Historie na sobotę: Śródmiejskie indywidua
04.09.2010
, aktualizacja: 03.09.2010 20:32
Ulice Białegostoku roiły się od różnych indywiduów. Czasem dodawali oni miastu uroku, ale częściej byli jego istnym utrapieniem.
RAPORTY
SERWISY
Tak też było w lecie 1931 roku, gdy w centrum miasta pojawiła się nikomu wcześniej nieznana umysłowo chora kobieta. Przechadzała się ona głównymi, śródmiejskimi ulicami i w niewybredny, nienadający się do druku sposób komentowała mijających ją przechodniów. Lepiej było to tolerować, bo gdy tylko ktoś zwrócił jej uwagę, to w nieszczęsną kobietę wstępowała furia i zaczynała "bombardowanie kamieniami". Pewnego dnia omal nie doszło do tragedii. Na rogu Kilińskiego i Legionowej szła matka z trzyletnim synkiem. Ich widok zaintrygował wariatkę, która z miejsca zaczęła swoje komentarze na temat, skąd pani ma synka i kim jest zapewne tatuś. Młoda matka z oburzeniem krzyknęła, aby przestać takie niegodziwości mówić i przestraszona przyśpieszyła kroku. To wszystko rozjuszyło i tak już pobudzoną wariatkę. Wyrwała ona z jezdni brukowiec i cisnęła nim w stronę oddalającej się kobiety. Przechodnie, będący świadkami tej sceny, zamarli z przerażenia, widząc jak kamień dosłownie o centymetry minął główkę chłopczyka. Zrobił się straszny tumult. Kilku mężczyzn przepędziło złorzeczącą wariatkę z Kilińskiego. Ulokowała się ona więc na Sienkiewicza. Kręciła się przed kinem Apollo. Zawsze był tam ruch, a więc i pożywka dla jej ekscesów. Traf chciał, że przed kinem stała pani Markusowa, żona właściciela fabryki sukna, będącego zarazem komendantem Białostockiej Ochotniczej Straży Ogniowej Izaaka Markusa. W pewnej chwili wariatka rzuciła się na Markusową. Wrzasnęła coś na temat domniemanej reputacji tej skądinąd dystyngowanej damy i popchnęła ją z całej siły. Markusowa niechybnie runęłaby do rynsztoka, który w tym miejscu był głęboki na ponad pół metra. Przed upadkiem ochronił ją jeden z przechodniów. Niemniej dama ta i tak zsunęła się po bruku i wpadła w płynące w kierunku Białki nieczystości. "Miała porwane pończochy i pobrudzone ubranie i buciki". Ubranie dodatkowo zostało zniszczone przez wapno, którym obowiązkowo rynsztoki były posypywane. Po tym incydencie wariatka znikła z ulic Białegostoku na dobre.
Całkiem inną śródmiejską "osobliwością" był pewien żydowski chłopiec. Miał około 15 lat. Pojawił się w Białymstoku w 1934 roku i od razu "zwrócił na siebie uwagę swym dziwnym chodem, postawą, ruchami, manierami jako też całem swem wyglądem". Obyci w świecie mówili, że to jakowy "uranistyczny chłopiec". Inni twierdzili, że to bez wątpienia "androgin, czyli dwupłciowy osobnik". Zastanawiano się, co to za "efeb homoseksualny". I nie w tym rzecz jakąż naturalną skłonność miał ten młodzieniec, tylko w tym, że swym zachowaniem zwracał na siebie uwagę. Ba, specjalnie prowokował. Robił wszystko, aby go widziano. Jednocześnie gdy zwracano na jego zachowanie uwagę, wpadał momentalnie w szał. Po kilku tygodniach jego ulicznych występów wszyscy już wiedzieli, że "lepiej jest nie zwracać zupełnie uwagi na tego dziwaka. Nie będzie awantur i innych różnych zajść". Ale jak to wytłumaczyć "ulicznej smarkaterii", która za najlepszą zabawę uznała prowokowanie nieszczęsnego chłopca. W styczniu 1935 roku na Rynku Kościuszki trwała właśnie kolejna gonitwa miejskiej chuliganerii za dziwakiem, który szybko wpadł w szał. W pewnej chwili wbiegł on do apteki Wilbuszewiczów pod 17 i gdyby nie obecni klienci, pewnie by ją zdemolował. Wyrzucony z apteki wyrwał z rynsztoka kamień i już rzucał nim w apteczną witrynę. W ostatnim momencie przeszkodził mu jeden z przechodniów. Innym zaś razem chłopiec ów "rezydował na Kilińskiego". Lubił tu zaczepiać mężczyzn, często byli to żołnierze, którym składał erotyczne propozycje. Któregoś dnia wpadł mu w oko pewien przystojny młodzieniec, któremu postanowił zaproponować "wspólną sjestę". W odpowiedzi otrzymał najpierw sążnisty policzek, a następnie potężnego kopniaka. Po kilku takich ekscesach "rozkoszny chłopczyk", jak go w międzyczasie nazwano, znikł z białostockich ulic.
