Kto ja jestem? Białostockie zapomnienia i powroty

* Radosław Poczykowski z Instytutu Socjologii Uniwersytetu w Białymstoku i Fundacji Uniwersytetu w Białymstoku
15.08.2010 , aktualizacja: 15.08.2010 15:34
A A A Drukuj
Rozmawiając z tymi ludźmi domykam swoją opowieść o moim mieście, o moim kraju i moim narodzie. Bo Polska bez Żydów, jej kultura, przestrzeń jej miast i miasteczek stała się po wojnie uboższa, pozbawiona życia, kolorów, korzeni. Naszym obowiązkiem jest podtrzymywać pamięć o tej społeczności, i o Zagładzie, która nigdy, nigdzie i wobec nikogo, bez względu na kolor skóry, religię, czy narodowość, nie powinna się powtórzyć - pisze Radosław Poczykowski*
Fragment Tory
Fot. Agnieszka Sadowska / Agencj
Fragment Tory
SERWISY
Wydaje mi się, że pamiętam go jeszcze z czasów mojej licealnej młodości. Nie jestem tego całkiem pewien. Bywa przecież, że pamięć płata figle. Wiem w każdym razie, że od dość dawna, każdego lata widuję jego wspartą o kuli masywną sylwetkę przemierzającą powoli, z wysiłkiem ulice białostockiego centrum. Ubrany jest najczęściej w szerokie zielone spodnie "bojówki" z kieszeniami na udach, jasną czapkę z daszkiem, a jedną, najwyraźniej nie w pełni sprawną dłoń, okrywa czarna rękawiczka. Wygląda jak ktoś, kto przekroczył osiemdziesiątkę. Przez to mozolne tempo marszu i wygląd wyróżnia się z tłumu, jak przybysz z jakiejś innej rzeczywistości, innego czasu.

Przez wiele lat zastanawiałem się, co przyciąga tego człowieka do rozgrzanego sierpniowym słońcem, wyludnionego o tej porze roku miasta. Od kiedy zacząłem przychodzić pod pomnik na ulicę Żabią na uroczystości upamiętniające kolejną rocznicę Powstania w Białostockim Getcie zrozumiałem, że musi to być jeden z Ocalonych. 16 sierpnia przed południem bywa tu zawsze, stoi w małej grupce ubranych przeważnie w odświętne, białe i pastelowe stroje starszych osób. Odzież pań zdobią gustowne, choć skromne broszki i korale. Panowie w odprasowanych koszulach i czapeczkach (mój dziadek, przedwojenny białostoczanin, nosił do śmierci identyczną, nazywał ją budrysówką) lub małych kipach. Grupka ta jest z roku na rok coraz mniej liczna, wszak odchodzi już ostatnie pokolenie świadków straszliwej wojny i niemal całkowitej zagłady świata polskich Żydów.

I chociaż każdego roku więcej jest na skwerze przy Żabiej ludzi młodych, i to zarówno białostoczan, jak też ubranych w biało-niebieskie koszulki Izraelczyków, to uroczystość ma tak naprawdę bardzo kameralny charakter. Przed rozpoczęciem części oficjalnej technicy sprawdzają mikrofony, ktoś poprawia biało-czerwoną wstążkę na wieńcu, delegacje w garniturach pomimo upału i z małymi karteczkami z tekstami przemówień, służby mundurowe, ekipy telewizyjne, rabin, jest nawet protestancki pastor. Trochę gapiów z okolicznych bloków. Drzewa dają zebranym pod pomnikiem nieco cienia, a kiedy wieje wiatr, na czarnym obelisku przesuwają się plamy światła.

Dwa lata temu poznałem historię człowieka w czarnej rękawiczce, wiernego uczestnika uroczystości pod obeliskiem. Po apelu i modlitwie przy pomniku, w Pałacyku Gościnnym na ulicy Kilińskiego odbyło się spotkanie z Felicją Nowak, autorką książki "Moja Gwiazda", będącej zbiorem pięknie napisanych wspomnień o przedwojennym Białymstoku i poruszającego świadectwa wojennej tragedii żydowskiej społeczności tego miasta.

Drugim bohaterem spotkania w pałacyku był właśnie ów sędziwy człowiek w czarnej rękawiczce i wojskowych spodniach. Mówił donośnym, choć w chwilach wzruszenia łamiącym się głosem, po polsku, z silnym akcentem. Nazywa się Misza. Misza nie wie, jakie jest jego prawdziwe nazwisko. Jako chłopiec uciekł z białostockiego getta. Napadnięty i dotkliwie pobity przez chuliganów doznał poważnego urazu głowy. I zapomniał jak się nazywa. Przez kilka miesięcy ukrywał się w lasach między Białymstokiem i Grodnem. Jak powiedział na spotkaniu, żył w lesie sam "jak zwierzę", wtedy odmroził sobie dłoń. Ludzie, do których przylgnął, przezwali go Misza. Przeżył wojnę. Wyjechał do Izraela. Niedawno napisał wspomnienia, które wciąż jeszcze czekają na swoje polskie tłumaczenie. Misza nie wie, kim jest. Każdy z nas się jakoś nazywa. Wydawałoby się, że człowieka można pozbawić wszystkiego, ale to jedno słowo pozostaje z nim na zawsze, od urodzenia do śmierci. Misza to słowo zapomniał.

- Kto ja jestem? zapytał przybyłych na wieczór autorski słuchaczy. - Kto ja jestem, proszę państwa?

I tą wielką siłą, która każe mu przed każdą sierpniową rocznicą opuszczać nową ojczyznę jest chęć zgłębienia największej tajemnicy jego życia. Może żyją jeszcze ludzie, którzy pamiętają chłopca z getta? Wszystko jedno, przybysze ze Stanów Zjednoczonych, Izraela, Australii, Szwecji lub Danii, goście z warszawskiej gminy żydowskiej, albo białostoccy staruszkowie, oddający hołd swym dawnym, żydowskim przyjaciołom. Misza wciąż ma nadzieję, że odnajdzie kogoś, kto pomoże mu odzyskać to jedno słowo, należące kiedyś do niego, jego rodziców i dziadków, a wybite z głowy chłopca pięściami jakichś oprychów.

Od ponad dziesięciu lat pracuję jako przewodnik po Białymstoku i Podlasiu. Co najmniej kilkanaście razy w roku towarzyszę potomkom białostockich Żydów, którzy przybywają tu z obu Ameryk, Izraela, a nawet Antypodów i Afryki Południowej, w ich sentymentalnych powrotach na ziemie, na których przez wieki mieszkali ich przodkowie. Każda z tych wizyt jest inna. Za każdą kryje się jakaś fascynująca opowieść. Pamiętam Dalię, córkę rabina z Jałówki. Urodziła się w Izraelu, ale tuż przed wojną, jako roczne dziecko trafiła do Białegostoku. Jej rodzice bezskutecznie namawiali tu krewnych do wyjazdu do Palestyny. Rodzice i Dalia w przededniu wojennej zawieruchy wrócili z nieudanej misji na Bliski Wschód, a pozostała, liczna rodzina została zamordowana. Gorzko ironicznie brzmi nazwa białostockiej ulicy przy której mieszkali - Nowy Świat. Po wojnie Dalia została tancerką baletową, a gdy dorosła - aktorką (wystąpiła nawet w popularnym i u nas serialu "Saga rodu Forsyte'ów"), by w końcu stać się wziętym krytykiem kulinarnym, piszącym pełne pasji recenzje najlepszych restauracji w Tel Awiwie, Jerozolimie i Hajfie.

Pamiętam Hanocha, dziennikarza z telawiwskiego "Haaretzu", który odwiedziwszy Białystok i Wiznę, skąd pochodził jego ojciec powiedział mi na pożegnanie: "Pokazałeś mi żydowskie miejsca w Polsce, dzięki temu lepiej rozumiem, kim jestem i skąd pochodzę. Jeśli kiedyś przyjedziesz do Izraela, zobaczysz, jak wiele polskich śladów jest w tym kraju". Słowa te przypomniałem sobie, gdy z parą przesympatycznych, młodych Australijczyków jedliśmy w restauracji przy ulicy Częstochowskiej (był tam przed paru laty niedrogi bar serwujący całkiem smaczne specjały żydowskie) kreplechy, czyli po prostu pierogi z mięsem. Powiedzieli mi, że smakują dokładnie tak, jak przyrządzała je ich babcia, która przed wojną mieszkała przy ulicy Sienkiewicza. I pamiętam rodzinę innych australijskich Żydów, małżeństwo nauczycieli z katolickiej szkoły w Melbourne i ich nastoletnią córkę. Odwiedziłem z nimi szkołę rzemieślniczą na tyłach ulicy Lipowej. W rudych, ceglanych murach przed wojną też była szkoła, a uczył się w niej rzemiosła pradziadek młodej Australijki. Bardzo ciepło przyjął nas personel szkoły, jedna z nauczycielek podarowała potomkom przedwojennego absolwenta zabawną rzeźbę sowy.

