Wspomnienie o Szefie
13.04.2010
, aktualizacja: 14.04.2010 09:41
"Szefie" - tak zwracałem się do Krzysztofa Putry przez 17 lat naszej współpracy. Współpracy, która trwała praktycznie przez całe moje dorosłe życie. Dziś już wiem, że tak więcej nigdy nie powiem. Zwrot "szefie" będzie zarezerwowany tylko dla niego...
ZOBACZ TAKŻE
- Białystok żegna wicemarszałka Krzysztofa Putrę (20-04-10, 13:03)
- Krzysztof Putra, wicemarszałek Sejmu nie żyje (10-04-10, 11:36)
Ale Krzysztofa Putrę, działacza Komitetu Obywatelskiego i Solidarności niejako zaocznie poznałem - podobnie jak zapewne większość mieszkańców Białegostoku i Białostocczyzny - wiosną 1989 r. Wówczas to po raz pierwszy kandydował do kontraktowego jeszcze Sejmu X kadencji i to wówczas rozlepiałem, podobnie jak tysiące osób, plakaty ze wspólnym zdjęciem jego i Lecha Wałęsy oraz napisem "Solidarność". To wówczas miałem okazję poznać jego charakterystyczną twarz z wąsem, który stał się jego znakiem firmowym. Chociaż szef czasami golił wąsy, to prędzej czy później zapuszczał je ponownie. Bo pomimo tego, że wiele osób w Senacie czy w Sejmie mówiło, że świetnie bez nich wygląda, to on tłumaczył, że jego żona i córki wolą go z wąsami. A ich zdanie jest dla niego najważniejsze.
Rodzina... Właśnie w tej żyjącej bardzo skromnie i zawsze w cieniu rodzinie szef znajdował oparcie. To rodzinny dom stanowił azyl od politycznego szumu. To tu nie był marszałkiem czy szefem, ale mężem i ojcem dla żony i swojej gromadki dzieci. Z dziećmi - i to nie tylko ze swoimi - szef miał świetny kontakt. Pamiętam jego opowieści o tym, jak siłował się z synami czy grał z nimi w piłkę...
Gdy myślę teraz o szefie, to bardzo trudno jest mi przypomnieć jakieś anegdoty czy zabawne zdarzenia z nim związane. Chyba jest na to jeszcze za wcześnie... Przypominam sobie to, jak szef długo zwlekał z podejmowaniem decyzji. Dziś wiem, że robił to świadomie, jak dobry ojciec, który czasami woli poczekać, by opadły emocje, by wszyscy nabrali do jakiejś sprawy dystansu. Dzięki temu łączył, a nie dzielił ludzi. Potrafił rozmawiać i dogadywać się ze wszystkimi - bez względu na ich poglądy, wyznanie czy wykształcenie. Pamiętam, jak w 2005 r., gdy szef kandydował do Senatu, w jednej z miejscowości - gdzieś w powiecie hajnowskim - jeden z "tutejszych" powiedział po swojemu osobie rozdającej ulotki szefa, że będzie głosował "na wójtu i na Putru". Szef był z tego bardzo dumny. Gdy ktoś prosił szefa o rozmowę, nawet na ulicy, w przelocie, zawsze się zatrzymał, by zamienić z tą osobą choć kilka zdań. Przez to wszystko często nie było go na czas w domu, a nawet tak prozaiczna czynność jak zakupy rozciągała się przez te rozmowy w czasie, bo ludzie podchodzili do niego wszędzie. A takich rozmów były tysiące. Dzięki nim szef miał wiedzę na temat wielu spraw i starał się pomóc, na ile tylko mógł. Często pomagał zwyczajnym ludziom, ale też bardzo mocno angażował się w sprawy regionu. Nie afiszował się z tym, ale ci, którzy z nim współpracowali, doskonale wiedzą, ile udało się dzięki niemu załatwić spraw dla województwa podlaskiego w czasach rządów PiS. I nigdy nie robił tego w świetle kamer czy blasku fleszy.
