Parytet - narzędzie niedoskonałe, ale użyteczne
2010-03-07
, aktualizacja: 07.03.2010 20:07
Parytety potrzebne są wszystkim. Zasada sprawiedliwości - a parytet jest jej realizacją - działa na rzecz jakości demokracji - powiedziała w Białymstoku Kazimiera Szczuka. Podlaskich polityków parytety podzieliły. I to w sposób, jakiego nikt się nie spodziewał. Poseł PO jest im przeciwny, a radna PiS uważa, że to za mało i postuluje oddanie paniom pięciu pierwszych miejsc na listach.
ZOBACZ TAKŻE
- Kobiety w Platformie chcą więcej (09-05-10, 17:54)
SERWISY
Bój o parytety rozegrał się w sobotę w auli Wyższej Szkoły Administracji Publicznej. Przy udziale ekspertów, m.in. krytyczki literackiej Kazimiery Szczuki. Nie zabrakło przedstawicieli partii politycznych oraz publiczności, aż rwącej się do dyskusji. A poprowadziła ją ze swadą dziennikarka Radia Białystok Dorota Sawicka. "Gazeta" była współorganizatorem debaty.
Relacja z debaty o parytetach
Dorota Sawicka, Radio Białystok: - Weźmy dwa kraje: Ruandę, gdzie 50 proc. parlamentarzystów to kobiety - tam jest parytet. I Szwecję, gdzie 46 proc. parlamentarzystów to kobiety, a parytetu nie ma. W Polsce statystyczny poseł to mężczyzna, ma lat 38, jest nowicjuszem albo posiada 4-letni staż. Właściwie nie jest źle - można by rzec - bo do niedawna jeszcze tylko 16 proc. parlamentarzystów stanowiły kobiety, a teraz mamy ich 20 proc. Średnia europejska to 24 proc. Panowie powiedzą pewnie: Po co parytety, skoro mężczyzn w parlamencie jest i tak coraz mniej. Ale to po części wynika z przyczyn demograficznych, więc nie używajmy dziś tego argumentu. Komu potrzebne są parytety?
Kazimiera Szczuka, krytyczka literacka, dziennikarka, feministka: - Wszystkim! Warto przypomnieć historię walki o parytety. W 2001 r. powstały pierwsze koalicje na rzecz zwiększania reprezentacji kobiet. Demokracja parytetowa to było hasło cyklu konferencji i debat. Powstała wyborcza koalicja kobiet i kilka lewicowo-demokratycznych partii wprowadziło kwoty 30-procentowe. To właśnie wtedy z 13 proc. skoczyłyśmy na obecne 20 proc. Od tamtej pory reprezentacja kobiet nawet się troszkę zmniejsza. Nie jest prawdą, że to dzieje się samo, to kwoty zadziałały. Pamiętajmy o tym, że parytet jest to dosłownie fifty-fifty, czyli zrównanie reprezentacji kobiet i mężczyzn na listach. Ustalone mechanizmem, zwanym suwakiem albo zebrą, który polega na naprzemiennym umieszczaniu kobiet i mężczyzn na tychże listach. Jedynie partia Zieloni 2004 - pozaparlamentarna obecnie formacja, do której mam przyjemność należeć - wprowadziła parytet do swojego statutu i w niej obowiązuje ten system suwakowy. W Partii Demokratycznej, Unii Pracy, SLD były 30-procentowe kwoty. Słyszymy, że to sztuczne rozwiązanie. Ależ w ogóle system parlamentarny jest pewną umową, kontraktem, konwencją i jest bardzo daleki od natury. Kwoty jednak są w nim obecne, chociażby wtedy, gdy koalicja rządząca dzieli się resortami. Nic się nie dzieje samo w polityce, wszystko jest kwestią umowy, spisanych ordynacji, zagwarantowanych w konstytucji praw, m.in. równości między płciami. Zasadna sprawiedliwości - a parytet jest jej realizacją - działa na rzecz jakości demokracji. Nasza troska o sferę publiczną, o jakość życia demokratycznego przejawia się w dążeniu do sprawiedliwości. Działamy na rzecz wspólnego dobra, a więc każdy na tym skorzysta.
Dorota Sawicka: - Poseł Jarosław Gowin z PO mówi: "Uważam, że problem nierównego traktowania jest jak najbardziej rzeczywisty, jednak parytet go nie rozwiąże. Parytet jest szkodliwy i zbędny. Owszem, ułatwi dostanie się do parlamentu kilku kobietom, a jednocześnie stygmatyzuje całą grupę".
Kazimiera Szczuka: - Warto wejść na stronę Feminoteki albo Kongresu Kobiet i przeczytać kilka podstawowych argumentów - odpowiedzi na takie zarzuty. Sprawiedliwość nikomu nie uwłacza i nikogo nie stygmatyzuje. Uwłacza i stygmatyzuje niesprawiedliwość, która jest męskim, niezasłużonym przywilejem, przywilejem, który mężczyźni mają zwyczajowo, na mocy stereotypu, konserwatywnych odruchów. Gdybym była mężczyzną, poczułabym, że bardzo mi on ciąży. Wielu mężczyzn odruchowo, niemal instynktownie opowiada się za parytetami, bo nie chcą czerpać ze swoich przywilejów w poczuciu, że mają jakieś fory na dzień dobry.
Dorota Sawicka: - "Parytet wprowadza ograniczoną wolność jednostki". To także zdanie posła Gowina.
Prof. Małgorzata Kowalska, filozofka, Uniwersytet w Białymstoku: - Ja nie nadążam za posłem Gowinem... Najbardziej stygmatyzują rozpowszechnione stereotypy na temat kobiet, które winne są być jakimiś bardziej "domowymi" z natury. Cała masa stereotypów na temat kobiet pokutuje zwłaszcza w krajach z małą tradycją oświeceniową, jak Polska. Parytet jest oczywiście sztucznym - daj Boże doraźnym - ale też być może jedynym skutecznym środkiem, by stereotypom, a zatem stygmatyzacji zapobiegać. Jeśli chodzi o ograniczanie wolności jednostki, też tego nijak nie rozumiem. W jakim sensie kobieta, która ma zagwarantowane przez parytet prawo uczestniczenia w sferze publicznej na równi z mężczyznami, ma się czuć przez to ograniczona? Przeciwnie. W tej chwili problem z równouprawnieniem kobiet jest już nie prawnym, tylko faktycznym: kulturowym, społecznym. Na poziomie prawa kobiety są równouprawnione. Nikt nie zamierza zmniejszać poprzez parytet formalnoprawnych gwarancji swobód obywatelskich i osobistych. Ale te gwarancje są niewystarczające, ponieważ ze względu na silne stereotypy, bariery kulturowe, presję tradycji - jakkolwiek to zwać - są one niewystarczające do tego, by kobiety rzeczywiście zmobilizować i by mężczyźni raczyli uznać, iż kobiety w równej mierze jak oni sami do reprezentowania spraw publicznych się nadają. I po to jest potrzebny parytet, by taką formalną na razie równość kobiet i mężczyzn uczynić równością bardziej realną.
Dorota Sawicka: - Panie profesorze, pan jest za czy nawet przeciw?
