Nasz władyka nie zapominał o nas

not. moż
12.04.2010 , aktualizacja: 12.04.2010 18:29
A A A Drukuj
wspomina diakon Jarosław Makal
Arcybiskup hajnowski Miron
Fot. Grzegorz Dabrowski/AG
Arcybiskup hajnowski Miron
- Z ojcem Mironem miałem zaszczyt pracować przez 15 lat. W 1984 roku, gdy byłem w Supraślu dyrygentem i psalmistą, przyszedł tu jako wikariusz. Zaraz potem został proboszczem Prawosławnej Parafii Zakonnej i od razu otrzymał zadanie odrodzenia supraskiego monasteru. Ostatni mnisi wykwaterowani zostali stąd w 1945 roku i ojciec Miron był pierwszym, który nastąpił w Supraślu po tych 40 latach. Był igumenem - szefem monasteru. Po kilku latach dostał kolejne zaszczytne miano - archimandryty.

Pamiętam go jako człowieka uduchowionego, ale też o bardzo wnikliwym umyśle, niezwykle analitycznym. Ogarniał aspekt i monasteru, i parafii. Łączył dwa w jednym. Był człowiekiem modlitwy. W tych trudnych czasach, gdy monaster się odradzał, i trzeba było odzyskiwać poszczególne budynki - zawsze pilnował, by wszystkie działania zaczynać właśnie od modlitwy. Był naszym przywódcą duchowym i przywódcą w takim realnym wymiarze. Umiał zachęcić ludzi do wspólnych działań. Gdy trzeba było coś zrobić - wystarczyło, że powiedział parę słów na kazaniu, a już ludzie zbierali się gotowi do pracy, przyjeżdżali nawet z dalszych miejscowości: Sokółki i Hajnówki.

Miał w sobie olbrzymi potencjał, dlatego dla nas było to całkowicie naturalne, że z czasem został biskupem i zaczął pełnić nowe obowiązki. Choć oczywiście, był w nas ogromny żal, że od nas odchodzi, ale rozumieliśmy, że musi, że jest powołany do innych działań.

Nie zapominał jednak o nas. Przyjeżdżał tu gdy tylko mógł i zawsze witaliśmy go w Supraślu z radością. Jeszcze tydzień temu, w środę, był tu u nas na monasterskim święcie w Tygodniu Paschalnym. Spotykał się ze swoimi dawnymi parafianami. Pamiętał o nich wszystkich. Mówiliśmy o nim "Nasz władyka". To było taki serdeczne familijne określenie, którym mogliśmy się do niego zwracać i jednocześnie w niczym nie uchybialiśmy jego godności. Nie był człowiekiem rubasznym. Ale bardzo często się uśmiechał. Zawsze się interesował drugą osobą. Z równą życzliwością pochylał się tak nad babcią, jak nad wnuczkiem. Na pierwszy rzut oka nie był może szczególnie bezpośredni, wzbudzał respekt. Ale też był otwarty i szanował swojego rozmówcę. Nigdy nie bałem się powiedzieć mu swojego zdania. On wiedział, że może liczyć na nas, my wiedzieliśmy, że możemy liczyć na niego.

Dla mnie to niepowetowana strata. Zawsze mogłem zwrócić się do niego z prośbą o radę. Był przy tym gdy rodziły się moje dzieci.

W Supraślu miał bardzo dobre kontakty z miejscowymi księżmi katolickimi. Apogeum tych kontaktów była przed laty uroczysta procesja z monasteru do kościoła związana z przeniesieniem krzyża. Chodzi o krzyż z wieży kościoła, który czasie wojny obcięli Sowieci. Krzyż potem stał przy cerkwi wkopany w ziemię. Po uroczystej procesji, w której brał udział niemal cały Supraśl, krzyż został przeniesiony do kościoła, gdzie do dziś się znajduje. W kościele odprawiono uroczystą mszę, a o. Miron wygłosił bardzo piękne kazanie.

Do tej pory w Supraślu wiele osób potrafi powiedzieć: "za ojca Mirona to było tak i tak".

Supraśl był jego ukochanym miejscem. Mówił, że gdy już będzie na emeryturze, to chciałby wrócić do swego miasteczka. Nawet poprosił o celę w odbudowywanym południowym skrzydle monasteru, gdzie mógłby mieszkać już na emeryturze. Pamiętam, że czasem nawet wspominał, że w Supraślu chciałby być pochowany. Bardzo byśmy chcieli, by spełniło się jego życzenie. Choć oczywiście decyzja nastąpi wyżej. O miejscu pochówku zdecyduje metropolita lub sobór biskupów.

Pozostanie w naszej pamięci. Wierzymy, że nasz władyka będzie się za nas modlił w niebie, my zaś tu, na ziemi, będziemy się modlić za jego duszę.

Podziel się

  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    20 głosów