Jadało się w PRL-u. Alkohol, bimber i samogon
06.08.2010
, aktualizacja: 06.08.2010 20:24
O roli alkoholu w naszej kulturze napisano chyba tyle, co i wypito. Historycy z uporem przypisują nam rolę pierwszego pijaka Europy. Jednak jakby tak dobrze przyjrzeć się sprawie, to dawniej statystycznie nie wypijaliśmy więcej niż pozostałe narody europejskie - pisze Andrzej Fiedoruk, socjolog, kucharz, publicysta
ZOBACZ TAKŻE
- Co robi młodzież? Pije. Najbardziej popularny jest alkohol [SONDAŻ] (09-02-12, 13:46)
- Dziś zabawa, jutro cierpienie. Jak go uniknąć? (31-12-11, 15:59)
- Bimber w lesie, policjanci w krzakach (07-09-11, 13:45)
SERWISY
Po zakończeniu II wojny światowej zanotowano znaczny spadek spożycia alkoholu. Jednak już od początku lat 50. spirytualia wracają na swoją dawną pozycję. Widać już tak jest, że alkohol jest próbą ucieczki przed beznadziejnością dnia codziennego, brakiem wolności, a przede wszystkim pesymizmem. Im gorzej działo się w PRL-u, tym głębiej zaglądało społeczeństwo do kieliszka. Można dyskutować, czy tak duże spożycie alkoholu w PRL-u było celowym rozpijaniem społeczeństwa, czy też kulturowym elementem naszej sarmackiej obyczajowości. Faktem jest, iż flaszka była nieodłącznym elementem załatwiania jakichkolwiek interesów. Klasa robotnicza i rolnicy wewnątrz swoich stanów załatwiali wszystko półliterkiem czystej. Najpierw tej z czerwoną naklejką, później paskudną Vistulą czy też Bałtikiem. Ta ostatnia wyrażała nawet emigracyjne ciągotki rodaków, kiedy to w sklepie zamawiano: - Poproszę Bałtyk i dwa wiosełka! Natomiast biurka dyrektorstwa i lekarzy pękały od „dowodów wdzięczności” w postaci bułgarskich plisek, słonecznych brzegów i innego autoramentu winiaków i pseudo-koniaków.
Lekki podmuch sierpniowego wiatru wolności roku 1980 przyniósł gwałtowny spadek spożycia alkoholu. Jednak grudniowa zamieć stanu wojennego przywróciła poprzedni stan rzeczy. W kulminacyjnym okresie lat 80., na statystycznego Polaka przypadło więcej przeliczeniowego spirytusu niż w latach okupacji, bo prawie 6 litrów.
Ta statystyka nie obejmowała oczywiście bimbru. Ciekawe jest pochodzenie słowa bimber. W słowniku etymologicznym języka polskiego podaje się, iż określenie to zapożyczono do warszawskiego slangu, z gwary złodziejskiej, w której bimber oznaczał „rzecz skradzioną, znalezioną u złodzieja schwytanego na gorącym uczynku”.
Rzadko w jakiejkolwiek dziedzinie pomysłowość rodaków miała tak twórczy charakter jak w pędzeniu bimbru. W czym to tego nie robiono! Stereotyp to bańka od mleka i skręcona miedziana rurka w balii z zimną wodą. Jednak rodacy w okresie realnego socjalizmu, a i w stanie wojennym, kiedy to wódka była na kartki, przypomnieli sobie o najprostszym sposobie "pędzenia na miednicę". Furkotały szybkowary i czajniki, ale miednicę w domu miał każdy, dodatkowo sprzęt po rozłożeniu w nikim nie wzbudzał podejrzeń. W okresie komunizmu karane było już samo posiadanie aparatury. Na Białostocczyźnie dodatkowo w grę wchodziła wielowiekowa tradycja puszczańskiej produkcji alkoholu. Większość mieszkańców wsi posiadała sprzęt do destylacji, który często, razem z recepturami, przechodził z ojca na syna, a i rozległe ostępy leśne z małymi strumykami tworzyły idealne warunki do bimbrownictwa. Nasza cywilizacja na przestrzeni dziejów opracowała niezliczoną ilość przepisów na produkcje alkoholu a i na inne wynalazki spoglądała z niemałym zaciekawieniem. I to do tego stopnia, że w filmie "Wiosna, panie sierżancie" niezapomniany Tadeusz Fijewski pędził bimber ze stonki ziemniaczanej.
