Latanie kochała ponad wszystko

Joanna Klimowicz
12.04.2010 , aktualizacja: 12.04.2010 19:20
A A A Drukuj
Jej ulubiony cytat: "Jesteśmy aniołami z jednym skrzydłem. Możemy latać tylko wtedy, gdy obejmiemy drugiego człowieka".
Justyna Moniuszko
Fot. MON
Justyna Moniuszko
Widocznie takich ludzi jak Justynka TAM trzeba. Odważnych, którzy bezinteresownie pomagają innym, którzy robią coś z pasją i są wierni swoim przekonaniom. Tak tłumaczą sobie bliscy Justyny Moniuszko jej nagłą, niezrozumiałą śmierć. Niełatwo się z nią pogodzić.

- Sześcioro mam wnuków. Wszystkie po studiach - zamyśla się Marianna Moniuszko.

- Justynki już nie licz... - tato Justyny Zdzisław nie jest w stanie powstrzymać łez. Bał się o swoją iskierkę, zdarzyło się nawet, że krzyknął, po wypadkach, którym ulegali kursanci. I tak sobie myśli, że może ostatnio dzięki temu mniej było tych skoków ze spadochronem. Ale o Tupolewie złego słowa nie dawała powiedzieć. Bezpieczny, komfortowy i już. A znała się świetnie na konstrukcji samolotów, więc nie było powodów jej nie wierzyć. Poza tym latała z najważniejszymi w państwie. To już bardziej dbać o maszynę takiej delegacji przecież nie można.

- Wszędzie można życie stracić tato - dowodziła Justyna. A latanie kochała ponad wszystko. Nikt jej więc w tym nie przeszkadzał.

Tak szybko żyła, jakby coś czuła

Dziś pozostaje tylko pomodlić się, zapalić świece przy jej zdjęciu, posiedzieć w domu, czekając na telefony z kondolencjami. W domu, który nagle wydaje się zbyt duży i zbyt pusty. Kiedy Justynka do niego wpadała, jak po ogień, zawsze w locie, wszędzie jej było pełno. Uśmiechem rozświetlała każdy pokój. Dziś cicho tu i smutno. Panu Zdzisławowi towarzyszy jego mama Marianna, która przyjechała z Goniądza i teściowa Helena Rafałowska. Mamę Justyny zabrali do Moskwy. Musi zrobić to, czego żaden rodzic nigdy w życiu robić nie powinien, do czego los po prostu nie może go zmuszać - musi zidentyfikować ciało córki. Może nie będzie w stanie tego zrobić? Na wszelki wypadek pobrali DNA od rodziców... W Rosji towarzyszy jej najbliższy przyjaciel, sympatia Justyny.

Jej brat Grzegorz nie zdążył jeszcze dojechać z Holandii, gdzie robi doktorat z biochemii. "Ciągle jestem poza granicami kraju i przed poniedziałkiem raczej nie dam rady się stąd ruszyć - pisze na swoim blogu. - Teraz siedzę samotnie na obczyźnie, bezmyślnie czytając kolejne informacje o tej katastrofie, pomiędzy kolejnymi napadami płaczu. Nie wiem po co to robię, chyba po prostu muszę robić cokolwiek, mimo że wszystko nie ma sensu. Pomyśleć, że jeszcze w poniedziałek wieczorem mówiłem jej: na razie, przytulając, bo mieliśmy się nie widzieć przez miesiąc, przez ten mój zagraniczny wyjazd. (...)"

Nie ma siły pisać wspomnień o młodszej siostrzyczce. Tylko tyle: "Mimo, że była młodsza ode mnie, z racji swojej otwartości i energii życiowej, miała znacznie więcej przyjaciół i znajomych, z nią po prostu zawsze było wesoło. Śmialiśmy się, że razem stanowimy kompletną osobę z właściwą dozą energii i radości wnoszonej przez nią za nas dwoje, oraz ostrożności i powolności, którym ja mam w nadmiarze. Teraz pozostała tylko połowa tej osoby, czuję się ułomny, jakby ktoś pozbawił mnie połowy istnienia. Nie znam takich słów, które dobrze opisałaby to uczucie, ale nie życzę najgorszemu wrogowi przeżywania czegoś podobnego".