Przed epoką internetu, dla wielu z nich, drugiego, trzeciego, czwartego pokolenia żydowskich białostoczan, nazwa naszego miasta była jakąś na poły mityczną, zanurzoną w mrokach dziejów krainą. Słowem wypowiadanym czasem przez dziadków, raz z nostalgią, innym razem ze zgrozą, wywołaną skojarzeniem z wojną. Dopiero od około dwóch dekad dowiadują się o tym miejscu więcej, odkrywają po przebyciu tysięcy kilometrów duże, z roku na rok piękniejące i tonące w zieleni miasto.

I wbrew krzywdzącym stereotypom, w ciągu ponad dekady przewodnickiej pracy nie spotkałem się jeszcze z tym, by ktoś z nich wypytywał o utracone mienie, choć nawiasem mówiąc ma przecież do tego pytania prawo. Ludzie ci, obejrzawszy skromne pozostałości żydowskiego Białegostoku, najczęściej stawiają pytania zupełnie innego rodzaju: Czy się tu dziś o nich pamięta? Czy białostoczanie znają historię związaną z pomnikiem na zacisznym skwerku na tyłach ulicy Suraskiej, jakieś sto metrów od gwarnego rynku? Czy mogą jeszcze natrafić na okruchy pamięci, strzępek losów ich rodzin, nagrobny kamień, rządek liter w pożółkłej księdze urodzeń białostockiej synagogi?

Nienagabywani przeze mnie mówią też spontanicznie o swoich uczuciach. O jakimś głębokim smutku, ciężkim, wynikającym z utraty, z poczucia, że tragedii poplątanych losów, śmierci bliskich, zaginionych miejsc i zdarzeń, nie da się odwrócić. Ale mówią też często o tym, jak ważna jest dla nich wizyta na tej ziemi, że przyjeżdżają, by domknąć mały krąg swej własnej biografii, i większy krąg losów rodziny i żyjącej tu przez wieki społeczności.

Rozmawiając z tymi ludźmi, ja również domykam swoją opowieść o moim mieście, o moim kraju i o moim narodzie. Bo Polska bez Żydów, jej kultura, jej istota, przestrzeń jej miast i miasteczek stała się po wojnie uboższa, pozbawiona życia, kolorów, korzeni. Naszym obowiązkiem jest podtrzymywać pamięć o tej społeczności, i o Zagładzie, która nigdy, nigdzie i wobec nikogo, bez względu na kolor skóry, religię, czy narodowość, nie powinna się powtórzyć.

W tym roku nie mogę przyjść pod pomnik przy ulicy Żabiej. Będę poza Białymstokiem, ale myślami pozostanę w moim rodzinnym mieście. Piszę ten tekst trochę po to, by się wobec siebie usprawiedliwić. Pewnie jak zawsze, wsparty o kuli, chroniąc głowę pod jasną czapką, stanie na placu przed pomnikiem Bohaterów Getta Miszka. Życzę mu z całego serca, żeby wreszcie ktoś odpowiedział na pytanie, które od lat go nurtuje - Kto ja jestem?

Podziel się

  • 67 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    13 głosów

  • Kto ja jestem? Białostockie zapomnienia i powroty memonemo 15.08.10, 16:06

    "Naszym obowiązkiem jest podtrzymywać pamięć o tej społeczności, i o Zagładzie, która nigdy, nigdzie i wobec nikogo, bez względu na kolor skóry, religię, czy narodowość, nie powinna się »

  • Re: Kto ja jestem? Białostockie zapomnienia i pow shiva772 15.08.10, 21:25

    Kiedy w 1947 roku rada ONZ przegłosowała podział terytoriów dzisiejszego Izraela i Palestyny między Żydów i Arabów - jeszcze tej samej nocy wojnę na śmierć i życie zaczęli ... no kto? »

  • Panie Radosławie Poczykowski ! dorff 15.08.10, 22:51

    Chciałbym zwrócić Panu uprzejmie uwagę, iż bardzo nie na miejscu jest tematykaPańskich prac pseudonaukowych!Rozumiem, iż za gwiazdką dawidka idą duże i łatwe $$$, lecz w mieścieBiałystok są »