Jednak najbardziej znanym i bodajże popularnym sposobem jest produkcja wódki z cukru. I chociaż produkcja "cukrówki" jest najprostsza, to otrzymany produkt pozostawia wiele do życzenia. Niektórzy stosują też konfitury, przeterminowane cukierki czy buraki cukrowe. Swego czasu pomagałem sąsiadowi, który targał na trzecie piętro worek cukierków, tzw. malinówek. Nabył je na przecenie, kiedy to sklepowe magazyny zalała woda i cukierki stanowiły jednolitą bryłę. Na moje pytanie: - Po grzyba ci to? Tajemniczo rzekł: - Zobaczysz. Przez dwa tygodnie po klatce schodowej snuł się cudowny malinowy zapaszek, a wódeczka wyszła przednia.
Swego czasu byłem też uczestnikiem degustacji całkiem niezłego wyrobu z melasy produkcji Łapskiej cukrowni. Znacznie lepsze efekty daje wykorzystanie skrobi ziemniaków czy też tej zawartej w pszenicy, jednak to proces daleko bardziej skomplikowany, chociaż wart zachodu. Na szczyty profesjonalizmu można wspiąć się, wykorzystując różnego rodzaju owoce czy też jagody. Tutaj szczególną uwagę należy poświęcić morelom, które zawierają dużo cukru, a do przetworzenia nie potrzebują specjalistycznej aparatury. O bimberku jeszcze będzie. Pora na kilka reminiscencji z tamtych ciężkich, ale jakże wesołych czasów.
Kombinowanie z trunkami w czasach niedoborów przynosiło czasami niespotykane efekty. Trafiło mi się w wyniku pomyłki skosztować nalewki na boczku, i to wędzonym. Cała rzecz miała miejsce pewnego cudownego lata nad Jeziorem Rajgrodzkim. Wtedy też to mój przyjaciel Jurek przygotowywał swoją specialite de la maison. Rozrobił w garnuszku spirytus i postawił go na kuchence, po czym udał się w sobie tylko wiadomym kierunku. W tym momencie stało się nieszczęście, bowiem spirytusu, jak substancji niebezpiecznej trzeba pilnować, jak oka w głowie. A nieszczęście miało na imię Danusia, która to wpadła do kuchni, aby odparzyć na wieczorne egzorcyzmy kawał pięknego boczku. Widząc garnek z przygotowaną wodą zapakowała weń mięcho, skrzętnie przykryła i postawiła na ogniu. Dopiero zapach alkoholu w połączeniu z aromatem wędzonego boczku wyrwał gospodarza z zakamarków domostwa. Niestety, było już za późno na jakiekolwiek próby odwrócenia procesu ekstrakcji esencji boczkowej. W akcie desperacji Jurek schłodził wynalazek, zdjął oka tłuszczu i dolał sporo soku, bodajże malinowego. I co? I wyszło trzy w jednym: wódka, zagrycha i zapojka. I chociaż w smaku było paskudne, to spełniło się stare przysłowie: „Każda potwora znajdzie swojego amatora”. Na koniec wczasów po pomyłce kulinarnej nie pozostała ani krztyna. No cóż - każdy chciał spróbować tego wynalazku.
