Wielka strata dla Polski i Białegostoku
13.04.2010
, aktualizacja: 14.04.2010 09:36
Nie żyją Krzysztof Putra i Ryszard Kaczorowski. To wielka strata dla Polski i strata dla Białegostoku, który na przestrzeni kilku wieków swej historii nie miał specjalnego szczęścia do wybitnych postaci. A jeśli mu się trafiały, nie za każdym razem potrafił je rozpoznać i w porę docenić
Z Krzysztofem Putrą współpracowałem blisko w pierwszym okresie po odzyskaniu wolności. Pamiętam doskonale założycielskie posiedzenie Komitetu Obywatelskiego "Solidarność" Ziemi Białostockiej, które odbyło się w połowie kwietnia 1989 r. W dziesięć dni po zakończeniu Okrągłego Stołu i po decyzjach o dopuszczeniu "Solidarności" do udziału w wyborach parlamentarnych spotkaliśmy się na zaproszenie Stanisława Marczuka u księży werbistów, w kilkadziesiąt osób, by postanowić, jak się do tych wyborów zabrać. Obrady miały burzliwy przebieg. Ostatecznie stanęło na tym, że do walki o dwa mandaty do Sejmu z naszego województwa staną Krzysztof Jakub Putra z okręgu białostockiego oraz Jan Beszta Borowski z okręgu z siedzibą w Bielsku Podlaskim, a do odradzającego się po kilkudziesięciu latach Senatu profesorowie Andrzej Stelmachowski i Andrzej Kaliciński. Putra był chwalony przez Marczuka, który znał go z działalności w Fabryce Przyrządów i Uchwytów, dostał więc głosy moje i przyjaciół, z którymi byłem wówczas związany.
Wtedy też zapadła decyzja o wydawaniu gazetki wyborczej "Dobro Wspólne", poświęconej prezentacji naszych kandydatów, co przy monopolu PZPR w dziedzinie informacji miało znaczenie być albo nie być. Znalazłem się w redakcji i w sztabie wyborczym. Wtedy poznałem Putrę bliżej, bo przychodził często do odzyskanego przez "Solidarność" biura przy Świętojańskiej (wtedy jeszcze Nowotki), a także podczas wieców wyborczych. Kandydaci Komitetu Obywatelskiego odnieśli 4 czerwca przygniatające zwycięstwo, co zmieniło historię Polski i Europy. Cieszyliśmy się jak dzieci. Zapamiętałem, że Putra dziękował nam, którzyśmy mu pomagali w kampanii, jakoś szczególnie serdecznie, a najbardziej Kazikowi Rosińskiemu.
Nasi parlamentarzyści niebawem zniknęli w Warszawie, a w Białymstoku zapanował marazm; funkcjonariusze stanu wojennego zachowywali się, jakby nic się nie stało, a może liczyli, że karta się jeszcze odwróci. Pracowałem wtedy w świeżo założonej "Gazecie Wyborczej" i rozmawiałem z Putrą kilkakrotnie o tych kwestiach. Uważał, że posłowie robią co mogą, zmieniają przecież kraj, a na prowincję też przyjdzie pora. Rzeczywiście przed końcem roku prawie nie wychodzili z Sejmu, uchwalając pakiet reform Balcerowicza, zmieniając nazwę państwa i godło.
W marcu 1990 r. uchwalili ustawę o samorządzie terytorialnym, na mocy której można było w maju przeprowadzić wybory i zmienić ustrój miast i gmin. W Białymstoku Komitet Obywatelski "Solidarność" wprowadził do 50-osobowej Rady Miejskiej 42 radnych; zwycięstwo bez precedensu. Z moich ówczesnych rozmów z Krzysztofem Putrą zapamiętałem, z jakimi nadziejami mówił o ustawach prywatyzacyjnych, uchwalonych ostatecznie w lipcu 1990. Zmiany w gospodarce interesowały go najbardziej, co nie znaczy, że nie pochłaniały go sprawy polityczne.
Trwała już wojna na górze. Putra opowiedział się zdecydowanie po stronie Lecha Wałęsy, prącego do prezydentury. Związał się z Jarosławem Kaczyńskim i współtworzył Porozumienie Centrum. Przekonywał mnie, że Polsce potrzebne jest przyspieszenie, pójście na skróty, dePZPRyzacja. Uważałem, że to błąd, który będzie nas wszystkich drogo kosztował, gdyż walki w obozie zwycięzców doprowadzą do klęski.