Prof. Włodzimierz Pawluczuk, socjolog, religioznawca, pisarz: - Za! Za rzeczą, która jest zupełnie bez znaczenia, jest raczej zabawą dla mediów. Ale mam i zdanie odmienne, bo taka już moja rola - przecież dlatego zostałem tu zaproszony. Parytet to sprawa wyłącznie symboliczna. Potrzebujemy takiego symbolu, wiemy jak to wygląda w innych krajach i nie możemy być pod tym względem zapóźnieni. Niech więc panie zasiadają w parlamencie. Ostatecznie kierowca taksówki, który nas tu podwoził, powiedział: "Od garów już zaczynają uciekać, to niech porządzą przynajmniej. Niech czymś się zajmą". Zakłada się natomiast, że obecność kobiet w parlamencie ułatwi życie paniom i zaprowadzi sprawiedliwość społeczną. Śmiem wątpić i w jedno, i w drugie. W całym świecie zwanym cywilizacją Zachodu - w Polsce też - w wyniku bardzo głębokich przemian, związanych przede wszystkim z postępem w obszarze produkcji i wytwarzania dóbr, nastąpił proces emancypacji. Bez żadnych uchwał, żadnych ustaw. Nie ma już wymogu, że mężczyzna musi zarabiać więcej, pracując ciężko na przodku w kopalni czy w hucie. Większość prac wykonuje się przy komputerze, a kobiety są lepsze po prostu - bardziej wytrwałe, sprawniejsze. To przesunięcie w obszarze siły roboczej jest jednym z czynników odgrywania przez kobiety coraz większej roli. Poza tym nastąpiło duże przesunięcie w obszarze światopoglądowym. Mam mówić o przejściu osi ziemskiej z gwiazdozbioru Ryb do Wodnika? Nie? A ma to znaczenie. W innych obszarach - sztuki czy nauki - czy są jakieś bariery?
Dorota Sawicka: - 10 proc. osób decydujących o polskiej nauce to kobiety. Zgadza się?
Prof. Małgorzata Kowalska: - Wyjątkowo mi niezręcznie odpowiadać na to pytanie, ponieważ tak się składa, że pełnię drobną funkcję kierowniczą, i to w dodatku mając w swojej katedrze samych mężczyzn, ale świadoma jestem tego, iż jest to sytuacja absolutnie wyjątkowa. Nie grzeszę tym, czym grzeszy znaczna część kobiet, które mimo barier kulturowych zdołały się przebić do sfery publicznej i takie są już z tego dumne, że uważają, iż żadne więcej ułatwienia innym kobietom nie są potrzebne. Jak im się udało, to znaczy, że wszystkim może się udać. Jest to podejście dosyć mocno "wsobne". Ja natomiast jestem świadoma tego, że kobiety pełnią ważne funkcje decyzyjne wciąż zupełnie wyjątkowo. I nie chodzi mi tylko o formalne władze dziekańskie czy rektorskie, raczej o decyzyjność w sferze zarządzania projektami. Nadal jest tak, jakby kobiety mogły być głównie wykonawcami i ostatecznie administratorkami... Niech czuwają nad kasą, ale w sprawach istotnych dla myśli, dla nauki, dla postępu - niech lepiej siedzą cicho z boku. Tego rodzaju stereotyp w nauce w dużym stopniu jeszcze funkcjonuje.
Prof. Włodzimierz Pawluczuk: - Przez dwie kadencje pracowaliśmy solidnie i porządnie, rządzeni przez zespół kobiecy - panią dziekan i dwie prodziekanki. I jakoś to szło... Gdyby zacząć od filozofii polityki, władzy, to liberalizm i cała duchowość naszych czasów, to jest przejście od legitymizacji, poprzez religię do wymiaru indywidualnego. Źródłem zachowań, prawdy, ludzkiej dumy, jest dziś osoba ludzka. A kobieta na równi z mężczyzną jest osobą, piękniejszą zresztą. Czy ma pani przekonanie [do Kazimiery Szczuki - przyp. red.], iż uchwała sejmowa - dokonana przez mężczyzn zresztą ze względów medialnych (żeby to ładnie wyglądało) - wprowadzi rzeczywiście kobiety do życia na wszystkich tych obszarach: biznesu, nauki, sztuki, religii (do tego to nam jeszcze daleko, choć Europa idzie w tym kierunku)? Że uchwały sejmowe rozwiążą sytuację kobiet?
Kazimiera Szczuka: - Myślę, że jest dużym nadużyciem twierdzenie, że wprowadzony parytet ma automatycznie uszczęśliwić albo zaprowadzić sprawiedliwość. Nikt tego nie twierdzi, a na pewno nie ja. Parytet to niedoskonałe, ale użyteczne narzędzie wyrównywania szans. Złożony w sejmie projekt obywatelski przeszedł przez pierwsze czytanie i został skierowany do komisji. Dyskusja trwa i my w tej chwili jesteśmy jej częścią. Mówimy o tym, żeby na listach wyborczych wszystkich partii znalazło się 50 proc. kobiet i 50 proc. mężczyzn. Przeciwko temu jest inny pomysł, który mówi o kwotach 30-procentowych, wprowadzanych przez poszczególne partie. 90 krajów na świecie wprowadziło już któreś z tych rozwiązań. Hiszpania, Portugalia, Niemcy, Austria, Szwajcaria, bardzo wiele krajów Ameryki Południowej... Nawet w Afryce, gdzie jest bardzo silny patriarchat, oddanie połowy władzy kobietom jest pomysłem na ratowanie bytu tych państw. Obserwujemy więc zmianę w skali świata, to nie jest wymysł Polski. Powołam się na wyniki prac prof. Małgorzaty Fuszary, która jest ekspertką od kobiet w polityce. Ma w ręku wiedzę, która mówi o tym, że TAK, że to działa! Zwiększenie liczebnej obecności kobiet w parlamencie owocuje zmniejszeniem dyskryminacji kobiet w społeczeństwie.
Dorota Sawicka: - Czy rzeczywiście wprowadzenie parytetów w Polsce zwiększy liczbę kobiet w parlamencie? We Francji to nie zadziałało.
Kazimiera Szczuka: - W sejmowych wyborach - nie, ale to problem ordynacji. Partie miały do wyboru: albo płacić kary, albo wprowadzać tę zasadę. I wolały płacić. Natomiast już na poziomie wyborów samorządowych wprowadzenie polityki kwotowej zwiększyło reprezentację kobiet. W tej chwili Sarkozy bardzo na to naciska, co jest dowodem na to, że polityka parytetowa nie jest domeną lewicy. Kwestie dotyczące kobiet zaczynają być brane pod uwagę, zmienia się hierarchia. Troska państw europejskich skupia się na usprawnieniu możliwości obecności kobiet na rynkach pracy - by mogły i pracować, i rodzić dzieci. Okazuje się, że wprowadzenie większej ilości kobiet do sejmu owocuje konkretnymi rozwiązaniami. Dopóki mamy tak jak w Polsce - 80 proc. mężczyzn w sejmie, dopóty ustawa o przedszkolach i żłobkach jest w ogonie ważności spraw. Mężczyźni nad nią nie głosują, nie interesują się nią. Ważniejsze są dla nich podsłuchy, komisje spiskowe, IPN-y, kto był agentem... W momencie, gdy kobiet w sejmie jest więcej, wówczas zmienia się ta hierarchia. Parę ważnych kwestii zostaje rozwiązanych: antyprzemocowe, żłobków, przedszkoli, szkół, zdrowia. To wszystko są kwestie, które są dla kobiet ważniejsze niż dla mężczyzn. Nie wiem dlaczego tak jest, ale tak jest.
Dorota Sawicka: - Pozostaje jeszcze kwestia naszej babskiej solidarności. Ile z pań na tej sali zagłosuje na kobietę na liście wyborczej?
Głosy z sali: - Zagłosujemy, jeśli jest mądra, kompetentna.
Dorota Sawicka: - To nieprawda, że w podlaskiej polityce nie ma kobiet. Są. Tylko na zapleczu. Pomijając, że robią świetną kawę, to potrafią wszędzie się dodzwonić, trzymać dobrze partyjną kasę... Owszem, pojawiały się na listach wyborczych, ale raczej jako kwiatek do kożucha.
Kazimiera Szczuka: - Ustawa nie zobowiązuje nikogo do głosowania na kobiety. Po prostu ustawia w blokach startowych obydwie płcie po równo. Tyle. A kto dobiegnie do mety, to jego - albo jej - sprawa.
Relacja z debaty o parytetach
Dorota Sawicka, Radio Białystok: - Weźmy dwa kraje: Ruandę, gdzie 50 proc. parlamentarzystów to kobiety - tam jest parytet. I Szwecję, gdzie 46 proc. parlamentarzystów to kobiety, a parytetu nie ma. W Polsce statystyczny poseł to mężczyzna, ma lat 38, jest nowicjuszem albo posiada 4-letni staż. Właściwie nie jest źle - można by rzec - bo do niedawna jeszcze tylko 16 proc. parlamentarzystów stanowiły kobiety, a teraz mamy ich 20 proc. Średnia europejska to 24 proc. Panowie powiedzą pewnie: Po co parytety, skoro mężczyzn w parlamencie jest i tak coraz mniej. Ale to po części wynika z przyczyn demograficznych, więc nie używajmy dziś tego argumentu. Komu potrzebne są parytety?
Kazimiera Szczuka, krytyczka literacka, dziennikarka, feministka: - Wszystkim! Warto przypomnieć historię walki o parytety. W 2001 r. powstały pierwsze koalicje na rzecz zwiększania reprezentacji kobiet. Demokracja parytetowa to było hasło cyklu konferencji i debat. Powstała wyborcza koalicja kobiet i kilka lewicowo-demokratycznych partii wprowadziło kwoty 30-procentowe. To właśnie wtedy z 13 proc. skoczyłyśmy na obecne 20 proc. Od tamtej pory reprezentacja kobiet nawet się troszkę zmniejsza. Nie jest prawdą, że to dzieje się samo, to kwoty zadziałały. Pamiętajmy o tym, że parytet jest to dosłownie fifty-fifty, czyli zrównanie reprezentacji kobiet i mężczyzn na listach. Ustalone mechanizmem, zwanym suwakiem albo zebrą, który polega na naprzemiennym umieszczaniu kobiet i mężczyzn na tychże listach. Jedynie partia Zieloni 2004 - pozaparlamentarna obecnie formacja, do której mam przyjemność należeć - wprowadziła parytet do swojego statutu i w niej obowiązuje ten system suwakowy. W Partii Demokratycznej, Unii Pracy, SLD były 30-procentowe kwoty. Słyszymy, że to sztuczne rozwiązanie. Ależ w ogóle system parlamentarny jest pewną umową, kontraktem, konwencją i jest bardzo daleki od natury. Kwoty jednak są w nim obecne, chociażby wtedy, gdy koalicja rządząca dzieli się resortami. Nic się nie dzieje samo w polityce, wszystko jest kwestią umowy, spisanych ordynacji, zagwarantowanych w konstytucji praw, m.in. równości między płciami. Zasadna sprawiedliwości - a parytet jest jej realizacją - działa na rzecz jakości demokracji. Nasza troska o sferę publiczną, o jakość życia demokratycznego przejawia się w dążeniu do sprawiedliwości. Działamy na rzecz wspólnego dobra, a więc każdy na tym skorzysta.
Dorota Sawicka: - Poseł Jarosław Gowin z PO mówi: "Uważam, że problem nierównego traktowania jest jak najbardziej rzeczywisty, jednak parytet go nie rozwiąże. Parytet jest szkodliwy i zbędny. Owszem, ułatwi dostanie się do parlamentu kilku kobietom, a jednocześnie stygmatyzuje całą grupę".
Kazimiera Szczuka: - Warto wejść na stronę Feminoteki albo Kongresu Kobiet i przeczytać kilka podstawowych argumentów - odpowiedzi na takie zarzuty. Sprawiedliwość nikomu nie uwłacza i nikogo nie stygmatyzuje. Uwłacza i stygmatyzuje niesprawiedliwość, która jest męskim, niezasłużonym przywilejem, przywilejem, który mężczyźni mają zwyczajowo, na mocy stereotypu, konserwatywnych odruchów. Gdybym była mężczyzną, poczułabym, że bardzo mi on ciąży. Wielu mężczyzn odruchowo, niemal instynktownie opowiada się za parytetami, bo nie chcą czerpać ze swoich przywilejów w poczuciu, że mają jakieś fory na dzień dobry.
Dorota Sawicka: - "Parytet wprowadza ograniczoną wolność jednostki". To także zdanie posła Gowina.
Prof. Małgorzata Kowalska, filozofka, Uniwersytet w Białymstoku: - Ja nie nadążam za posłem Gowinem... Najbardziej stygmatyzują rozpowszechnione stereotypy na temat kobiet, które winne są być jakimiś bardziej "domowymi" z natury. Cała masa stereotypów na temat kobiet pokutuje zwłaszcza w krajach z małą tradycją oświeceniową, jak Polska. Parytet jest oczywiście sztucznym - daj Boże doraźnym - ale też być może jedynym skutecznym środkiem, by stereotypom, a zatem stygmatyzacji zapobiegać. Jeśli chodzi o ograniczanie wolności jednostki, też tego nijak nie rozumiem. W jakim sensie kobieta, która ma zagwarantowane przez parytet prawo uczestniczenia w sferze publicznej na równi z mężczyznami, ma się czuć przez to ograniczona? Przeciwnie. W tej chwili problem z równouprawnieniem kobiet jest już nie prawnym, tylko faktycznym: kulturowym, społecznym. Na poziomie prawa kobiety są równouprawnione. Nikt nie zamierza zmniejszać poprzez parytet formalnoprawnych gwarancji swobód obywatelskich i osobistych. Ale te gwarancje są niewystarczające, ponieważ ze względu na silne stereotypy, bariery kulturowe, presję tradycji - jakkolwiek to zwać - są one niewystarczające do tego, by kobiety rzeczywiście zmobilizować i by mężczyźni raczyli uznać, iż kobiety w równej mierze jak oni sami do reprezentowania spraw publicznych się nadają. I po to jest potrzebny parytet, by taką formalną na razie równość kobiet i mężczyzn uczynić równością bardziej realną.
Dorota Sawicka: - Panie profesorze, pan jest za czy nawet przeciw?
Prof. Włodzimierz Pawluczuk, socjolog, religioznawca, pisarz: - Za! Za rzeczą, która jest zupełnie bez znaczenia, jest raczej zabawą dla mediów. Ale mam i zdanie odmienne, bo taka już moja rola - przecież dlatego zostałem tu zaproszony. Parytet to sprawa wyłącznie symboliczna. Potrzebujemy takiego symbolu, wiemy jak to wygląda w innych krajach i nie możemy być pod tym względem zapóźnieni. Niech więc panie zasiadają w parlamencie. Ostatecznie kierowca taksówki, który nas tu podwoził, powiedział: "Od garów już zaczynają uciekać, to niech porządzą przynajmniej. Niech czymś się zajmą". Zakłada się natomiast, że obecność kobiet w parlamencie ułatwi życie paniom i zaprowadzi sprawiedliwość społeczną. Śmiem wątpić i w jedno, i w drugie. W całym świecie zwanym cywilizacją Zachodu - w Polsce też - w wyniku bardzo głębokich przemian, związanych przede wszystkim z postępem w obszarze produkcji i wytwarzania dóbr, nastąpił proces emancypacji. Bez żadnych uchwał, żadnych ustaw. Nie ma już wymogu, że mężczyzna musi zarabiać więcej, pracując ciężko na przodku w kopalni czy w hucie. Większość prac wykonuje się przy komputerze, a kobiety są lepsze po prostu - bardziej wytrwałe, sprawniejsze. To przesunięcie w obszarze siły roboczej jest jednym z czynników odgrywania przez kobiety coraz większej roli. Poza tym nastąpiło duże przesunięcie w obszarze światopoglądowym. Mam mówić o przejściu osi ziemskiej z gwiazdozbioru Ryb do Wodnika? Nie? A ma to znaczenie. W innych obszarach - sztuki czy nauki - czy są jakieś bariery?
Dorota Sawicka: - 10 proc. osób decydujących o polskiej nauce to kobiety. Zgadza się?
Prof. Małgorzata Kowalska: - Wyjątkowo mi niezręcznie odpowiadać na to pytanie, ponieważ tak się składa, że pełnię drobną funkcję kierowniczą, i to w dodatku mając w swojej katedrze samych mężczyzn, ale świadoma jestem tego, iż jest to sytuacja absolutnie wyjątkowa. Nie grzeszę tym, czym grzeszy znaczna część kobiet, które mimo barier kulturowych zdołały się przebić do sfery publicznej i takie są już z tego dumne, że uważają, iż żadne więcej ułatwienia innym kobietom nie są potrzebne. Jak im się udało, to znaczy, że wszystkim może się udać. Jest to podejście dosyć mocno "wsobne". Ja natomiast jestem świadoma tego, że kobiety pełnią ważne funkcje decyzyjne wciąż zupełnie wyjątkowo. I nie chodzi mi tylko o formalne władze dziekańskie czy rektorskie, raczej o decyzyjność w sferze zarządzania projektami. Nadal jest tak, jakby kobiety mogły być głównie wykonawcami i ostatecznie administratorkami... Niech czuwają nad kasą, ale w sprawach istotnych dla myśli, dla nauki, dla postępu - niech lepiej siedzą cicho z boku. Tego rodzaju stereotyp w nauce w dużym stopniu jeszcze funkcjonuje.
Prof. Włodzimierz Pawluczuk: - Przez dwie kadencje pracowaliśmy solidnie i porządnie, rządzeni przez zespół kobiecy - panią dziekan i dwie prodziekanki. I jakoś to szło... Gdyby zacząć od filozofii polityki, władzy, to liberalizm i cała duchowość naszych czasów, to jest przejście od legitymizacji, poprzez religię do wymiaru indywidualnego. Źródłem zachowań, prawdy, ludzkiej dumy, jest dziś osoba ludzka. A kobieta na równi z mężczyzną jest osobą, piękniejszą zresztą. Czy ma pani przekonanie [do Kazimiery Szczuki - przyp. red.], iż uchwała sejmowa - dokonana przez mężczyzn zresztą ze względów medialnych (żeby to ładnie wyglądało) - wprowadzi rzeczywiście kobiety do życia na wszystkich tych obszarach: biznesu, nauki, sztuki, religii (do tego to nam jeszcze daleko, choć Europa idzie w tym kierunku)? Że uchwały sejmowe rozwiążą sytuację kobiet?
Kazimiera Szczuka: - Myślę, że jest dużym nadużyciem twierdzenie, że wprowadzony parytet ma automatycznie uszczęśliwić albo zaprowadzić sprawiedliwość. Nikt tego nie twierdzi, a na pewno nie ja. Parytet to niedoskonałe, ale użyteczne narzędzie wyrównywania szans. Złożony w sejmie projekt obywatelski przeszedł przez pierwsze czytanie i został skierowany do komisji. Dyskusja trwa i my w tej chwili jesteśmy jej częścią. Mówimy o tym, żeby na listach wyborczych wszystkich partii znalazło się 50 proc. kobiet i 50 proc. mężczyzn. Przeciwko temu jest inny pomysł, który mówi o kwotach 30-procentowych, wprowadzanych przez poszczególne partie. 90 krajów na świecie wprowadziło już któreś z tych rozwiązań. Hiszpania, Portugalia, Niemcy, Austria, Szwajcaria, bardzo wiele krajów Ameryki Południowej... Nawet w Afryce, gdzie jest bardzo silny patriarchat, oddanie połowy władzy kobietom jest pomysłem na ratowanie bytu tych państw. Obserwujemy więc zmianę w skali świata, to nie jest wymysł Polski. Powołam się na wyniki prac prof. Małgorzaty Fuszary, która jest ekspertką od kobiet w polityce. Ma w ręku wiedzę, która mówi o tym, że TAK, że to działa! Zwiększenie liczebnej obecności kobiet w parlamencie owocuje zmniejszeniem dyskryminacji kobiet w społeczeństwie.
Dorota Sawicka: - Czy rzeczywiście wprowadzenie parytetów w Polsce zwiększy liczbę kobiet w parlamencie? We Francji to nie zadziałało.
Kazimiera Szczuka: - W sejmowych wyborach - nie, ale to problem ordynacji. Partie miały do wyboru: albo płacić kary, albo wprowadzać tę zasadę. I wolały płacić. Natomiast już na poziomie wyborów samorządowych wprowadzenie polityki kwotowej zwiększyło reprezentację kobiet. W tej chwili Sarkozy bardzo na to naciska, co jest dowodem na to, że polityka parytetowa nie jest domeną lewicy. Kwestie dotyczące kobiet zaczynają być brane pod uwagę, zmienia się hierarchia. Troska państw europejskich skupia się na usprawnieniu możliwości obecności kobiet na rynkach pracy - by mogły i pracować, i rodzić dzieci. Okazuje się, że wprowadzenie większej ilości kobiet do sejmu owocuje konkretnymi rozwiązaniami. Dopóki mamy tak jak w Polsce - 80 proc. mężczyzn w sejmie, dopóty ustawa o przedszkolach i żłobkach jest w ogonie ważności spraw. Mężczyźni nad nią nie głosują, nie interesują się nią. Ważniejsze są dla nich podsłuchy, komisje spiskowe, IPN-y, kto był agentem... W momencie, gdy kobiet w sejmie jest więcej, wówczas zmienia się ta hierarchia. Parę ważnych kwestii zostaje rozwiązanych: antyprzemocowe, żłobków, przedszkoli, szkół, zdrowia. To wszystko są kwestie, które są dla kobiet ważniejsze niż dla mężczyzn. Nie wiem dlaczego tak jest, ale tak jest.
Dorota Sawicka: - Pozostaje jeszcze kwestia naszej babskiej solidarności. Ile z pań na tej sali zagłosuje na kobietę na liście wyborczej?
Głosy z sali: - Zagłosujemy, jeśli jest mądra, kompetentna.