Historia naszej wódki mogłaby też posłużyć do napisania niezłego kryminału i była nomen omen pierwszą próbą sprzeciwu wobec sowieckiego imperium. A cała rzecz zaczęła się niewinnie, w roku 1972. Wtedy to amerykański koncern Pepsi Cola podpisuje z ZSRR kontrakt na budowę zakładu w Noworosyjsku. Umowa określa też warunki, na jakich Amerykanie pomogą Związkowi Radzieckiemu w promocji na swoim terytorium ulubionego trunku Breżniewa „Stolicznej”. Ale okoniem stają polscy urzędnicy, twierdząc, iż tylko my mamy prawo posługiwać się nazwą wódka. Dokładniej „wódka wyborowa”. Sowieci ruszają do boju i oto ówczesny radziecki minister handlu zagranicznego Patoliczew wynajduje niejakiego Wiliama Pochlebkina, który w swojej książce udowadnia, iż to Rosjanie pierwsi wyprodukowali wódkę z żyta i to właśnie im należy się prawo do posługiwania się nazwą wódka. Amerykanie wkładają w sprawę grube miliony dolarów i sprzedaż „Stolicznej” w USA gwałtownie rośnie. My z kolei nie odpuszczamy, więc dawni wrogowie ideologiczni łączą swoje siły, powołując Międzynarodowy Arbitraż, który w roku 1982, potwierdza prawo Rosjan do nazwy wódka, jako oryginalnego napoju, a na dodatek wyłączne prawo do korzystania z hasła reklamowego „Tylko wódka z Rosji jest prawdziwą wódką”. Przypomnijmy, jest rok 1982 i chociaż nasi specjaliści od prawa międzynarodowego nigdy nie słyszeli o takim arbitrażu, odpuszczamy temat. Lata pracy nad wypromowaniem marki idą na marne i „Wyborowa” spada z afisza. To jednak nie koniec historii i tak jak w kryminale Hitchcocka, napięcie sięga zenitu, bowiem jak podaje w swojej książce „Rosyjski bóg” Wiktor Jerofiejew „( ) w roku 2000 Pochlebkina zamordowano w jego własnym mieszkaniu w podmoskiewskim Podolsku i do dziś po Moskwie krążą idiotyczne słuchy, iż zabili go mściwi Polacy”. Awanturkę tę jedni określą poszukiwaniem historycznej prawdy, inni będą ględzić o patriotyzmie, a naprawdę to chodziło o tak potrzebne w tamtych czasach dewizy.
Wracając jednak do bimbru, na terenach białostocczyzny zwanego bardziej praktycznie samogonem. Większości obywateli III RP nie dane było spróbować prawidłowo wypędzonego, oczyszczonego i zestawionego samogonu, dlatego też na zasadzie stereotypu kojarzy się on z napitkiem mocnym i śmierdzącym. I tylko regionalny patriotyzm lub koligacje rodzinne każą degustującym wznosić nad kieliszkiem ochy i achy. Przyczyną złej jakości większości alkoholi z pokątnej produkcji jest według Zbigniewa Kmiecia kilka powodów. „ W takiej sytuacji ciężko przez wiele lat trzymać wybitny nastaw, trudno przebierać w owocach i w surowcu, nie można eksperymentować ze smakiem, z technologią. Przez represyjne podejście państwa większość samogonu pędzona jest naprędce, w tragicznych warunkach, bez powszechnie dostępnej wiedzy, bez systemu oceny i weryfikacji jakości. Wypijany jest również naprędce, łapczywie, wstydliwie i za szybko, zanim zdąży dojrzeć, zanim w naturalny sposób utraci wszystkie niepożądane elementy smaku i zapachu. I dlatego większości z nas bimber kojarzy się z czymś mocnym i śmierdzącym. A nie jest tak wcale i wcale tak być nie musi”.