W następnych latach nasze związki uległy rozluźnieniu, zwłaszcza gdy w 1992 r. zacząłem tworzyć oddział "Gazety Wyborczej" w Białymstoku i miałem coraz mniej czasu na kontakty z politykami. Putra zaś po upadku rządu Suchockiej i po zwycięstwie lewicy wycofał się z wielkiej polityki na lat kilkanaście, zadowalając się prezesowaniem w spółce miejskiej "Lech".
W 2005 r., gdy postanowił znowu kandydować, tym razem do Senatu, zapytałem, dlaczego zrobił sobie tak długą przerwę.
- A wiesz, dzieci były małe, trzeba było zajmować się ich wychowaniem.
Rzeczywiście był dobrym ojcem. Nieraz, gdy rozmowa schodziła na dzieci, czuło się, że jest z nich dumny.
Jego powrót do polityki zbiegł się ze zmianami w "Gazecie Wyborczej", wskutek których przestałem być szefem oddziału i mogłem zająć się znowu pisaniem tekstów dziennikarskich. Przez trzy kolejne lata miałem z Krzysztofem Putrą na nowo częste kontakty, zwykle przynajmniej raz w tygodniu. On wyrósł teraz na wicemarszałka Senatu, a potem Sejmu, jednego z najbliższych i najbardziej zaufanych współpracowników braci Kaczyńskich. Mimo tych funkcji pozostał skromnym i bezpośrednim człowiekiem, odbierał wszystkie telefony, a jak zadzwoniłem w nieodpowiednim momencie, oddzwaniał. Mimo różnic politycznych, mieliśmy dla siebie wiele szacunku i ciepła. Przeszedł imponującą drogę - od robotnika w Uchwytach, zafascynowanego ideą samorządu pracowniczego i wolności związkowych, do wytrawnego polityka, który zdobył przez lat dwadzieścia dużą wiedzę o historii, o stosunkach międzynarodowych, o funkcjonowaniu państwa. Był propaństwowcem, a w rozmowach nieraz przyznawał, jak pilnie uczył się, podpatrując najlepszych, w tym profesora Stelmachowskiego, który po wyborach czerwcowych został marszałkiem Senatu. Zdaje mi się, że szedł w jego ślady. Wielka szkoda, że nie może już tego wszystkiego kontynuować.
Wiosną 2008 r. porzuciłem dziennikarstwo, więc i nasze kontakty stały się rzadsze. W zeszłym roku pogratulował mi serdecznie nagrody "Polityki" za wspomnienia z 1989 r., które znalazły się w książce "Rewolucja '89". Rozmawialiśmy potem jeszcze kilkakrotnie przy różnych okazjach. Na Wielkanoc przesłał mi jak zwykle życzenia. Ostatnie, jak się okazuje.
***
Prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego poznałem w 1991 r., gdy po odzyskaniu przez Polskę wolności zaczął bywać nie tylko w Warszawie, ale też w rodzinnym Białymstoku, zapraszany przez nowe władze miejskie pod przywództwem Lecha Rutkowskiego, z którym szybko znalazł wspólny język.
W tych pierwszych latach wolności uczestniczyłem między innymi w uroczystościach w Pałacu Branickich, podczas których zostało Panu Kaczorowskiemu nadane honorowe obywatelstwo naszego miasta. Wtedy poznałem też jego żonę Karolinę i inne osoby, z którymi przyjechał. Bardzo był rad, że dzięki zrządzeniom historii może znowu chodzić po Białymstoku i cieszył się, że obecni mieszkańcy okazują mu tyle szacunku i sympatii.
Potem relacjonowałem w "Wyborczej" uroczystości z jego udziałem w którąś rocznicę 1918 r. Pewnie zachowało się w archiwach, co wtedy mówił do nas.
Za którymś jego pobytem miałem z nim długą, kilkugodzinną rozmowę w ośrodku wypoczynkowym w Supraślu. Przyszedł mi do głowy pomysł, żeby przedstawić jego niezwykle dramatyczne i zmienne losy nie przez opisywanie kolejnych lat, tylko przez pryzmat Wigilii Bożego Narodzenia. Jak je spędzał w domu rodzinnym przy Mazowieckiej w Białymstoku - przedwojennym i w okupowanym przez Sowietów, następnie w celi śmierci w Mińsku, gdzie oczekiwał na wykonanie wyroku, potem kolejno w armii Andersa i w emigracyjnym Londynie, gdy był studentem, urzędnikiem, naczelnikiem harcerstwa, wreszcie ministrem i prezydentem. I tak aż po przekazanie insygniów władzy Lechowi Wałęsie, co stało się tuż przed Bożym Narodzeniem 1990 r., niemal w Wigilię. Mam do siebie żal, że wykazałem wtedy za mało determinacji, by ten projekt doprowadzić do końca.
