliśmy ze dwa miesiące
09.02.2010
, aktualizacja: 09.02.2010 20:10
- Jak Karwowska umierała z głodu... to było straszne. Kobiety otwierały jej usta, coś tam próbowały wlać, ona przełknęła. Po paru dniach zgasła - wspomina Waldemar Pluta
ZOBACZ TAKŻE
- Minęła 70. rocznica pierwszej masowej deportacji na Wschód (09-02-10, 20:12)
SERWISY
Pan Waldemar to jeden z pięciorga Sybiraków, których opowieści znalazły się w specjalnym wydawnictwie (folder plus wspomnienia na DVD), przygotowanym przez IPN z okazji pierwszej masowej deportacji Polaków do ZSRR. Wspomnienia zebrane przez Tomasza Piotrowskiego to przejmujące opowieści Polaków z Białegostoku i okolic Łomży, deportowanych w stepy Kazachstanu albo do syberyjskiej tajgi. Wywiezieni z matkami i rodzeństwem jako dzieci, skazani na katorżniczą pracę, głód i cierpienia jako wrogowie państwa radzieckiego.
- Ich winą było przyjście na świat w rodzinach polskiej elity: oficerów, policjantów i urzędników - mówi Piotrowski. - Ojców wymordowano za służbę państwu polskiemu. A zesłańcy nawet po powrocie nie mieli łatwego życia.
Pan Waldemar, syn białostockiego policjanta, po powrocie trafił na dwa lata do karnych batalionów żołnierzy górników, a później przez dziesięć lat walczył o odzyskanie rodzinnego domu. Teofila Borys, córka zarządcy tartaku w Dzierzbie Małej po powrocie z Ałtajskiego Kraju zastała ograbiony dom i walczyła o fizyczne przetrwanie na rodzinnej ziemi. Wanda Sobolewska, córka urzędnika państwowego, zdała egzamin na studia, ale nie została przyjęta, jako obywatel niższej kategorii. Wiktoria Malinowska, córka policjanta, po powrocie z Kazachstanu długo nie mogła otrząsnąć się z koszmaru deportacji. Najtragiczniejszy los spotkał Ryszarda Pokropowicza spod Łomży, syna osadnika wojskowego i oficera. Po kilka latach zsyłki jechał z matką i rodzeństwem do miejsca formowania się korpusu generała Andersa i... zgubił się. Trafił do sowieckiego sierocińca, gdzie zmieniono mu imię i nazwisko na Paweł Patyszew. Dlatego nie mogła odnaleźć go rodzina, która bezskutecznie poszukiwała chłopca jeszcze długo po wojnie. Pan Ryszard do Polski wrócił dopiero w 1989 roku i wtedy dowiedział się, że ojciec umarł w białostockim więzieniu jeszcze w 1946 roku, a matka - w latach 70. w USA.
Fragmenty wspomnień
Wanda Sobolewska: - Wywieźli nas na dworzec, zamknęli w pociągu, był straszny płacz. Wyglądać można było tyle, co przez małe zakratowane okienko.
Ryszard Prokopowicz: - My dwie doby staliśmy na stacji w Łomży.
Waldemar Pluta: - Jechaliśmy ze dwa miesiące.
Wiktoria Malinowska: - Toalety nie było, tylko dziura w podłodze. Osłoniliśmy ją derką.
R.P: - W okienko się dmuchało i było widać trochę torów. Nad torami tylko dwa przewody. A gdy nawet kabli telefonicznych zabrakło, to ktoś powiedział, że już chyba niedługo koniec naszej podróży. I tak się stało. Mało się nie utopiłem w śniegu, jak wyskoczyłem z pociągu, tyle go było.
Teofila Borys: - Dojechaliśmy do Nowosybirska za Ural. Podjechały wozy zaprzężone w woły. Poprzekładaliśmy na nie nasz marny dobytek. Powiedziano nam, że nigdzie nie możemy poruszać się bez przepustki, i że nikt nie powinien się do nas zbliżać, bo jesteśmy wrogami narodu.
W. S.: - Miejscowym przedstawiono nas jako burżujów. Ale tamtejsze kobiety wzięły nas na mieszkanie. Pozwoliły nam spać na piecu. Nie było dnia, by nie przychodziły listy do tych chaziajek, że tej mąż i tamtej zginął na froncie. One były dla nas bardzo dobre. Mama zajmowała się nawet dziećmi jednej z nich.
W. M.: - My zamieszkaliśmy w niedużej ziemiance. Na drewnianych pryczach wojłoki, pod nimi od razu klepisko. Palenisko z kamieni i dziura w dachu zamiast komina. Jedno okno. Na półce czajnik, samowar, w kącie kuferek. Tyle dobytku.
T.B.: - Jak przychodził buran i wiał tygodniami, zasypywał od północy śniegiem aż po komin. Na szczęście drzwi otwierały się do środka.