Mamy imponującą ekspozycję w Białostockim Muzeum Wsi. Jednak cóż po tym, kiedy to intencją Ojca Założyciela było muzeum bimbrownictwa, a nie konstruktorów sprzętu do pędzenia samogonu. Na przeszkodzie stoi ustawa o wyrobie alkoholu i tak dalej. I to prawdopodobnie (czytaj najpewniej) nie ustawodawstwo jest największą przeszkodą w zalegalizowaniu destylowania alkoholu na niewielkie potrzeby, np. gospodarstw agroturystycznych, ale lobby koncernów i korporacji produkujących spirytualia. Ocenia się, iż dopuszczenie drobnych producentów do rynku, obniżyło by przychody korporacji o około 15-20 proc. Jeżeli taka jest skala nielegalnych, a więc nieopodatkowanych przychodów, czy rząd (jakikolwiek) nie powinien wziąć tego pod uwagę, ratując nasz budżet? Nie będę dodawał, iż byłby to dodatkowy asumpt do rozwoju małych przedsiębiorstw.
Jak silne jest lobby, nazwijmy je alkoholowe, oraz jak zostały pokręcone przepisy prawne niech świadczy taki oto przypadek.
A rzecz cała działa się w ostępach świętokrzyskich lasów latem 2003 roku. Niejaki Stefan N. został przyłapany na gorącym uczynku, kultywowania naszych narodowych tradycji, czyli pędzenia bimbru. Oskarżony podczas ogłaszania wyroku omal nie zemdlał z wrażenia. Otóż sąd rejonowy umorzył postępowanie wobec Stefana N. uznając, iż czyn nie miał znamion czynu zabronionego i na dodatek zwrócił oskarżonemu zatrzymane rzeczy (aparaturę). Oskarżyciel publiczny wniósł zażalenie na taki wyrok, a sąd okręgowy, rozpatrując sprawę ponownie zastanawiał się nad treścią art. 12a 1 ww. ustawy, który stanowi: „Kto bez wymaganego wpisu do rejestru wyrabia, skaża, oczyszcza lub odwadnia alkohol etylowy, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności lub do roku więzienia”. Kauzyperdy długo debatowały, czy przestępstwem jest tylko wyrabianie alkoholu bez wymaganego zezwolenia, czy również wyrabianie alkoholu na własny użytek? A że consensusu nie było, pchnęli sprawę do Sądu Najwyższego. Co znamienne w uzasadnieniu podnoszono, iż zdaniem sądu wyrób alkoholu na własny użytek nie podpada pod art. 12a ust. 1.
W warszawie jednak zadziałali lobbyści i wyrok był następujący: "Ponieważ ustawa nie przewiduje wydawania zezwoleń na produkcję alkoholu etylowego poza działalnością gospodarczą, to produkcja taka, m.in. produkcja na własne potrzeby, nigdy nie może być legalna". I proszę, jak nie kijem go, to pałką!!!
Ale jest też ciemna, bachusowa strona. Alkoholizm trafia nie tylko chłopów, robotników, ale także ludzi nauki i twórców. Legenda Marka Hłaski, Rafała Wojaczka czy Edwarda Stachury na zawsze pozostanie mitem straconego pokolenia.
Lekki podmuch sierpniowego wiatru wolności roku 1980 przyniósł gwałtowny spadek spożycia alkoholu. Jednak grudniowa zamieć stanu wojennego przywróciła poprzedni stan rzeczy. W kulminacyjnym okresie lat 80., na statystycznego Polaka przypadło więcej przeliczeniowego spirytusu niż w latach okupacji, bo prawie 6 litrów.
Ta statystyka nie obejmowała oczywiście bimbru. Ciekawe jest pochodzenie słowa bimber. W słowniku etymologicznym języka polskiego podaje się, iż określenie to zapożyczono do warszawskiego slangu, z gwary złodziejskiej, w której bimber oznaczał „rzecz skradzioną, znalezioną u złodzieja schwytanego na gorącym uczynku”.