Ryszard Kaczorowski przyjechał też na uroczyste podsumowanie plebiscytu na najwybitniejszych białostoczan XX wieku, zorganizowanego w 2000 r. przez "Gazetę Wyborczą" we współpracy z radiem i telewizją. Przypadło mu wtedy miejsce wśród największych: Zamenhofa, Maksymiuka, Białówny, Szamatowicza, Redlińskiego i Janowicza. Potem jeszcze wyszła książeczka z sylwetkami wybitnych obywateli miasta.
***
Niech mi wolno będzie, korzystając ze sposobności przekazać wyrazy żalu i współczucia Rodzinom i Współpracownikom Zmarłych, a także wszystkim, którzy odczuli pustkę i ból z powodu tragedii pod Smoleńskiem.
* Jan Kwasowski, rzecznik marszałka województwa
Księga kondolencyjna
Wtedy też zapadła decyzja o wydawaniu gazetki wyborczej "Dobro Wspólne", poświęconej prezentacji naszych kandydatów, co przy monopolu PZPR w dziedzinie informacji miało znaczenie być albo nie być. Znalazłem się w redakcji i w sztabie wyborczym. Wtedy poznałem Putrę bliżej, bo przychodził często do odzyskanego przez "Solidarność" biura przy Świętojańskiej (wtedy jeszcze Nowotki), a także podczas wieców wyborczych. Kandydaci Komitetu Obywatelskiego odnieśli 4 czerwca przygniatające zwycięstwo, co zmieniło historię Polski i Europy. Cieszyliśmy się jak dzieci. Zapamiętałem, że Putra dziękował nam, którzyśmy mu pomagali w kampanii, jakoś szczególnie serdecznie, a najbardziej Kazikowi Rosińskiemu.
Nasi parlamentarzyści niebawem zniknęli w Warszawie, a w Białymstoku zapanował marazm; funkcjonariusze stanu wojennego zachowywali się, jakby nic się nie stało, a może liczyli, że karta się jeszcze odwróci. Pracowałem wtedy w świeżo założonej "Gazecie Wyborczej" i rozmawiałem z Putrą kilkakrotnie o tych kwestiach. Uważał, że posłowie robią co mogą, zmieniają przecież kraj, a na prowincję też przyjdzie pora. Rzeczywiście przed końcem roku prawie nie wychodzili z Sejmu, uchwalając pakiet reform Balcerowicza, zmieniając nazwę państwa i godło.
W marcu 1990 r. uchwalili ustawę o samorządzie terytorialnym, na mocy której można było w maju przeprowadzić wybory i zmienić ustrój miast i gmin. W Białymstoku Komitet Obywatelski "Solidarność" wprowadził do 50-osobowej Rady Miejskiej 42 radnych; zwycięstwo bez precedensu. Z moich ówczesnych rozmów z Krzysztofem Putrą zapamiętałem, z jakimi nadziejami mówił o ustawach prywatyzacyjnych, uchwalonych ostatecznie w lipcu 1990. Zmiany w gospodarce interesowały go najbardziej, co nie znaczy, że nie pochłaniały go sprawy polityczne.
Trwała już wojna na górze. Putra opowiedział się zdecydowanie po stronie Lecha Wałęsy, prącego do prezydentury. Związał się z Jarosławem Kaczyńskim i współtworzył Porozumienie Centrum. Przekonywał mnie, że Polsce potrzebne jest przyspieszenie, pójście na skróty, dePZPRyzacja. Uważałem, że to błąd, który będzie nas wszystkich drogo kosztował, gdyż walki w obozie zwycięzców doprowadzą do klęski.
W następnych latach nasze związki uległy rozluźnieniu, zwłaszcza gdy w 1992 r. zacząłem tworzyć oddział "Gazety Wyborczej" w Białymstoku i miałem coraz mniej czasu na kontakty z politykami. Putra zaś po upadku rządu Suchockiej i po zwycięstwie lewicy wycofał się z wielkiej polityki na lat kilkanaście, zadowalając się prezesowaniem w spółce miejskiej "Lech".
W 2005 r., gdy postanowił znowu kandydować, tym razem do Senatu, zapytałem, dlaczego zrobił sobie tak długą przerwę.
- A wiesz, dzieci były małe, trzeba było zajmować się ich wychowaniem.
Rzeczywiście był dobrym ojcem. Nieraz, gdy rozmowa schodziła na dzieci, czuło się, że jest z nich dumny.