Dorota Sawicka: - To nieprawda, że w podlaskiej polityce nie ma kobiet. Są. Tylko na zapleczu. Pomijając, że robią świetną kawę, to potrafią wszędzie się dodzwonić, trzymać dobrze partyjną kasę... Owszem, pojawiały się na listach wyborczych, ale raczej jako kwiatek do kożucha.
Kazimiera Szczuka: - Ustawa nie zobowiązuje nikogo do głosowania na kobiety. Po prostu ustawia w blokach startowych obydwie płcie po równo. Tyle. A kto dobiegnie do mety, to jego - albo jej - sprawa.
Dorota Sawicka: - Czy kompetentne kobiety chętnie idą do polityki?
Kazimiera Szczuka: - Myślę, że ilość niekompetentnych mężczyzn w polityce zraża kobiety do tego stricte męskiego przedsięwzięcia. Trzeba mieć pieniądze, kolegów, trzeba się dopchać. A o kompetencjach kobiet nigdy się nie dowiemy, jeżeli nie spróbujemy. Jeśli chodzi o teorię, to Polki są lepiej wykształcone niż mężczyźni. Ja bym się nie obawiała "łapanki". Kobiet jest dużo w tzw. drugich rzędach, tam, gdzie się naprawdę pracuje, zresztą na tego jednego pana. Nie do końca są w stanie się przepychać, m.in. dlatego, że - jak mówi Magdalena Środa - nie piją wódki tak dużo, nie mają czasu na siedzenie po godzinach w lokalach, że idą do domu, a nie na zebranie kolesi.
Dorota Sawicka: - Przygotowałam dwa sądy o tym, czym jest polityka. Tadeusz Cymański z PiS: "To twarda gra". Manuela Gretkowska, szefowa Partii Kobiet: "To jest ulepszanie rzeczywistości".
Kazimiera Szczuka: - Manuela Gretkowska nie jest zawodową polityczką. Parytet jako pomysł na ulepszenie rzeczywistości jest lepszym rozwiązaniem niż powoływanie partii kobiet. Byłby otwarciem szans dla tzw. drugiej płci we wszystkich formacjach. Osobna partia dla kobiet nigdy nie wydawała mi się dobrym pomysłem. Nie jest jednak do końca fair cytowanie takich sprzecznych głosów.
Prof. Małgorzata Kowalska: - Bo zestawienie jest oparte na stereotypie: "Kobiety może i chcą ulepszać, ale są takie naiwne i słodkie, że pewnie im nie wyjdzie". O to chodzi, żeby poza te stereotypy wyjść. Nie każda kobieta jest słodka, nie każdy mężczyzna jest twardym brutalem. Są sprawy, które są specyficzne dla kobiet i o które kobiety by się lepiej zatroszczyły. Ale są i sprawy całkowicie uniwersalne i nie ma powodów, dla których w tych sprawach kobiety miałyby być reprezentowane przez mężczyzn. Wszyscy mamy równe prawa wypowiadać się w kwestiach społecznych.
Dorota Sawicka: - W takim razie dlaczego pani odeszła z polityki? Nie była pani graczem politycznym? [prof. Kowalska działała w strukturach Unii Pracy - przyp. red.]
Prof. Małgorzata Kowalska: - To nie kwestia płci, jak sądzę, ale raczej temperamentu. Rzeczywiście, żeby siedzieć na zebraniach partyjnych, trzeba mieć silne nerwy. Żeby chcieć się prezentować w wyborach, trzeba mieć wolę istnienia jawnego, a nie prywatnego. A ja nie mam ani woli, ani temperamentu politycznego.
Dorota Sawicka: - Przyznam, że mieliśmy problem ze znalezieniem polityka, który odważy się publicznie powiedzieć: Jestem przeciwko parytetom. Znalazł się jedne taki w Platformie Obywatelskiej...
Damian Raczkowski, poseł PO: - Tak, jestem przeciwko parytetom. Ale dyrektorem mojego biura jest kobieta, a kawę parzy w nim mężczyzna. Podczas mojej 12-letniej przygody z polityką, kiedy wielokrotnie byłem odpowiedzialny za różne kampanie, wiele razy zdarzało się, że nie mieliśmy pomysłu jak te kobiety zachęcić do tego, by zaangażowały się w politykę. Miałem znajome, które po usilnych namowach dawały swoje nazwisko, ale nie ma ich zbyt wiele. Uważa się, że te, które już wbiją się do polityki, są np. posłankami, uważają, że jak im się udało, to nie muszą już pomagać swoim koleżankom. To nie jest tak. W klubie Platformy wiele z tych kobiet jest za parytetami, wiele przeciwko. Uważają, podobnie jak ja, że powinny się liczyć kompetencje, a niekoniecznie - płeć.
Dorota Sawicka: - Projekt ustawy o kwotach 30-procentowych przygotowany przez posłanki PO zmarł śmiercią naturalną? Chociaż pojawił się pomysł zdobycia punktów przedwyborczych za pomocą wprowadzenia głosami Platformy poprawki do projekty ustawy obywatelskiej - z 50 proc. na 30 proc...
Damian Raczkowski: - Przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek jest za 30-35-procentowymi kwotami, które mniej-więcej oddają zaangażowanie Polek w politykę. W PO jest akurat 25 proc. posłanek, a w innych klubach - kilka proc. mniej. Podobnie jak przewodniczący Buzek uważa szef mojej partii. Zawsze mieliśmy wewnętrzne parytety, które nakazywały określoną liczbę kobiet w polityce i zapewnienie im eksponowanych miejsc.
Kazimiera Szczuka: - Jako polonistka muszę panu przerwać. Parytet to jest wartość 50-procentowa, a 30 proc. to jest po prostu kwota. Niewłaściwie używa pan tych pojęć.
Damian Raczkowski: - Przyznaję się do błędu. Chodzi mi o to, że same zapisy tego nie zmienią. Część posłanek z mojego klubu jest zdeterminowana ku temu, by walczyć o parytety bądź kwoty i taka poprawka zmniejszającą parytet do 30-procentowej kwoty zostanie złożona przez panią poseł Agnieszkę Kozłowską-Rajewicz. Ja najprawdopodobniej będę głosował przeciwko. Uważam, że nie jest to potrzebne. Jeżeli ktoś chce poświęcić część swojego życia i zostać politykiem, to niezależnie od tego czy jest kobietą czy mężczyzną, będzie mógł to osiągnąć, jeżeli tylko będzie chciał.
Kazimiera Szczuka: - Myślę, że pan reprezentuje właśnie tego statystycznego posła. Gdyby można było tak jak w filmach zrobić z pana na miesiąc kobietę - najlepiej 50-letnią - to myślę, że zmieniłby pan zdanie na temat tej sprawiedliwości.
Prof. Włodzimierz Pawluczuk: - Korci mnie do repliki. Zakładasz, że wejście kwot - już o parytecie nawet nie mówmy - do parlamentu polepszy sytuację 50-letniej pani... Ja mam na ten temat zupełnie inne zdanie. To kwestia zmian w sytuacji rodziny, różnorodności relacji męsko-damskich na obszarze alternatywnych form rodziny przesuwa porządek w kierunku coraz lepszej sytuacji kobiety. Nawet na poziomie przedrodzinnym. Dzisiaj to dziewczyny podrywają chłopaków. I zwycięsko podrywają! Jeśli by był parytet, byłaby to ładna ozdoba, symbol. I ja jestem absolutnie "za". Natomiast błędem jest założenie, że to rozwiąże sprawę tej 50-letniej pani.
Kazimiera Szczuka: - Nie mówiłam, że rozwiąże. Oczywiście, wierzę w to, że oś ziemi zbliża się do gwiazdozbioru Wodnika i bardzo mi się to podoba. Ale prawda jest taka, że takie rzeczy jak zniesienie feudalizmu, niewolnictwa, przyznanie kobietom praw wyborczych, włączenie do porządku demokratycznego klas niższych - nie działy się same. Kobiety zdobyły prawa wyborcze prawdopodobnie z powodu industrializacji. Walce o polityczne prawa kobiet towarzyszyły masowe strajki robotnic, głównie z fabryk włókienniczych, na początku XX wieku. Miliony kobiet wychodziły na ulice protestować przeciwko dyskryminacji na rynku pracy, walczyć o 8-godzinny dzień pracy, o równe płace, również o prawa wyborcze. Często te rzeczy się łączyły, jedno bez drugiego nie mogłoby się wydarzyć. Fakt, kiedy mówimy o tym, że kobiety dzisiaj walczą o wyrównanie reprezentacji parlamentarnych, to dzieje się tak dlatego, że awansują na rynkach pracy i jest to związane z tymi postindustrialnymi mechanizmami. Ale nigdy nic się nie działo samo. Nie przychodziło jako zmiana klimatu, dar losu czy podarunek od mężczyzn. Może społeczeństwo dojrzało do pragnienia zrealizowania zasady sprawiedliwości, która stała się priorytetem politycznym Europy. A nawiązując do hasła debaty - dlaczego kuchnia miałabym być zakątkiem bezprawia? Praca kobiet w domach jest nieodpłatna. Kobieta, która spędziła życie w rodzinie, zostaje z niczym. Te kwestie polityki społecznej muszą zostać rozwiązane. Hasło feministyczne mówi, że polityka zaczyna się w kuchni. Ustrój społeczny zaczyna się w kuchni. I to jest prawda. Bo jeżeli ten ktoś, kto w kuchni jest, jest całkowicie pozbawiony władzy, wpływów i pieniędzy, to znaczy, że tam go ustrój społeczny ustawił i teraz ten ktoś ma prawo dążyć do zmiany swej pozycji.
Zbigniew Krzywicki, Lewica: - Zaczynamy grzęznąć w szczegółach - czy 50, czy 30, czy 28 proc. Otwarcie mówię: jestem za parytetami, uważam, że ten projekt ustawy jest podstawowym, bardzo ważnym projektem społecznym. Tylko miejmy świadomość, że gdyby on dzisiaj o godz. 17 wszedł, to jutro rano o 7.02 jeszcze nic się nie stanie. To musi potrwać, ale tę drogę trzeba otworzyć. Jestem za przebudową, za tym co się nazywa postępem społecznym. Trzeba to zrobić, natomiast nie wolno pozwolić sobie na ugrzęźnięcie w rozważaniach. To jest kwestia wyborów, a nie tworzenie nowego prawa fizyki. To jest kwestia: czy wybieramy taki świat, w którym nasze partnerki (a nasi partnerzy - gdy mówi o tym kobieta) będą mieć otwarte szanse. Trzeba także uzbroić cały system prawa, które umocuje kobiety, które chcą życie spędzić w kuchni, jako ważne "funkcjonariuszki" państwa. Może powinniśmy zafundować im emerytury. Tak robi porządne państwo.
Prof. Adam Czesław Dobroński, PSL: - Jestem za dyskusją o parytetach, natomiast przeciwko regulacji tej sprawy pilną ustawą. To nie jest żadna droga do sprawiedliwości. Ona się dzieje w sposób naturalny. Jestem przekonany, że jak mój wnuk weźmie udział w takiej dyskusji, to ona będzie się toczyć w kierunku, jaki parytet uchwalić, żeby to mężczyźni stanowili 50 proc. w sejmie. Jako historyk znam przykłady ekstremalne, jak to już było i co z tego wynikło. Otóż pamiętam, że w okresie nieboszczki PRL wprowadzano parytety i np. kazano, by w ZSL-u kandydatką na pierwszym miejscu była kobieta. Ba, określono nawet czy małorolna czy średniorolna, ile ma mieć lat i czy ma mieć dzieci czy nie. I tak się działo, oczywiście z kpiną i ze szkodą dla kobiet. Wiem, że w piśmie można wszystko zadekretować i nawet uchwalić, że w tej chwili jest już noc. Natomiast w środowisku bardziej naturalnym, wiejskim, potrzebna jest i praca, i edukacja. I te zmiany kulturowe się dokonują. Nie ma co rozdzierać szat i nikt z nas, mężczyzn, nawet tego nie próbuje. W tej chwili jest to jednak temat zastępczy. Chciałbym jeszcze coś sprostować, bo pani redaktor [do Kazimiery Szczuki - przyp. red.] - przepraszam za nietakt - przypomina mi taką kobietę, która ma zawsze rację. Mam taką jedną w domu i czasem się buntuję. Otóż kobiety otrzymały prawa polityczne częściowo dlatego, o czym pani mówiła, ale przede wszystkim dlatego, że świat miał dosyć wojny. Na koniec króciutko, jak jest w PSL-u: mamy wspaniałą wicemarszałek i jestem przekonany, że w tej kampanii zgłosi się nam duża liczba kobiet.
Dorota Sawicka: - Pewnie panie się zgłoszą, ale pytanie, na których miejscach zostaną umieszczone? Pani Beato, pani dzisiaj męża wysłała do kuchni?
Beata Antypiuk, PiS: - Syn przejął rolę. Proszę pań, i tak mężczyźni nas nie dopuszczą - czy będą parytety, czy nie. Jedyne rozwiązanie to szansa zaistnienia na pierwszych miejscach na listach. Bo jeżeli parytet ma wyglądać w ten sposób, że 50 proc. z dołu listy dostają kobiety i wszystko jest niby formalnie załatwione, to jest to tylko gadanie, a nie robienie. Jeżeli państwo rzeczywiście chcecie, by kobiety były w parlamencie, dajcie im tę możliwość. One pokażą, co potrafią. Jestem przekonana, że wtedy zmieni się oblicze polityki. Wasi liderzy są tak wspaniali, że i z piątego, a nawet i z 10. miejsca wejdą. Akurat w naszym klubie w radzie miejskiej Białegostoku jedna trzecia radnych to kobiety, choć nie ustalaliśmy parytetów. To nie tak, że ja się dostałam do rady i już innym paniom nie pozwalam. Każda kobieta, która spełniła się w różnych okresach swojego życia, spełniła się jako matka, nacieszyła się dziećmi, zobaczyła pierwszy ząbek, wypróbowała cały ten kuchenny świat, kiedy dojrzeje i uzna, że chce iść do polityki, może to zrobić. A mąż może wtedy zastąpić ją w kuchni. Trzeba być szczęśliwym w tym, co się robi, wtedy jest szansa, że będzie się dobrym politykiem.
Dorota Sawicka: - Co pani odpowiada kolegom partyjnym z PiS, którzy mówią, że są przeciwni parytetom, a proponują płacenie za każdą kobietę, która dostanie się do parlamentu (chodzi o zwiększanie subwencji partyjnej)?
Beata Antypiuk: - O, to dużo pieniędzy zarobimy.