Nie mniej słynną postacią, choć słynącą z całkiem innych wyczynów, był Izrael Fiszer. Zwano go też Królem Tragarzy bądź Czarną Ręką. Znany był Fiszer z nadzwyczajnej siły, która nawet wśród tragarzy budziła respekt. Dzięki tej sile otoczony był należnym szacunkiem. Miał jednak Czarna Ręka nadpobudliwy charakter, który niejednokrotnie wyładowywał na swoich kompanach. W lutym 1931 roku Fiszer wraz z dwoma innymi tragarzami po pracy zaszedł do piwiarni Nisona Pismana na Suraskiej. Po odbytej uczcie wszyscy trzej wyszli na ulicę i tu wybuchła pomiędzy nimi sprzeczka. Czy poszło o to, kto miał płacić, czy o co innego, tego nikt już nie wiedział. Cała Suraska widziała natomiast "piękną walkę". Oczywiście rozkład sił był nieproporcjonalny, to znaczy dwaj tragarze kontra Król. Szybko okazało się, że dysproporcje w układzie sił były ogromne, bo po chwili "obaj tragarze wyli o pomoc pod ciosami swego króla". Ten nierówny pojedynek postanowił przerwać posterunkowy Byszewski. Na jego widok Czarna Ręka na chwilę przestał tłuc swych niedawnych kompanów. Ci natychmiast skorzystali z okazji i czmychnęli. Tego Król nie przewidział. Ledwo zaczął się rozgrzewać, a tu już nikogo nie ma. Nie namyślając się wiele, zerwał więc z siebie koszulę, opasał nią stojący obok słup telefoniczny i zabrał się do wyrywania go z ziemi. Na to pośpiesznie zareagował posterunkowy, zwracając się do Fiszera najgrzeczniej jak umiał - "Odstaw się pan od tego słupa". Czarna Ręka, słysząc tę inteligentną uwagę, równie spokojnie odparł policjantowi - "Pan na mnie nie zwracaj uwagi, ja go tylko wyrwę i pójdę do domu". Chcąc nie chcąc, Byszewski musiał interweniować. Pomogli mu w tym mieszkańcy Suraskiej, widząc, że jeszcze chwilka i zostaną pozbawieni telefonów. Razem, nadludzkim wysiłkiem, oderwali Czarną Rękę od słupa. W międzyczasie na miejsce przybył przewodniczący białostockiego związku tragarzy, któremu udało się załagodzić całą sytuację. W końcu przecież pobici kompani nie wnieśli skargi, a słupy telefoniczne na Suraskiej nie zostały powyrywane. Więc o co chodzi? A o to, że chciał je Czarna Ręka powyrywać? A, bo to mało ludziom się zachciewa?
Całkiem inną śródmiejską "osobliwością" był pewien żydowski chłopiec. Miał około 15 lat. Pojawił się w Białymstoku w 1934 roku i od razu "zwrócił na siebie uwagę swym dziwnym chodem, postawą, ruchami, manierami jako też całem swem wyglądem". Obyci w świecie mówili, że to jakowy "uranistyczny chłopiec". Inni twierdzili, że to bez wątpienia "androgin, czyli dwupłciowy osobnik". Zastanawiano się, co to za "efeb homoseksualny". I nie w tym rzecz jakąż naturalną skłonność miał ten młodzieniec, tylko w tym, że swym zachowaniem zwracał na siebie uwagę. Ba, specjalnie prowokował. Robił wszystko, aby go widziano. Jednocześnie gdy zwracano na jego zachowanie uwagę, wpadał momentalnie w szał. Po kilku tygodniach jego ulicznych występów wszyscy już wiedzieli, że "lepiej jest nie zwracać zupełnie uwagi na tego dziwaka. Nie będzie awantur i innych różnych zajść". Ale jak to wytłumaczyć "ulicznej smarkaterii", która za najlepszą zabawę uznała prowokowanie nieszczęsnego chłopca. W styczniu 1935 roku na Rynku Kościuszki trwała właśnie kolejna gonitwa miejskiej chuliganerii za dziwakiem, który szybko wpadł w szał. W pewnej chwili wbiegł on do apteki Wilbuszewiczów pod 17 i gdyby nie obecni klienci, pewnie by ją zdemolował. Wyrzucony z apteki wyrwał z rynsztoka kamień i już rzucał nim w apteczną witrynę. W ostatnim momencie przeszkodził mu jeden z przechodniów. Innym zaś razem chłopiec ów "rezydował na Kilińskiego". Lubił tu zaczepiać mężczyzn, często byli to żołnierze, którym składał erotyczne propozycje. Któregoś dnia wpadł mu w oko pewien przystojny młodzieniec, któremu postanowił zaproponować "wspólną sjestę". W odpowiedzi otrzymał najpierw sążnisty policzek, a następnie potężnego kopniaka. Po kilku takich ekscesach "rozkoszny chłopczyk", jak go w międzyczasie nazwano, znikł z białostockich ulic.