Białystok, ale i całe województwo podlaskie, straciło najwybitniejszego polityka w swojej powojennej historii. Polityka z krwi i kości, a nie będącego tworem pudru i rad ekspertów od wizerunku. Polityka, który zajmował najwyższe stanowiska państwowe i miał wpływ na losy naszego kraju. Polityka, dla którego dobro kraju, regionu i miasta było najważniejsze, a nie marketing czy public relations. I myślę, że taki testament Krzysztof Putra zostawia nam wszystkim. Abyśmy wspólnie troszczyli się o Polskę i jej sprawy, o Podlasie, o naszą lokalność. I co równie ważne, byśmy byli jedną rodziną, w której może być spór, bo - jak mówił szef - spieranie się o poglądy jest istotą demokracji, ale w której nie powinno być kłótni, waśni i nienawiści do drugiego człowieka, dlatego, że inaczej patrzy na świat. On każdego obdarzał szacunkiem.
* Rafał Rudnicki, współpracownik Krzysztofa Putry
Księga kondolencyjna
Rodzina... Właśnie w tej żyjącej bardzo skromnie i zawsze w cieniu rodzinie szef znajdował oparcie. To rodzinny dom stanowił azyl od politycznego szumu. To tu nie był marszałkiem czy szefem, ale mężem i ojcem dla żony i swojej gromadki dzieci. Z dziećmi - i to nie tylko ze swoimi - szef miał świetny kontakt. Pamiętam jego opowieści o tym, jak siłował się z synami czy grał z nimi w piłkę...
Gdy myślę teraz o szefie, to bardzo trudno jest mi przypomnieć jakieś anegdoty czy zabawne zdarzenia z nim związane. Chyba jest na to jeszcze za wcześnie... Przypominam sobie to, jak szef długo zwlekał z podejmowaniem decyzji. Dziś wiem, że robił to świadomie, jak dobry ojciec, który czasami woli poczekać, by opadły emocje, by wszyscy nabrali do jakiejś sprawy dystansu. Dzięki temu łączył, a nie dzielił ludzi. Potrafił rozmawiać i dogadywać się ze wszystkimi - bez względu na ich poglądy, wyznanie czy wykształcenie. Pamiętam, jak w 2005 r., gdy szef kandydował do Senatu, w jednej z miejscowości - gdzieś w powiecie hajnowskim - jeden z "tutejszych" powiedział po swojemu osobie rozdającej ulotki szefa, że będzie głosował "na wójtu i na Putru". Szef był z tego bardzo dumny. Gdy ktoś prosił szefa o rozmowę, nawet na ulicy, w przelocie, zawsze się zatrzymał, by zamienić z tą osobą choć kilka zdań. Przez to wszystko często nie było go na czas w domu, a nawet tak prozaiczna czynność jak zakupy rozciągała się przez te rozmowy w czasie, bo ludzie podchodzili do niego wszędzie. A takich rozmów były tysiące. Dzięki nim szef miał wiedzę na temat wielu spraw i starał się pomóc, na ile tylko mógł. Często pomagał zwyczajnym ludziom, ale też bardzo mocno angażował się w sprawy regionu. Nie afiszował się z tym, ale ci, którzy z nim współpracowali, doskonale wiedzą, ile udało się dzięki niemu załatwić spraw dla województwa podlaskiego w czasach rządów PiS. I nigdy nie robił tego w świetle kamer czy blasku fleszy.
Białystok, ale i całe województwo podlaskie, straciło najwybitniejszego polityka w swojej powojennej historii. Polityka z krwi i kości, a nie będącego tworem pudru i rad ekspertów od wizerunku. Polityka, który zajmował najwyższe stanowiska państwowe i miał wpływ na losy naszego kraju. Polityka, dla którego dobro kraju, regionu i miasta było najważniejsze, a nie marketing czy public relations. I myślę, że taki testament Krzysztof Putra zostawia nam wszystkim. Abyśmy wspólnie troszczyli się o Polskę i jej sprawy, o Podlasie, o naszą lokalność. I co równie ważne, byśmy byli jedną rodziną, w której może być spór, bo - jak mówił szef - spieranie się o poglądy jest istotą demokracji, ale w której nie powinno być kłótni, waśni i nienawiści do drugiego człowieka, dlatego, że inaczej patrzy na świat. On każdego obdarzał szacunkiem.
* Rafał Rudnicki, współpracownik Krzysztofa Putry
Księga kondolencyjna
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy




