Rodzina zastępcza kontra urzędnicza obojętność

Agnieszka Domanowska
2009-03-15 , aktualizacja: 16.03.2009 00:26
A A A Drukuj
- Dali mi klucze w Wigilię, ale to było coś więcej. Dali mi nadzieję, że będziemy mieć własny kąt. Znowu oszukali, znowu nie mamy nic - płacze Elżbieta Muczyńska. Stworzyła rodzinę zastępczą dla swoich wnuków i od kilku lat stara się o mieszkanie komunalne. Błaga urzędników o wyrozumiałość. Bezskutecznie
Elżbieta Muczyńska z dziećmi
Fot. Marcin Onufryjuk
Elżbieta Muczyńska z dziećmi
W piątek późnym popołudniem pani Elżbieta odebrała telefon. Kobieta z Zarządu Mienia Komunalnego powiedziała stanowczo: - Nie ma was na liście - dalej nie słuchałam. Rozpłakałam się i pobiegłam do ZMK.

Przy wejściu wisiała lista rodzin, które w tym roku dostaną mieszkania komunalne. Nazwiska Muczyńscy tam nie było.

- Przecież to miała być tylko formalność. Przecież już nawet oglądaliśmy mieszkanie. Miało 52 metry. Trzy pokoje. Kasia miałaby swój pokój i Patryk też. Przecież miało być już tylko lepiej - szlocha pani Elżbieta. - Jak tak można? Jak...?

20 m kw., bez łazienki i bez męża

O walce rodziny Muczyńskich "Gazeta" pisze od dłuższego czasu. Ta wciąż mieszka w wynajmowanej, drewnianej chatce, z ubikacją na podwórku przy ulicy Wiejskiej. Wodę do mycia trzeba grzać na piecu, w wąskiej, ciemnej kuchni. Wszyscy śpią w pokoju o powierzchni 12 m kw. Dach nad głową mają tylko dzięki dobrej woli obcych ludzi. Każdy wniosek o wynajęcie lokalu z zasobów miasta był odrzucany przez społeczną komisję mieszkaniową: albo nie pasowało jej kryterium metrażu (komisji wyszło o 6 cm kw. na osobę za dużo, po fakcie przyznano, że popełniono błędy w obliczeniach), albo dochodu, albo opierano się na niekonstytucyjnych przepisach, ograniczających dostęp do lokali osobom, które miały wcześniej mieszkanie spółdzielcze i je zbyły lub przekazały komuś innemu.

- Owszem, przekazałam, ale kilka lat temu. Nie miałam wyjścia, to było mieszkanie z mojego pierwszego małżeństwa. Tak się życie potoczyło. Jeszcze dwa lata temu to nie miało znaczenia, w grudniu powiedzieli, że to też już nie jest ważne. A teraz uzasadniają, że to właśnie powód odmowy - Muczyńska nie ma już nadziei, że będą mieli swoje cztery kąty.

Walkę zaczynała z mężem. W listopadzie Mirosław Muczyński zginął w wypadku samochodowym pod Zambrowem. Wracał z pracy, spieszył się do żony i dzieci. Kilka lat temu razem zdecydowali, że zaopiekują się wnukami Elżbiety: dziś siedmioletnią Kasią i czteroletnim Patrykiem. Dzieci zostały porzucone przez biologicznych rodziców. Nie kontaktują się z nimi, nie przysyłają pieniędzy.

- Mamy siłę, mamy możliwości i poręczyły za nas ośrodki adopcyjne. Niestety, nie umiemy przebić się przez mur urzędniczej obojętności - mówiła zrezygnowana pani Elżbieta jeszcze wtedy, kiedy żył jeszcze jej mąż. Razem przeszli szkolenia w białostockim ośrodku adopcyjnym. Dostali certyfikat rodziny zastępczej.

- Potrzeba im niewiele, kilkudziesięciu metrów kwadratowych. Nie wiem, jak im pomóc - nieraz załamywała ręce Iwona Andrzejewska, kierownik białostockiego ośrodka adopcyjnego.

To jeszcze nie koniec

O kłopotach rodziny pisaliśmy nieraz. - Rozumiemy, rozpatrzymy, pomożemy... - obiecywali kolejni decydenci, ale żaden nie wywiązał się z obietnicy. W końcu obecny dyrektor ZMK Andrzej Ostrowski zadeklarował:

- Najszybszym rozwiązaniem byłoby znalezienie mieszkania, które kwalifikujemy do samodzielnego wykończenia. Jak tylko takie się pojawi, zadzwonię do pani Muczyńskiej. Owszem, zadzwonił. Przed Bożym Narodzeniem były dwa mieszkania. Pani Elżbieta obejrzała je już bez męża. Razem z dziećmi zdecydowała: mieszkanie przy ulicy Sienkiewicza.

- Wszyscy byli pewni, że to już koniec. Nawet właściciele tej drewnianej chatki, którą wynajmujemy, liczyli, że niedługo się wyprowadzimy, na swoje, na lepsze. Jak można było nas tak zwodzić? - nieustannie zastanawia się pani Elżbieta.

Andrzej Ostrowski tłumaczył, że ostateczną decyzję o przydziale mieszkania wydaje specjalna komisja mieszkaniowa.

- Jej decyzja jest taka, jaka jest. Nie miałem na to wpływu. To przecież niezależny organ. Nie mogłem uczestniczyć w jej obradach. Przyznam szczerze, sam też miałem nadzieję, że to już koniec cierpień tej rodziny. Stało się inaczej - mówi Ostrowski.

Szef ZMK w piątek był na urlopie. Obiecał w rozmowie z "Gazetą", że dziś sprawdzi, jak jeszcze można pomóc pani Elżbiecie.

- Od tej decyzji można się jeszcze odwołać w ciągu trzydziestu dni - mówił. - Pani Muczyńska nie może się poddawać. To jeszcze nie koniec walki o dach nad głową.

Podziel się

  • 3 komentarze
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    0 głosów