Nie mniej słynną postacią, choć słynącą z całkiem innych wyczynów, był Izrael Fiszer. Zwano go też Królem Tragarzy bądź Czarną Ręką. Znany był Fiszer z nadzwyczajnej siły, która nawet wśród tragarzy budziła respekt. Dzięki tej sile otoczony był należnym szacunkiem. Miał jednak Czarna Ręka nadpobudliwy charakter, który niejednokrotnie wyładowywał na swoich kompanach. W lutym 1931 roku Fiszer wraz z dwoma innymi tragarzami po pracy zaszedł do piwiarni Nisona Pismana na Suraskiej. Po odbytej uczcie wszyscy trzej wyszli na ulicę i tu wybuchła pomiędzy nimi sprzeczka. Czy poszło o to, kto miał płacić, czy o co innego, tego nikt już nie wiedział. Cała Suraska widziała natomiast "piękną walkę". Oczywiście rozkład sił był nieproporcjonalny, to znaczy dwaj tragarze kontra Król. Szybko okazało się, że dysproporcje w układzie sił były ogromne, bo po chwili "obaj tragarze wyli o pomoc pod ciosami swego króla". Ten nierówny pojedynek postanowił przerwać posterunkowy Byszewski. Na jego widok Czarna Ręka na chwilę przestał tłuc swych niedawnych kompanów. Ci natychmiast skorzystali z okazji i czmychnęli. Tego Król nie przewidział. Ledwo zaczął się rozgrzewać, a tu już nikogo nie ma. Nie namyślając się wiele, zerwał więc z siebie koszulę, opasał nią stojący obok słup telefoniczny i zabrał się do wyrywania go z ziemi. Na to pośpiesznie zareagował posterunkowy, zwracając się do Fiszera najgrzeczniej jak umiał - "Odstaw się pan od tego słupa". Czarna Ręka, słysząc tę inteligentną uwagę, równie spokojnie odparł policjantowi - "Pan na mnie nie zwracaj uwagi, ja go tylko wyrwę i pójdę do domu". Chcąc nie chcąc, Byszewski musiał interweniować. Pomogli mu w tym mieszkańcy Suraskiej, widząc, że jeszcze chwilka i zostaną pozbawieni telefonów. Razem, nadludzkim wysiłkiem, oderwali Czarną Rękę od słupa. W międzyczasie na miejsce przybył przewodniczący białostockiego związku tragarzy, któremu udało się załagodzić całą sytuację. W końcu przecież pobici kompani nie wnieśli skargi, a słupy telefoniczne na Suraskiej nie zostały powyrywane. Więc o co chodzi? A o to, że chciał je Czarna Ręka powyrywać? A, bo to mało ludziom się zachciewa?
- 1 komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
11 głosów
-
Historie na sobotę: Śródmiejskie indywidua
marcelam
04.09.10, 16:10
Umysłowo chorą kobietę Lechowski nazywa wariatką ale pospolitej nazwy efebahomoseksualnego już nie zna? »
Najczęściej czytane24 htydzień
- Do Łóżka bez kurtki. Co gorsza - także do domu
- Co robi młodzież? Pije. Najbardziej ...
- W szpitalu jak w psiarni. 14 stopni C na ...
- Wojsko wzywa. Musisz stawić się na badanie
- Mamy najlepszy dworzec w kraju! Białystok ...
- Lokalny przedsiębiorca wygrał z Carrefourem
- 120 mln zł brakuje na budowę stadionu. ...