Jego powrót do polityki zbiegł się ze zmianami w "Gazecie Wyborczej", wskutek których przestałem być szefem oddziału i mogłem zająć się znowu pisaniem tekstów dziennikarskich. Przez trzy kolejne lata miałem z Krzysztofem Putrą na nowo częste kontakty, zwykle przynajmniej raz w tygodniu. On wyrósł teraz na wicemarszałka Senatu, a potem Sejmu, jednego z najbliższych i najbardziej zaufanych współpracowników braci Kaczyńskich. Mimo tych funkcji pozostał skromnym i bezpośrednim człowiekiem, odbierał wszystkie telefony, a jak zadzwoniłem w nieodpowiednim momencie, oddzwaniał. Mimo różnic politycznych, mieliśmy dla siebie wiele szacunku i ciepła. Przeszedł imponującą drogę - od robotnika w Uchwytach, zafascynowanego ideą samorządu pracowniczego i wolności związkowych, do wytrawnego polityka, który zdobył przez lat dwadzieścia dużą wiedzę o historii, o stosunkach międzynarodowych, o funkcjonowaniu państwa. Był propaństwowcem, a w rozmowach nieraz przyznawał, jak pilnie uczył się, podpatrując najlepszych, w tym profesora Stelmachowskiego, który po wyborach czerwcowych został marszałkiem Senatu. Zdaje mi się, że szedł w jego ślady. Wielka szkoda, że nie może już tego wszystkiego kontynuować.
Wiosną 2008 r. porzuciłem dziennikarstwo, więc i nasze kontakty stały się rzadsze. W zeszłym roku pogratulował mi serdecznie nagrody "Polityki" za wspomnienia z 1989 r., które znalazły się w książce "Rewolucja '89". Rozmawialiśmy potem jeszcze kilkakrotnie przy różnych okazjach. Na Wielkanoc przesłał mi jak zwykle życzenia. Ostatnie, jak się okazuje.
***
Prezydenta Ryszarda Kaczorowskiego poznałem w 1991 r., gdy po odzyskaniu przez Polskę wolności zaczął bywać nie tylko w Warszawie, ale też w rodzinnym Białymstoku, zapraszany przez nowe władze miejskie pod przywództwem Lecha Rutkowskiego, z którym szybko znalazł wspólny język.
W tych pierwszych latach wolności uczestniczyłem między innymi w uroczystościach w Pałacu Branickich, podczas których zostało Panu Kaczorowskiemu nadane honorowe obywatelstwo naszego miasta. Wtedy poznałem też jego żonę Karolinę i inne osoby, z którymi przyjechał. Bardzo był rad, że dzięki zrządzeniom historii może znowu chodzić po Białymstoku i cieszył się, że obecni mieszkańcy okazują mu tyle szacunku i sympatii.
Potem relacjonowałem w "Wyborczej" uroczystości z jego udziałem w którąś rocznicę 1918 r. Pewnie zachowało się w archiwach, co wtedy mówił do nas.
Za którymś jego pobytem miałem z nim długą, kilkugodzinną rozmowę w ośrodku wypoczynkowym w Supraślu. Przyszedł mi do głowy pomysł, żeby przedstawić jego niezwykle dramatyczne i zmienne losy nie przez opisywanie kolejnych lat, tylko przez pryzmat Wigilii Bożego Narodzenia. Jak je spędzał w domu rodzinnym przy Mazowieckiej w Białymstoku - przedwojennym i w okupowanym przez Sowietów, następnie w celi śmierci w Mińsku, gdzie oczekiwał na wykonanie wyroku, potem kolejno w armii Andersa i w emigracyjnym Londynie, gdy był studentem, urzędnikiem, naczelnikiem harcerstwa, wreszcie ministrem i prezydentem. I tak aż po przekazanie insygniów władzy Lechowi Wałęsie, co stało się tuż przed Bożym Narodzeniem 1990 r., niemal w Wigilię. Mam do siebie żal, że wykazałem wtedy za mało determinacji, by ten projekt doprowadzić do końca.
Ryszard Kaczorowski przyjechał też na uroczyste podsumowanie plebiscytu na najwybitniejszych białostoczan XX wieku, zorganizowanego w 2000 r. przez "Gazetę Wyborczą" we współpracy z radiem i telewizją. Przypadło mu wtedy miejsce wśród największych: Zamenhofa, Maksymiuka, Białówny, Szamatowicza, Redlińskiego i Janowicza. Potem jeszcze wyszła książeczka z sylwetkami wybitnych obywateli miasta.
***
Niech mi wolno będzie, korzystając ze sposobności przekazać wyrazy żalu i współczucia Rodzinom i Współpracownikom Zmarłych, a także wszystkim, którzy odczuli pustkę i ból z powodu tragedii pod Smoleńskiem.
* Jan Kwasowski, rzecznik marszałka województwa
Księga kondolencyjna
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
3 głosy





