Zaczynamy tydzień. O miejskich wariatach
16.01.2012
, aktualizacja: 15.01.2012 19:14
Zostałem zaproszony na kawę. Zaprosił mnie Jarosław Dziemian. Jeden z największych wariatów jakich znam.
ZOBACZ TAKŻE
- Zaczynamy tydzień. Robiony w balona (09-01-12, 01:00)
- Felieton Zaczynamy tydzień. Koniec świata (02-01-12, 06:00)
- Opowiem Wam o Sylwii... (19-12-11, 06:00)
- Zaczynamy tydzień. Pomódlmy się za nich (12-12-11, 09:47)
Poznaliśmy się 18 lat temu na dyplomach w szkole gastronomicznej. Wspaniała impreza. Oto bowiem uczniowie kończący szkołę gastronomiczną w Białymstoku w ramach pracy egzaminacyjnej zabłysnąć muszą swoimi umiejętnościami. Kucharze więc pieką, smażą i gotują najrozmaitsze smakołyki. Dodatkową konkurencją jest nakrycie stołu. Pełne fantazji i wyobraźni. Pamiętam więc stół kosmiczny, z dżungli, stół robotów, z dna oceanu i z piekła rodem. Do tego odpowiednio dobrane menu. Po prostu bajka.
Wśród owych smakołyków - bo wszystko wyłożone na szwedzkich stołach do spróbowania - przechadzają się białostoccy restauratorzy i wyszukują talenty do swych lokali.
Byłem wówczas dziennikarzem Radia Białystok, zapomniałem zabrać roweru, a musiałem jak najszybciej dostać się do rozgłośni, by moja relacja ukazała się w programie informacyjnym. Tak trafiłem na Jarosława Dziemiana. Jarka. Wsadził mnie do swego mercedesa i włączył na pełen regulator muzykę Rolling Stones. Tak pruliśmy przez miasto. Przy piosence "Wild horses" Jarek podwinął rękaw koszuli i krzyknął (muzyka cały czas była ogłuszająca): "Patrz!". Jarek od tej piosenki dostawał gęsiej skórki.
To było osiemnaście lat temu. Dziś popijamy sobie kawę w hotelu Turkus. Właściciel hotelu szuka w internecie piosenki Manu Chao. Podwija rękaw bluzy. Gęsia skórka. Jarek był na Teneryfie. Siedział w kawiarni, nad nim szumiały palmy, za nim szumiało morze, przed nim zaś na ulicy stał człowiek z gitarą. I grał. Jarek poprosił kelnerkę, aby zapisała mu nazwę piosenki. Teraz pod jej melodię chce napisać własną piosenkę. O Białymstoku.
Na biurku leżą rozmówki polsko-hiszpańskie, słownik polsko-hiszpański i płyta do nauki języka hiszpańskiego. Chłopak postanowił się nauczyć. Bo co z tego, że cukrzyca? Co z tego, że chemioterapia popaliła kilka węwnetrznych narządów? Co z tego?
Jarek ma w głowie mnóstwo planów. W Wikingu zrobił bar do góry nogami. Rosyjski barman, który tam wszedł - omal nie zemdlał. W odwróconej do góry nogami toalecie wszyscy sobie robią zdjęcia z muszlą wiszącą nad głową.
Ma nowe pomysły dotyczące swojej telewizji i swoich dwóch rozgłośni. Wielu się z niego śmiało, wielu pukało się znacząco w głowę, ale Jarek stworzył i telewizję, i dwa radia. Jedno prowadzone przez dzieci i młodzież. Można oczywiście kręcić nosem, że co to za prowadzenie, co to za muzyka. Ale są miejsca, gdzie te rozgłośnie słuchane są z przyjemnością.
Siedzę przy kawie i myślę: "Jak to dobrze, że są na świecie wariaci!". Spadł w końcu śnieg. Chodźmy się w nim wytarzać.
Wśród owych smakołyków - bo wszystko wyłożone na szwedzkich stołach do spróbowania - przechadzają się białostoccy restauratorzy i wyszukują talenty do swych lokali.
Byłem wówczas dziennikarzem Radia Białystok, zapomniałem zabrać roweru, a musiałem jak najszybciej dostać się do rozgłośni, by moja relacja ukazała się w programie informacyjnym. Tak trafiłem na Jarosława Dziemiana. Jarka. Wsadził mnie do swego mercedesa i włączył na pełen regulator muzykę Rolling Stones. Tak pruliśmy przez miasto. Przy piosence "Wild horses" Jarek podwinął rękaw koszuli i krzyknął (muzyka cały czas była ogłuszająca): "Patrz!". Jarek od tej piosenki dostawał gęsiej skórki.
To było osiemnaście lat temu. Dziś popijamy sobie kawę w hotelu Turkus. Właściciel hotelu szuka w internecie piosenki Manu Chao. Podwija rękaw bluzy. Gęsia skórka. Jarek był na Teneryfie. Siedział w kawiarni, nad nim szumiały palmy, za nim szumiało morze, przed nim zaś na ulicy stał człowiek z gitarą. I grał. Jarek poprosił kelnerkę, aby zapisała mu nazwę piosenki. Teraz pod jej melodię chce napisać własną piosenkę. O Białymstoku.
Na biurku leżą rozmówki polsko-hiszpańskie, słownik polsko-hiszpański i płyta do nauki języka hiszpańskiego. Chłopak postanowił się nauczyć. Bo co z tego, że cukrzyca? Co z tego, że chemioterapia popaliła kilka węwnetrznych narządów? Co z tego?
Jarek ma w głowie mnóstwo planów. W Wikingu zrobił bar do góry nogami. Rosyjski barman, który tam wszedł - omal nie zemdlał. W odwróconej do góry nogami toalecie wszyscy sobie robią zdjęcia z muszlą wiszącą nad głową.
Ma nowe pomysły dotyczące swojej telewizji i swoich dwóch rozgłośni. Wielu się z niego śmiało, wielu pukało się znacząco w głowę, ale Jarek stworzył i telewizję, i dwa radia. Jedno prowadzone przez dzieci i młodzież. Można oczywiście kręcić nosem, że co to za prowadzenie, co to za muzyka. Ale są miejsca, gdzie te rozgłośnie słuchane są z przyjemnością.
Siedzę przy kawie i myślę: "Jak to dobrze, że są na świecie wariaci!". Spadł w końcu śnieg. Chodźmy się w nim wytarzać.
- 1 komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
7 głosów
-
Zaczynamy tydzień. O miejskich wariatach
marcinek762
16.01.12, 10:11
Tak, pan możesz się taczać w śniegu tylko już nie pisz głupot. jesteś pan fenomenem sub realizmu dziennikarzy z łapanki. Idź pan grać, a nie felietonować jak pan nie masz o tym »




