Joanna Klimowicz: Dlaczego pan i koledzy ze stowarzyszenia zainteresowaliście się sprawą Marka Gulana spod Siemiatycz? Przyjechaliście dziś do sądu, by wspierać jego walkę o wolność?
Krzysztof Gawryszczak: To jest solidarność ojcowska. Z całej Polski dochodzą do nas sygnały od ojców, a my reagujemy zgodnie z naszym statutem. Każda z tych spraw jest kontrowersyjna, Marka także. Byliśmy razem z nim już jesienią w Warszawie, gdy chciał zapytać o szkolne postępy dzieci i został odprawiony z kwitkiem. Wysłałem dyrektorce placówki przepisy, które mówią wręcz o obowiązku informowania ojca o postępach dziecka.
Dyrektorka nawet nie chciała z nim rozmawiać.
- Podobne nieprawidłowości dzieją się w sądach. Zakłamanie, łamanie procedur... I to wszystko w majestacie prawa.
Matki występują w sądach z uprzywilejowanej pozycji?
- Ojciec zawsze jest traktowany jak rodzic drugiej kategorii. Właśnie dlatego powstało nasze stowarzyszenie. Każdy z nas przechodził takie sytuacje.
Ale są ojcowie, którzy uchylają się od płacenia alimentów, a wysłanie kartki urodzinowej dla dziecka stanowi dla nich nie lada problem.
- Pani generalizuje problem. Są oczywiście patologie, ale tak ze strony ojców, jak i matek. Jeżeli jesteśmy w stanie stwierdzić, że ojciec używa przemocy w stosunku do matki czy do samych dzieci, nie zajmujemy się jego sprawą. Panuje jednak krzywdzący stereotyp w społeczeństwie - ojca alimenciarza, który stosuje przemoc.
W jaki sposób łamane są prawa ojców?
- Dochodzi do strasznych absurdów. Przeszło dziewięć lat w tym siedzę i wydawałoby się, że nic mnie nie zaskoczy, a jest przeciwnie.
Co najbardziej?
- Bardzo kontrowersyjny przypadek Romka Szczygielskiego z Łukowa, gdzie 11 policjantów ciągnęło jego dzieci jak worki z kartoflami [chodzi o odbiór kuratoryjny dzieci - red.]. To było 16 lipca 2007 r. 21 lipca zrobiliśmy głośny happening pod sądem w Lublinie. Jako jedyni mamy nagrania, na których komendant policji wydaje rozkaz użycia siły w stosunku do tych dwóch chłopców: 11- i 13-letniego. To tragedia.
Happening pomógł panu Romkowi i jego synom?
- Zrobiliśmy w Lublinie kolejny i uczestniczyli już w nim dwaj jego synowie. Choć ojciec został oskarżony o molestowanie seksualne, to ci chłopcy uciekali do niego od matki, pokonując 100 km. Zabrano ich do domu dziecka, przeciągano postępowanie, ale na szczęście obydwaj są już przy ojcu. Ta sprawa skończyła się szczęśliwie, ale jest mnóstwo przypadków, gdzie dzieci są faszerowane lekami psychotropowymi (np. u nas w Trójmieście) czy oddawane do placówek opiekuńczo-wychowawczych.
Spektakularne akcje, happeningi, pikiety - to dobra metoda walki o prawa ojca?
- Inaczej nie można. Proszę zauważyć, że od przeszło roku jest o tym głośno w mediach, a kiedyś to był temat tabu. Teraz prasa więcej o tym pisze, stacje telewizyjne pokazują reportaże. To nam bardzo pomaga. A właściwie nie nam, a dzieciom.
Czy jest szansa na systemowe rozwiązania poprawiające sytuację ojców?
- Przynajmniej tak się nam wydawało. Jesteśmy ciałem doradczym w senackiej komisji ds. rodziny, ale co z tego... Zmiany miały poprzeć wszystkie kluby. Dołączyliśmy do projektu nowelizacji kodeksu rodzinnego i opiekuńczego poprawki, które w listopadzie na 22. plenarnym posiedzeniu Senatu przedstawił w naszym imieniu senator Piotr Kaleta z PiS. Ale głosowanie było z klucza, przedstawiciele PO dostali prikaz, by głosować bez poprawek.
Jakie poprawki przepadły?
- Np. Marek Gulan ma wyrok za uprowadzenie, czyli z art. 211 par. 1, mówiącego o tym, że kto wbrew woli osoby powołanej do opieki zatrzymuje małoletniego poniżej lat 15, podlega karze pozbawienia wolności do lat trzech. My jeszcze dopisaliśmy par. 2, że takiej samej karze podlega ten, kto nie wykonuje postanowienia sądu, czyli utrudnia kontakty z małoletnim - matka też. To była koronna zmiana. Nie wszystko da się jednak unormować prawnie, potrzebna jest zmiana mentalności. Większość przepisów w kodeksie rodzinno-opiekuńczym ma tzw. widełki - sąd może, a nie musi. Wiele zależy od interpretacji sądu, a w tym wypadku sędzi kobiety, bo wiadomo, że sądy rodzinne są sfeminizowane. Koło się zamyka, tragedie toczą się dalej.
Źródło: Gazeta Wyborcza Białystok