Jerzy Półjanowicz, Lewica: - A ja nie chcę, Adamie, by doczekały tego twoje czy moje wnuki. Ja chcę sam doczekać tych czasów z parytetem. Zastanawiam się czy to jest najistotniejsze by był on na listach wyborczych. A zostać szefem własnej firmy? Na Podlasiu jest mnóstwo kobiet, rządzących firmami ze znakomitymi rezultatami. Zmierzamy do tego, i ja również jestem za tym, aby więcej ich było w życiu publicznym. Ustalmy parytet i zróbmy ordynację wyborczą większościową.
Kazimiera Szczuka: - Myślę, że ilość niekompetentnych mężczyzn w polityce zraża kobiety do tego stricte męskiego przedsięwzięcia. Trzeba mieć pieniądze, kolegów, trzeba się dopchać. A o kompetencjach kobiet nigdy się nie dowiemy, jeżeli nie spróbujemy. Jeśli chodzi o teorię, to Polki są lepiej wykształcone niż mężczyźni. Ja bym się nie obawiała "łapanki". Kobiet jest dużo w tzw. drugich rzędach, tam, gdzie się naprawdę pracuje, zresztą na tego jednego pana. Nie do końca są w stanie się przepychać, m.in. dlatego, że - jak mówi Magdalena Środa - nie piją wódki tak dużo, nie mają czasu na siedzenie po godzinach w lokalach, że idą do domu, a nie na zebranie kolesi.
Dorota Sawicka: - Przygotowałam dwa sądy o tym, czym jest polityka. Tadeusz Cymański z PiS: "To twarda gra". Manuela Gretkowska, szefowa Partii Kobiet: "To jest ulepszanie rzeczywistości".
Kazimiera Szczuka: - Manuela Gretkowska nie jest zawodową polityczką. Parytet jako pomysł na ulepszenie rzeczywistości jest lepszym rozwiązaniem niż powoływanie partii kobiet. Byłby otwarciem szans dla tzw. drugiej płci we wszystkich formacjach. Osobna partia dla kobiet nigdy nie wydawała mi się dobrym pomysłem. Nie jest jednak do końca fair cytowanie takich sprzecznych głosów.
Prof. Małgorzata Kowalska: - Bo zestawienie jest oparte na stereotypie: "Kobiety może i chcą ulepszać, ale są takie naiwne i słodkie, że pewnie im nie wyjdzie". O to chodzi, żeby poza te stereotypy wyjść. Nie każda kobieta jest słodka, nie każdy mężczyzna jest twardym brutalem. Są sprawy, które są specyficzne dla kobiet i o które kobiety by się lepiej zatroszczyły. Ale są i sprawy całkowicie uniwersalne i nie ma powodów, dla których w tych sprawach kobiety miałyby być reprezentowane przez mężczyzn. Wszyscy mamy równe prawa wypowiadać się w kwestiach społecznych.
Dorota Sawicka: - W takim razie dlaczego pani odeszła z polityki? Nie była pani graczem politycznym? [prof. Kowalska działała w strukturach Unii Pracy - przyp. red.]
Prof. Małgorzata Kowalska: - To nie kwestia płci, jak sądzę, ale raczej temperamentu. Rzeczywiście, żeby siedzieć na zebraniach partyjnych, trzeba mieć silne nerwy. Żeby chcieć się prezentować w wyborach, trzeba mieć wolę istnienia jawnego, a nie prywatnego. A ja nie mam ani woli, ani temperamentu politycznego.
Dorota Sawicka: - Przyznam, że mieliśmy problem ze znalezieniem polityka, który odważy się publicznie powiedzieć: Jestem przeciwko parytetom. Znalazł się jedne taki w Platformie Obywatelskiej...
Damian Raczkowski, poseł PO: - Tak, jestem przeciwko parytetom. Ale dyrektorem mojego biura jest kobieta, a kawę parzy w nim mężczyzna. Podczas mojej 12-letniej przygody z polityką, kiedy wielokrotnie byłem odpowiedzialny za różne kampanie, wiele razy zdarzało się, że nie mieliśmy pomysłu jak te kobiety zachęcić do tego, by zaangażowały się w politykę. Miałem znajome, które po usilnych namowach dawały swoje nazwisko, ale nie ma ich zbyt wiele. Uważa się, że te, które już wbiją się do polityki, są np. posłankami, uważają, że jak im się udało, to nie muszą już pomagać swoim koleżankom. To nie jest tak. W klubie Platformy wiele z tych kobiet jest za parytetami, wiele przeciwko. Uważają, podobnie jak ja, że powinny się liczyć kompetencje, a niekoniecznie - płeć.
Dorota Sawicka: - Projekt ustawy o kwotach 30-procentowych przygotowany przez posłanki PO zmarł śmiercią naturalną? Chociaż pojawił się pomysł zdobycia punktów przedwyborczych za pomocą wprowadzenia głosami Platformy poprawki do projekty ustawy obywatelskiej - z 50 proc. na 30 proc...
Damian Raczkowski: - Przewodniczący Parlamentu Europejskiego Jerzy Buzek jest za 30-35-procentowymi kwotami, które mniej-więcej oddają zaangażowanie Polek w politykę. W PO jest akurat 25 proc. posłanek, a w innych klubach - kilka proc. mniej. Podobnie jak przewodniczący Buzek uważa szef mojej partii. Zawsze mieliśmy wewnętrzne parytety, które nakazywały określoną liczbę kobiet w polityce i zapewnienie im eksponowanych miejsc.
Kazimiera Szczuka: - Jako polonistka muszę panu przerwać. Parytet to jest wartość 50-procentowa, a 30 proc. to jest po prostu kwota. Niewłaściwie używa pan tych pojęć.
Damian Raczkowski: - Przyznaję się do błędu. Chodzi mi o to, że same zapisy tego nie zmienią. Część posłanek z mojego klubu jest zdeterminowana ku temu, by walczyć o parytety bądź kwoty i taka poprawka zmniejszającą parytet do 30-procentowej kwoty zostanie złożona przez panią poseł Agnieszkę Kozłowską-Rajewicz. Ja najprawdopodobniej będę głosował przeciwko. Uważam, że nie jest to potrzebne. Jeżeli ktoś chce poświęcić część swojego życia i zostać politykiem, to niezależnie od tego czy jest kobietą czy mężczyzną, będzie mógł to osiągnąć, jeżeli tylko będzie chciał.
Kazimiera Szczuka: - Myślę, że pan reprezentuje właśnie tego statystycznego posła. Gdyby można było tak jak w filmach zrobić z pana na miesiąc kobietę - najlepiej 50-letnią - to myślę, że zmieniłby pan zdanie na temat tej sprawiedliwości.
Prof. Włodzimierz Pawluczuk: - Korci mnie do repliki. Zakładasz, że wejście kwot - już o parytecie nawet nie mówmy - do parlamentu polepszy sytuację 50-letniej pani... Ja mam na ten temat zupełnie inne zdanie. To kwestia zmian w sytuacji rodziny, różnorodności relacji męsko-damskich na obszarze alternatywnych form rodziny przesuwa porządek w kierunku coraz lepszej sytuacji kobiety. Nawet na poziomie przedrodzinnym. Dzisiaj to dziewczyny podrywają chłopaków. I zwycięsko podrywają! Jeśli by był parytet, byłaby to ładna ozdoba, symbol. I ja jestem absolutnie "za". Natomiast błędem jest założenie, że to rozwiąże sprawę tej 50-letniej pani.
