Historie na sobotę. W kożuchu na Carmen

Andrzej Lechowski
28.01.2012 , aktualizacja: 27.01.2012 16:52
A A A Drukuj
O tym, jak przedwojennym Białymstoku chadzano do kina, kawiarni i na odczyty - pisze Andrzej Lechowski, białostocki historyk, dyrektor Muzeum Podlaskiego
Andrzej Lechowski prowadzi białostoczan śladami marszałka Piłsudskiego
Fot. Marcin Onufryjuk / Agencja Gazeta
Andrzej Lechowski prowadzi białostoczan śladami marszałka Piłsudskiego
Dziś sale teatralne, koncertowe czy kinowe to azyle wygody. Klimatyzacja, przyćmione światła, fotele prawie jak w domu, wykładziny tłumiące wszelkie niepożądane odgłosy, to obowiązujący obecnie standard. Jedynym nieprzewidywalnym elementem tego ładu są widzowie. No, ale bądźmy wyrozumiali. To przecież dla nich są te wszystkie luksusy. Dlatego trzeba im wybaczać rozmaite foux pas, które czasem nawet i wytrawnemu znawcy savoir vivre`u mogą się przytrafić. Gdy zasiądziecie więc Państwo w świetnie zaprojektowanej sali kinowej, a wokół Was rozsiądą się obywatele, którzy akurat zgłodnieli więc przyszli do najbliższego kina, aby zjeść po dwie paki popcornu i siorbnąć big colę to bądźcie pobłażliwi. Przed wojną wszyscy widzowie i Wy też (!) skubalibyście przez cały seans pestki słonecznika, bezceremonialnie plując łupinami na podłogę. Bo w przedwojennym Białymstoku tak doskonale jak dziś to nie było.

Środa 28 listopada 1923 roku miała być ucztą dla białostockich melomanów. Oto bowiem zapowiedziano, że w Palace odbędzie się Wieczór Operowy. Jego ozdobą miał być Adam Dobosz "tenor liryczny, którego każde pojawienie się na scenie wywoływało entuzjazm". Miłośnicy opery szykowali się na drugi akt "Rigoletta" Verdiego i słynne arie z "Cyrulika sewilskiego", "Carmen", "Halki", "Strasznego Dworu", "Toski" oraz "Madame Butterfly". Jak w przeddzień ogłoszono "z dotychczasowej sprzedaży biletów wnosić można, że teatr będzie przepełniony". Rzeczywiście, publiczność przybyła tłumnie do Palasu, jak popularnie mówiono o tym przybytku muz. Spotkało ją jednak niemiłe zaskoczenie. Zamiast gorącej, hiszpańskiej atmosfery Carmen, w sali panowała syberyjska temperatura. Melomani nawet nie próbowali zdejmować futer, kożuchów i bekiesz, ale i tak "kostnieli w krzesłach". Jednak jeszcze gorsze męki przeżywali "zsiniali z zimna artyści". Okazało się, że impresario organizujący koncert Dobosza postanowił zaoszczędzić i nie opłacił ogrzewania sali. Z sarkazmem żartowano więc, że w takiej sytuacji "ordynarne sztuki opału powinien zastąpić podniosły zapał do sztuki". Wrażenia z koncertu były więc niezapomniane. Prognozowano, że jeśli takie praktyki będą w Palasie nadal tolerowane, to może być to rychły koniec tego teatru. Po prostu ludzie się pochorują i nie będą mogli chadzać na jakiekolwiek wieczory.

Inne utrapienia nękały bywalców białostockich kin. Tu plagą było głośne czytanie napisów pojawiających się na ekranie. Opisywano więc, że "takie bezceremonialne sylabizowanie na całą gębę w czasie gdy orkiestra przygrywa dyskretnie, jest prawdziwą męczarnią dla osób lubiących i rozumiejących muzykę". Nie mniej irytujące było "wysiadywanie na widowni w kapeluszu na głowie". Uciążliwe były też "familiarne" stosunki panujące w lożach. Gdy grupka znajomych usadowiła się w pierwszym rzędzie loży to "ruszając się i wiercąc, naginając i przechylając, dzieląc wrażeniami na lewo i prawo" skutecznie uniemożliwiała obejrzenie filmu osobom siedzącym z tyłu.