W. S.: - Najbardziej chodliwe były ręczniki i prześcieradła. Ale to nie była sprzedaż, tylko wymiana: ciuchy na kartofle.
W.P: - Razem z innym chłopcami zajmowaliśmy się wołami. Były głodne, wycieńczone. A jak wół upadał - pługi stały. Musieliśmy jakoś je zmusić, by wstały. Sami podnieść nie dalibyśmy rady. Więc... podpalaliśmy je, by szybciej wstały. Niszczyło nas robactwo, wszy. Idąc na pole zrywaliśmy z siebie ubrania, rzucaliśmy w mrowisko. A gdy wracaliśmy, mrówki już wszystko oczyściły i takie ubrania - nasycone sokiem mrówkowym, ale czyste - nakładaliśmy.
W. S.: - Któregoś dnia przywieźli Czeczeńców. Oni byli jeszcze biedniejsi niż my. Marli jak muchy. Przyjechali z Krymu, tam zawsze ciepło, a tu temperatura - 50 stopni Celsjusza.
W.P.: Pryszczyca zaatakowała bydło. Z Pawłodaru przyjeżdżali fachowcy. Zabijali bydło, palili, rzucali w doły. My łapaliśmy jeszcze krew, w domu ścinaliśmy ją gorącą wodą. Wskakiwaliśmy do dołu, wyrywaliśmy kawałki mięsa. I to się jadło. Mieliśmy też skórkę cielęcą. Leżała dwa lata. Ale gdy przyszedł głód - skórkę osmaliliśmy i żuliśmy.
W. S.: - Było dobrze jak umarł jakiś ruski. Tam jest taka tradycja, że na cmentarzu zostawia się zmarłemu lepioszki, jajka, Myśmy kradły je z grobów. By coś zjeść. Buty. To był problem. Ale ukradło się oponę, zrobiło dziurki, przewlekło sznurki. I tak się nosiło. Miałyśmy problemy kobiece. Cóż było robić... Miękkie sianko zwijało się, jak była szmatka, to się jeszcze owijało. I trzeba było ścierpieć.
T. B.: - Jak już po sześciu latach można było wrócić... Ja do pociągu niosłam lepioszki, mama - jakiś garnek, a brat - łyżki. Nie mieliśmy miski, ale znalazła się jakaś stara spluwaczka. Wyparzyliśmy ją dokładnie i używaliśmy jako miski.
W. M.: - Już jedziemy pociągiem. Wchodzą enkawudziści z walizeczką. Złoto jest? - pytają. Niektóre kobiety miały jeszcze kolczyki w uszach, siostra obrączkę, ja krzyżyk. Pamiątki jakoś się uchowały, bo tam, gdzie byliśmy, złoto nie miało absolutnie żadnej wartości. Nikogo nie interesowało, nikt go nie chciał nawet za kawałek chleba. Żołnierze i to nam zabrali. Wyjęli siłą i włożyli do tej swojej walizeczki. A z niej aż łuna biła.
- Ich winą było przyjście na świat w rodzinach polskiej elity: oficerów, policjantów i urzędników - mówi Piotrowski. - Ojców wymordowano za służbę państwu polskiemu. A zesłańcy nawet po powrocie nie mieli łatwego życia.
Pan Waldemar, syn białostockiego policjanta, po powrocie trafił na dwa lata do karnych batalionów żołnierzy górników, a później przez dziesięć lat walczył o odzyskanie rodzinnego domu. Teofila Borys, córka zarządcy tartaku w Dzierzbie Małej po powrocie z Ałtajskiego Kraju zastała ograbiony dom i walczyła o fizyczne przetrwanie na rodzinnej ziemi. Wanda Sobolewska, córka urzędnika państwowego, zdała egzamin na studia, ale nie została przyjęta, jako obywatel niższej kategorii. Wiktoria Malinowska, córka policjanta, po powrocie z Kazachstanu długo nie mogła otrząsnąć się z koszmaru deportacji. Najtragiczniejszy los spotkał Ryszarda Pokropowicza spod Łomży, syna osadnika wojskowego i oficera. Po kilka latach zsyłki jechał z matką i rodzeństwem do miejsca formowania się korpusu generała Andersa i... zgubił się. Trafił do sowieckiego sierocińca, gdzie zmieniono mu imię i nazwisko na Paweł Patyszew. Dlatego nie mogła odnaleźć go rodzina, która bezskutecznie poszukiwała chłopca jeszcze długo po wojnie. Pan Ryszard do Polski wrócił dopiero w 1989 roku i wtedy dowiedział się, że ojciec umarł w białostockim więzieniu jeszcze w 1946 roku, a matka - w latach 70. w USA.
Fragmenty wspomnień
Wanda Sobolewska: - Wywieźli nas na dworzec, zamknęli w pociągu, był straszny płacz. Wyglądać można było tyle, co przez małe zakratowane okienko.
Ryszard Prokopowicz: - My dwie doby staliśmy na stacji w Łomży.
Waldemar Pluta: - Jechaliśmy ze dwa miesiące.
Wiktoria Malinowska: - Toalety nie było, tylko dziura w podłodze. Osłoniliśmy ją derką.
R.P: - W okienko się dmuchało i było widać trochę torów. Nad torami tylko dwa przewody. A gdy nawet kabli telefonicznych zabrakło, to ktoś powiedział, że już chyba niedługo koniec naszej podróży. I tak się stało. Mało się nie utopiłem w śniegu, jak wyskoczyłem z pociągu, tyle go było.
Teofila Borys: - Dojechaliśmy do Nowosybirska za Ural. Podjechały wozy zaprzężone w woły. Poprzekładaliśmy na nie nasz marny dobytek. Powiedziano nam, że nigdzie nie możemy poruszać się bez przepustki, i że nikt nie powinien się do nas zbliżać, bo jesteśmy wrogami narodu.
W. S.: - Miejscowym przedstawiono nas jako burżujów. Ale tamtejsze kobiety wzięły nas na mieszkanie. Pozwoliły nam spać na piecu. Nie było dnia, by nie przychodziły listy do tych chaziajek, że tej mąż i tamtej zginął na froncie. One były dla nas bardzo dobre. Mama zajmowała się nawet dziećmi jednej z nich.
W. M.: - My zamieszkaliśmy w niedużej ziemiance. Na drewnianych pryczach wojłoki, pod nimi od razu klepisko. Palenisko z kamieni i dziura w dachu zamiast komina. Jedno okno. Na półce czajnik, samowar, w kącie kuferek. Tyle dobytku.
T.B.: - Jak przychodził buran i wiał tygodniami, zasypywał od północy śniegiem aż po komin. Na szczęście drzwi otwierały się do środka.
W. S.: - Najbardziej chodliwe były ręczniki i prześcieradła. Ale to nie była sprzedaż, tylko wymiana: ciuchy na kartofle.
W.P: - Razem z innym chłopcami zajmowaliśmy się wołami. Były głodne, wycieńczone. A jak wół upadał - pługi stały. Musieliśmy jakoś je zmusić, by wstały. Sami podnieść nie dalibyśmy rady. Więc... podpalaliśmy je, by szybciej wstały. Niszczyło nas robactwo, wszy. Idąc na pole zrywaliśmy z siebie ubrania, rzucaliśmy w mrowisko. A gdy wracaliśmy, mrówki już wszystko oczyściły i takie ubrania - nasycone sokiem mrówkowym, ale czyste - nakładaliśmy.
W. S.: - Któregoś dnia przywieźli Czeczeńców. Oni byli jeszcze biedniejsi niż my. Marli jak muchy. Przyjechali z Krymu, tam zawsze ciepło, a tu temperatura - 50 stopni Celsjusza.
W.P.: Pryszczyca zaatakowała bydło. Z Pawłodaru przyjeżdżali fachowcy. Zabijali bydło, palili, rzucali w doły. My łapaliśmy jeszcze krew, w domu ścinaliśmy ją gorącą wodą. Wskakiwaliśmy do dołu, wyrywaliśmy kawałki mięsa. I to się jadło. Mieliśmy też skórkę cielęcą. Leżała dwa lata. Ale gdy przyszedł głód - skórkę osmaliliśmy i żuliśmy.
W. S.: - Było dobrze jak umarł jakiś ruski. Tam jest taka tradycja, że na cmentarzu zostawia się zmarłemu lepioszki, jajka, Myśmy kradły je z grobów. By coś zjeść. Buty. To był problem. Ale ukradło się oponę, zrobiło dziurki, przewlekło sznurki. I tak się nosiło. Miałyśmy problemy kobiece. Cóż było robić... Miękkie sianko zwijało się, jak była szmatka, to się jeszcze owijało. I trzeba było ścierpieć.
T. B.: - Jak już po sześciu latach można było wrócić... Ja do pociągu niosłam lepioszki, mama - jakiś garnek, a brat - łyżki. Nie mieliśmy miski, ale znalazła się jakaś stara spluwaczka. Wyparzyliśmy ją dokładnie i używaliśmy jako miski.
W. M.: - Już jedziemy pociągiem. Wchodzą enkawudziści z walizeczką. Złoto jest? - pytają. Niektóre kobiety miały jeszcze kolczyki w uszach, siostra obrączkę, ja krzyżyk. Pamiątki jakoś się uchowały, bo tam, gdzie byliśmy, złoto nie miało absolutnie żadnej wartości. Nikogo nie interesowało, nikt go nie chciał nawet za kawałek chleba. Żołnierze i to nam zabrali. Wyjęli siłą i włożyli do tej swojej walizeczki. A z niej aż łuna biła.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy
Najczęściej czytane24 htydzień