Tacy różni, a zawsze się kochali i przekomarzali. Grześ - stateczny, rozważny. Justyna - iskra, wiatr, burza. Nawet w przedszkolu nie leżakowała.

- Tak szybko żyła, jakby coś czuła... - ojciec znów chowa twarz w dłoniach.

Jedno jeszcze przychodzi babciom na myśl, jak tak siedzą i wspominają, bo co innego robić, teraz to już tylko wspomnienie po Justynce. Że niczego się nie bała. Kiedy jej tato przed rokiem miał poważną operację, czekała do północy aż się wybudzi i dopiero wtedy, sama pojechała samochodem do Warszawy - raniutko miała lot.

Babcia Marianna pamięta jak przyjechała na jej Pierwszą Komunię Świętą. Kościół nabity po brzegi, babcia słyszy z daleka głos wnuczki jak dzwoneczek. Mała do mikrofonu wita kościelnych dostojników. Rezolutnie jej wyszło.

Zawsze wszystko jej wychodziło. Jak postanowiła, że będzie grać na gitarze, to nauczyła się sama. I pięknie grała. Zwłaszcza harcerski "Budzik".

Jej motto brzmiało: "Droga do celu jest równie ważna jak on sam". Od początku uczyła się świetnie, ale to nie wystarczało. Był samorząd szkolny, było harcerstwo, obozy, biwaki, rajdy, opieka nad dziećmi z zastępu. Prosto ze ślubu Grzesia gnała nad morze na obóz z dziećmi niepełnosprawnymi.

Jak pięknie jest być na niebie

Umiłowaniem przestworzy zaraziła się w harcerstwie, do którego w VII klasie wciągnęła ją najbliższa przyjaciółka Marzena. Właściwie jak siostra. Druga siostra, bo trzecią była Ula Bardłowska. Marzena i Justyna mieszkały obok, codziennie u siebie przesiadywały. Najpierw zrobiły stopień drużynowej, potem chciały robić przewodnika. Dlatego postawiły sobie zadanie: kurs spadochronowy. Justyna, Marzena i koleżanka z drużyny Dorota pakują się w jeden plecak i wyruszają na lotnisko Radawiec pod Lublinem, tam znalazły kurs bezpłatny. Z pierwszego skoku niewiele pamiętają.

- Miałyśmy prosty sposób na stres: śpiew i śmiech - wspomina Dorota. - Przy drugim skoku Justynka krzyczała: "Jak pięknie jest być na niebie!" Wylądowały z Marzeną w sadzie i trochę się wystraszyły. Ale Justyna nie tak znowu bardzo. Tak to się zaczęło.

Koleżanki z 93 Białostockiej Drużyny Harcerskiej "Na próbie" spotykają się w poniedziałek grubo przed wieczorną mszą za Justynę w kościele św. Maksymiliana Kolbego. Muszą mieć parę godzin, żeby się nagadać, pooglądać dziesiątki zdjęć i kronikę drużyny, którą w dużej mierze tworzyła sama Justyna. O, jest jej wpis po ślubowaniu harcerskim w 2002 roku, złożonym pod wodospadem Siklawa w Tatrach: "Jak dobrze dostać potwierdzenie, że zmierzam w dobrym kierunku".

O, jest zdjęcie Justyny w brązowej chustce, uwielbiała ją. I w sukience na sylwestra. Biegały o północy boso po śniegu, robiły w tych kreacjach orzełki.

Karolina ma pod powiekami taki obrazek: - Justyna była zastępową "Świetlików", zastępu najmłodszych dziewczynek, takich kochanych przytulanek. Na biwaku siedzi z dwiema, obejmuje je, gadają. Wieczorami opowiada im bajki.

Podziel się

  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    47 głosów