Całkiem inne nieprzewidziane wrażenia towarzyszyły kinomanom w lutym 1929 roku. W białostockim kinie Apollo wyświetlano wówczas Miasto Cudów z Douglasem Fairbanksem w roli głównej. Film uznany za arcydzieło imponował rozmachem realizacyjnym. Dodatkowym magnesem ściągającym publiczność był tak zwany nadprogram. Był nim film dokumentalny Miss Polonia, w którym przedstawiano najpiękniejsze dziewczęta z całej Polski. Nic więc dziwnego, że wszystkie seanse szły przy pełnej widowni. I oto w niedzielne popołudnie seans zakłóciły konie. A było to tak. Ulicą Jurowiecką jechały sanie zaprzężone w dwa rącze rumaki. W saniach, opatulona pledami, siedziała młoda kobieta, której towarzyszył wojskowy. W pewnym momencie konie spłoszyły się i nie reagując na żadne komendy powożącego i mocne ściągnięcie lejcami, ruszyły pełnym galopem przed siebie. Na rogu Jurowieckiej i Sienkiewicza z sań jak z katapulty wylecieli pasażerowie. Konie zaś wbiegły na chodnik i pognały Sienkiewicza w kierunku rynku. Udało się je zatrzymać dopiero przy kinie Apollo. Nie obyło się bez wybijania witryn i strasznego zamieszania. Ranny został jeden z przechodniów, do którego wezwano karetkę pogotowia Linas Hacedek. Po chwili dał się słyszeć jękliwy sygnał ambulansu. Rannego odwieziono wnet do szpitala. To wszystko co działo się na ulicy, to dopiero było Miasto Cudów, tyle że bez Fairbanksa. Cały rozgardiasz spowodował przerwanie seansu. Dopiero po kilkunastu minutach publiczność ponownie mogła zasiąść wygodnie w fotelach i zachwycać się prawdziwym arcydziełem wytwórni United Arista.

Zgoła inne przeszkody spotkały w lutym 1930 roku uczestników spotkania ze "znanym socjalrewolucjonistą rosyjskim doktorem I.N. Sztajnbergiem". Spotkanie odbywało się w Sali towarzystwa Linas Hacedek przy ulicy Różańskiej 3. Zorganizowało je Koło Literatów i Dziennikarzy Żydowskich. Sztajnberg miał mówić o swoich wspomnieniach z rewolucji w Rosji. Gdy tylko pojawił się na scenie to "został powitany przez kilku wyrostków z ostatnich rzędów okrzykami - Precz z wrogiem Rosji Sowieckiej", a następnie w jego kierunku poleciały kartofle i zgniłe jajka. Niezrażony takim powitaniem prelegent rozpoczął wykład. Na wstępie "poddał ostrej krytyce moralność bolszewików". Dalej zaś rozwodził się na temat prześladowań i terroru który zapanował w Rosji Sowieckiej. Krzykacze w międzyczasie opuścili salę. I gdy wydawało się, że już nic nie przerwie Sztajnbergowi jego prelekcji, to w środku wywodu nagle zgasło światło. Salę spowiły całkowite ciemności. Na moment zapadła martwa cisza lecz po chwili mówca spokojnym głosem, jakby nic się nie wydarzyło "niewzruszono w dalszym ciągu prowadził w ciemności odczyt". Tylko to uratowało całą sytuację. Nie było żadnej paniki. Publiczność w spokoju słuchała. Sztajnberg kończąc wykład podsumował, że żadnej "komunistycznej obstrukcji" się nie ulęknie. Wkrótce okazało się, że brak światła był skutkiem przecięcia drutów elektrycznych na ulicy Różańskiej róg Nowego świata". Sprawcami w obiegowej opinii byli "złoczyńcy, niewątpliwie komuniści".

Miejscem stworzonym do różnego rodzaju ekscesów była Rozkosz w Zwierzyńcu. Panowała opinia, że na całonocne balowanie w tym letnim kurorcie nie każdego stać. Teatr z kabaretem i restauracją miały "horrendalne ceny, które uniemożliwiały średnio zamożnym nawet, korzystanie z tej jedynej, jaką Białystok dać może rozrywki". Pomimo to Rozkosz nie narzekała na brak publiczności. W letnie wieczory, w restauracji, występowały kabarety. Na początku lipca 1926 roku w trakcie programu artystycznego, około 2 w nocy jedna z artystek kabaretowych wystąpiła z rosyjskimi romansami. Traf chciał, że na widowni znajdowało się między innymi trzech nauczycieli białostockich szkół. Były wakacje to i szacowni pedagodzy folgowali sobie tego wieczora z trunkami. Ich błogostan został zburzony wraz z pierwszymi, rosyjskimi słowami pieśni. Wszyscy trzej zaczęli głośno protestować "przeciwko popisywaniu się w języku byłych najeźdźców". Na nic zdało się uciszanie pijanych. Nauczyciele coraz głośniej domagali się, aby pieśniarka zaczęła śpiewać po polsku, albo niech się wynosi do diabła. Wreszcie zniecierpliwieni słuchacze postanowili przerwać tą patriotyczną manifestację. Bez ceregieli wyprowadzili opierających się polonistów z lokalu. Możemy jedynie domyślać się, że gdy towarzystwo znalazło się na zewnątrz to całą sprawę przypieczętował niejeden kuksaniec. Ale o tym kroniki już milczą.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 1 komentarz
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy

  • Historie na sobotę. W kożuchu na Carmen dekada2020 28.01.12, 15:27

    Szanowny Panie dyrektorze Muzeum Podlaskiego, zanim weźmie się Pan do pisania tych swoich dyrdymałów, radzę lepiej poznać pisownię używanych zwrotów i nazw obcojęzycznych (vide: "foux pas" -»