Rzadko w jakiejkolwiek dziedzinie pomysłowość rodaków miała tak twórczy charakter jak w pędzeniu bimbru. W czym to tego nie robiono! Stereotyp to bańka od mleka i skręcona miedziana rurka w balii z zimną wodą. Jednak rodacy w okresie realnego socjalizmu, a i w stanie wojennym, kiedy to wódka była na kartki, przypomnieli sobie o najprostszym sposobie "pędzenia na miednicę". Furkotały szybkowary i czajniki, ale miednicę w domu miał każdy, dodatkowo sprzęt po rozłożeniu w nikim nie wzbudzał podejrzeń. W okresie komunizmu karane było już samo posiadanie aparatury. Na Białostocczyźnie dodatkowo w grę wchodziła wielowiekowa tradycja puszczańskiej produkcji alkoholu. Większość mieszkańców wsi posiadała sprzęt do destylacji, który często, razem z recepturami, przechodził z ojca na syna, a i rozległe ostępy leśne z małymi strumykami tworzyły idealne warunki do bimbrownictwa. Nasza cywilizacja na przestrzeni dziejów opracowała niezliczoną ilość przepisów na produkcje alkoholu a i na inne wynalazki spoglądała z niemałym zaciekawieniem. I to do tego stopnia, że w filmie "Wiosna, panie sierżancie" niezapomniany Tadeusz Fijewski pędził bimber ze stonki ziemniaczanej.
Jednak najbardziej znanym i bodajże popularnym sposobem jest produkcja wódki z cukru. I chociaż produkcja "cukrówki" jest najprostsza, to otrzymany produkt pozostawia wiele do życzenia. Niektórzy stosują też konfitury, przeterminowane cukierki czy buraki cukrowe. Swego czasu pomagałem sąsiadowi, który targał na trzecie piętro worek cukierków, tzw. malinówek. Nabył je na przecenie, kiedy to sklepowe magazyny zalała woda i cukierki stanowiły jednolitą bryłę. Na moje pytanie: - Po grzyba ci to? Tajemniczo rzekł: - Zobaczysz. Przez dwa tygodnie po klatce schodowej snuł się cudowny malinowy zapaszek, a wódeczka wyszła przednia.
Swego czasu byłem też uczestnikiem degustacji całkiem niezłego wyrobu z melasy produkcji Łapskiej cukrowni. Znacznie lepsze efekty daje wykorzystanie skrobi ziemniaków czy też tej zawartej w pszenicy, jednak to proces daleko bardziej skomplikowany, chociaż wart zachodu. Na szczyty profesjonalizmu można wspiąć się, wykorzystując różnego rodzaju owoce czy też jagody. Tutaj szczególną uwagę należy poświęcić morelom, które zawierają dużo cukru, a do przetworzenia nie potrzebują specjalistycznej aparatury. O bimberku jeszcze będzie. Pora na kilka reminiscencji z tamtych ciężkich, ale jakże wesołych czasów.
Kombinowanie z trunkami w czasach niedoborów przynosiło czasami niespotykane efekty. Trafiło mi się w wyniku pomyłki skosztować nalewki na boczku, i to wędzonym. Cała rzecz miała miejsce pewnego cudownego lata nad Jeziorem Rajgrodzkim. Wtedy też to mój przyjaciel Jurek przygotowywał swoją specialite de la maison. Rozrobił w garnuszku spirytus i postawił go na kuchence, po czym udał się w sobie tylko wiadomym kierunku. W tym momencie stało się nieszczęście, bowiem spirytusu, jak substancji niebezpiecznej trzeba pilnować, jak oka w głowie. A nieszczęście miało na imię Danusia, która to wpadła do kuchni, aby odparzyć na wieczorne egzorcyzmy kawał pięknego boczku. Widząc garnek z przygotowaną wodą zapakowała weń mięcho, skrzętnie przykryła i postawiła na ogniu. Dopiero zapach alkoholu w połączeniu z aromatem wędzonego boczku wyrwał gospodarza z zakamarków domostwa. Niestety, było już za późno na jakiekolwiek próby odwrócenia procesu ekstrakcji esencji boczkowej. W akcie desperacji Jurek schłodził wynalazek, zdjął oka tłuszczu i dolał sporo soku, bodajże malinowego. I co? I wyszło trzy w jednym: wódka, zagrycha i zapojka. I chociaż w smaku było paskudne, to spełniło się stare przysłowie: „Każda potwora znajdzie swojego amatora”. Na koniec wczasów po pomyłce kulinarnej nie pozostała ani krztyna. No cóż - każdy chciał spróbować tego wynalazku.
Historia naszej wódki mogłaby też posłużyć do napisania niezłego kryminału i była nomen omen pierwszą próbą sprzeciwu wobec sowieckiego imperium. A cała rzecz zaczęła się niewinnie, w roku 1972. Wtedy to amerykański koncern Pepsi Cola podpisuje z ZSRR kontrakt na budowę zakładu w Noworosyjsku. Umowa określa też warunki, na jakich Amerykanie pomogą Związkowi Radzieckiemu w promocji na swoim terytorium ulubionego trunku Breżniewa „Stolicznej”. Ale okoniem stają polscy urzędnicy, twierdząc, iż tylko my mamy prawo posługiwać się nazwą wódka. Dokładniej „wódka wyborowa”. Sowieci ruszają do boju i oto ówczesny radziecki minister handlu zagranicznego Patoliczew wynajduje niejakiego Wiliama Pochlebkina, który w swojej książce udowadnia, iż to Rosjanie pierwsi wyprodukowali wódkę z żyta i to właśnie im należy się prawo do posługiwania się nazwą wódka. Amerykanie wkładają w sprawę grube miliony dolarów i sprzedaż „Stolicznej” w USA gwałtownie rośnie. My z kolei nie odpuszczamy, więc dawni wrogowie ideologiczni łączą swoje siły, powołując Międzynarodowy Arbitraż, który w roku 1982, potwierdza prawo Rosjan do nazwy wódka, jako oryginalnego napoju, a na dodatek wyłączne prawo do korzystania z hasła reklamowego „Tylko wódka z Rosji jest prawdziwą wódką”. Przypomnijmy, jest rok 1982 i chociaż nasi specjaliści od prawa międzynarodowego nigdy nie słyszeli o takim arbitrażu, odpuszczamy temat. Lata pracy nad wypromowaniem marki idą na marne i „Wyborowa” spada z afisza. To jednak nie koniec historii i tak jak w kryminale Hitchcocka, napięcie sięga zenitu, bowiem jak podaje w swojej książce „Rosyjski bóg” Wiktor Jerofiejew „( ) w roku 2000 Pochlebkina zamordowano w jego własnym mieszkaniu w podmoskiewskim Podolsku i do dziś po Moskwie krążą idiotyczne słuchy, iż zabili go mściwi Polacy”. Awanturkę tę jedni określą poszukiwaniem historycznej prawdy, inni będą ględzić o patriotyzmie, a naprawdę to chodziło o tak potrzebne w tamtych czasach dewizy.
Wracając jednak do bimbru, na terenach białostocczyzny zwanego bardziej praktycznie samogonem. Większości obywateli III RP nie dane było spróbować prawidłowo wypędzonego, oczyszczonego i zestawionego samogonu, dlatego też na zasadzie stereotypu kojarzy się on z napitkiem mocnym i śmierdzącym. I tylko regionalny patriotyzm lub koligacje rodzinne każą degustującym wznosić nad kieliszkiem ochy i achy. Przyczyną złej jakości większości alkoholi z pokątnej produkcji jest według Zbigniewa Kmiecia kilka powodów. „ W takiej sytuacji ciężko przez wiele lat trzymać wybitny nastaw, trudno przebierać w owocach i w surowcu, nie można eksperymentować ze smakiem, z technologią. Przez represyjne podejście państwa większość samogonu pędzona jest naprędce, w tragicznych warunkach, bez powszechnie dostępnej wiedzy, bez systemu oceny i weryfikacji jakości. Wypijany jest również naprędce, łapczywie, wstydliwie i za szybko, zanim zdąży dojrzeć, zanim w naturalny sposób utraci wszystkie niepożądane elementy smaku i zapachu. I dlatego większości z nas bimber kojarzy się z czymś mocnym i śmierdzącym. A nie jest tak wcale i wcale tak być nie musi”.
Mamy imponującą ekspozycję w Białostockim Muzeum Wsi. Jednak cóż po tym, kiedy to intencją Ojca Założyciela było muzeum bimbrownictwa, a nie konstruktorów sprzętu do pędzenia samogonu. Na przeszkodzie stoi ustawa o wyrobie alkoholu i tak dalej. I to prawdopodobnie (czytaj najpewniej) nie ustawodawstwo jest największą przeszkodą w zalegalizowaniu destylowania alkoholu na niewielkie potrzeby, np. gospodarstw agroturystycznych, ale lobby koncernów i korporacji produkujących spirytualia. Ocenia się, iż dopuszczenie drobnych producentów do rynku, obniżyło by przychody korporacji o około 15-20 proc. Jeżeli taka jest skala nielegalnych, a więc nieopodatkowanych przychodów, czy rząd (jakikolwiek) nie powinien wziąć tego pod uwagę, ratując nasz budżet? Nie będę dodawał, iż byłby to dodatkowy asumpt do rozwoju małych przedsiębiorstw.
Jak silne jest lobby, nazwijmy je alkoholowe, oraz jak zostały pokręcone przepisy prawne niech świadczy taki oto przypadek.
A rzecz cała działa się w ostępach świętokrzyskich lasów latem 2003 roku. Niejaki Stefan N. został przyłapany na gorącym uczynku, kultywowania naszych narodowych tradycji, czyli pędzenia bimbru. Oskarżony podczas ogłaszania wyroku omal nie zemdlał z wrażenia. Otóż sąd rejonowy umorzył postępowanie wobec Stefana N. uznając, iż czyn nie miał znamion czynu zabronionego i na dodatek zwrócił oskarżonemu zatrzymane rzeczy (aparaturę). Oskarżyciel publiczny wniósł zażalenie na taki wyrok, a sąd okręgowy, rozpatrując sprawę ponownie zastanawiał się nad treścią art. 12a 1 ww. ustawy, który stanowi: „Kto bez wymaganego wpisu do rejestru wyrabia, skaża, oczyszcza lub odwadnia alkohol etylowy, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności lub do roku więzienia”. Kauzyperdy długo debatowały, czy przestępstwem jest tylko wyrabianie alkoholu bez wymaganego zezwolenia, czy również wyrabianie alkoholu na własny użytek? A że consensusu nie było, pchnęli sprawę do Sądu Najwyższego. Co znamienne w uzasadnieniu podnoszono, iż zdaniem sądu wyrób alkoholu na własny użytek nie podpada pod art. 12a ust. 1.
W warszawie jednak zadziałali lobbyści i wyrok był następujący: "Ponieważ ustawa nie przewiduje wydawania zezwoleń na produkcję alkoholu etylowego poza działalnością gospodarczą, to produkcja taka, m.in. produkcja na własne potrzeby, nigdy nie może być legalna". I proszę, jak nie kijem go, to pałką!!!
Ale jest też ciemna, bachusowa strona. Alkoholizm trafia nie tylko chłopów, robotników, ale także ludzi nauki i twórców. Legenda Marka Hłaski, Rafała Wojaczka czy Edwarda Stachury na zawsze pozostanie mitem straconego pokolenia.
- 10 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
5 głosów
-
Jadało się w PRL-u. Alkohol, bimber i samogon
jurek-1950
08.08.10, 20:32
Cytat :"Lekki podmuch sierpniowego wiatru wolności roku 1980 przyniósłgwałtowny spadek spożycia alkoholu"Spadek spożycia spowodowany został brakiem alkoholu w sklepach, a kartkispowodowały »
Najczęściej czytane24 htydzień