Kazimiera Szczuka: - Nie mówiłam, że rozwiąże. Oczywiście, wierzę w to, że oś ziemi zbliża się do gwiazdozbioru Wodnika i bardzo mi się to podoba. Ale prawda jest taka, że takie rzeczy jak zniesienie feudalizmu, niewolnictwa, przyznanie kobietom praw wyborczych, włączenie do porządku demokratycznego klas niższych - nie działy się same. Kobiety zdobyły prawa wyborcze prawdopodobnie z powodu industrializacji. Walce o polityczne prawa kobiet towarzyszyły masowe strajki robotnic, głównie z fabryk włókienniczych, na początku XX wieku. Miliony kobiet wychodziły na ulice protestować przeciwko dyskryminacji na rynku pracy, walczyć o 8-godzinny dzień pracy, o równe płace, również o prawa wyborcze. Często te rzeczy się łączyły, jedno bez drugiego nie mogłoby się wydarzyć. Fakt, kiedy mówimy o tym, że kobiety dzisiaj walczą o wyrównanie reprezentacji parlamentarnych, to dzieje się tak dlatego, że awansują na rynkach pracy i jest to związane z tymi postindustrialnymi mechanizmami. Ale nigdy nic się nie działo samo. Nie przychodziło jako zmiana klimatu, dar losu czy podarunek od mężczyzn. Może społeczeństwo dojrzało do pragnienia zrealizowania zasady sprawiedliwości, która stała się priorytetem politycznym Europy. A nawiązując do hasła debaty - dlaczego kuchnia miałabym być zakątkiem bezprawia? Praca kobiet w domach jest nieodpłatna. Kobieta, która spędziła życie w rodzinie, zostaje z niczym. Te kwestie polityki społecznej muszą zostać rozwiązane. Hasło feministyczne mówi, że polityka zaczyna się w kuchni. Ustrój społeczny zaczyna się w kuchni. I to jest prawda. Bo jeżeli ten ktoś, kto w kuchni jest, jest całkowicie pozbawiony władzy, wpływów i pieniędzy, to znaczy, że tam go ustrój społeczny ustawił i teraz ten ktoś ma prawo dążyć do zmiany swej pozycji.
Zbigniew Krzywicki, Lewica: - Zaczynamy grzęznąć w szczegółach - czy 50, czy 30, czy 28 proc. Otwarcie mówię: jestem za parytetami, uważam, że ten projekt ustawy jest podstawowym, bardzo ważnym projektem społecznym. Tylko miejmy świadomość, że gdyby on dzisiaj o godz. 17 wszedł, to jutro rano o 7.02 jeszcze nic się nie stanie. To musi potrwać, ale tę drogę trzeba otworzyć. Jestem za przebudową, za tym co się nazywa postępem społecznym. Trzeba to zrobić, natomiast nie wolno pozwolić sobie na ugrzęźnięcie w rozważaniach. To jest kwestia wyborów, a nie tworzenie nowego prawa fizyki. To jest kwestia: czy wybieramy taki świat, w którym nasze partnerki (a nasi partnerzy - gdy mówi o tym kobieta) będą mieć otwarte szanse. Trzeba także uzbroić cały system prawa, które umocuje kobiety, które chcą życie spędzić w kuchni, jako ważne "funkcjonariuszki" państwa. Może powinniśmy zafundować im emerytury. Tak robi porządne państwo.
Prof. Adam Czesław Dobroński, PSL: - Jestem za dyskusją o parytetach, natomiast przeciwko regulacji tej sprawy pilną ustawą. To nie jest żadna droga do sprawiedliwości. Ona się dzieje w sposób naturalny. Jestem przekonany, że jak mój wnuk weźmie udział w takiej dyskusji, to ona będzie się toczyć w kierunku, jaki parytet uchwalić, żeby to mężczyźni stanowili 50 proc. w sejmie. Jako historyk znam przykłady ekstremalne, jak to już było i co z tego wynikło. Otóż pamiętam, że w okresie nieboszczki PRL wprowadzano parytety i np. kazano, by w ZSL-u kandydatką na pierwszym miejscu była kobieta. Ba, określono nawet czy małorolna czy średniorolna, ile ma mieć lat i czy ma mieć dzieci czy nie. I tak się działo, oczywiście z kpiną i ze szkodą dla kobiet. Wiem, że w piśmie można wszystko zadekretować i nawet uchwalić, że w tej chwili jest już noc. Natomiast w środowisku bardziej naturalnym, wiejskim, potrzebna jest i praca, i edukacja. I te zmiany kulturowe się dokonują. Nie ma co rozdzierać szat i nikt z nas, mężczyzn, nawet tego nie próbuje. W tej chwili jest to jednak temat zastępczy. Chciałbym jeszcze coś sprostować, bo pani redaktor [do Kazimiery Szczuki - przyp. red.] - przepraszam za nietakt - przypomina mi taką kobietę, która ma zawsze rację. Mam taką jedną w domu i czasem się buntuję. Otóż kobiety otrzymały prawa polityczne częściowo dlatego, o czym pani mówiła, ale przede wszystkim dlatego, że świat miał dosyć wojny. Na koniec króciutko, jak jest w PSL-u: mamy wspaniałą wicemarszałek i jestem przekonany, że w tej kampanii zgłosi się nam duża liczba kobiet.
Dorota Sawicka: - Pewnie panie się zgłoszą, ale pytanie, na których miejscach zostaną umieszczone? Pani Beato, pani dzisiaj męża wysłała do kuchni?
Beata Antypiuk, PiS: - Syn przejął rolę. Proszę pań, i tak mężczyźni nas nie dopuszczą - czy będą parytety, czy nie. Jedyne rozwiązanie to szansa zaistnienia na pierwszych miejscach na listach. Bo jeżeli parytet ma wyglądać w ten sposób, że 50 proc. z dołu listy dostają kobiety i wszystko jest niby formalnie załatwione, to jest to tylko gadanie, a nie robienie. Jeżeli państwo rzeczywiście chcecie, by kobiety były w parlamencie, dajcie im tę możliwość. One pokażą, co potrafią. Jestem przekonana, że wtedy zmieni się oblicze polityki. Wasi liderzy są tak wspaniali, że i z piątego, a nawet i z 10. miejsca wejdą. Akurat w naszym klubie w radzie miejskiej Białegostoku jedna trzecia radnych to kobiety, choć nie ustalaliśmy parytetów. To nie tak, że ja się dostałam do rady i już innym paniom nie pozwalam. Każda kobieta, która spełniła się w różnych okresach swojego życia, spełniła się jako matka, nacieszyła się dziećmi, zobaczyła pierwszy ząbek, wypróbowała cały ten kuchenny świat, kiedy dojrzeje i uzna, że chce iść do polityki, może to zrobić. A mąż może wtedy zastąpić ją w kuchni. Trzeba być szczęśliwym w tym, co się robi, wtedy jest szansa, że będzie się dobrym politykiem.
Dorota Sawicka: - Co pani odpowiada kolegom partyjnym z PiS, którzy mówią, że są przeciwni parytetom, a proponują płacenie za każdą kobietę, która dostanie się do parlamentu (chodzi o zwiększanie subwencji partyjnej)?
Beata Antypiuk: - O, to dużo pieniędzy zarobimy.
Jerzy Półjanowicz, Lewica: - A ja nie chcę, Adamie, by doczekały tego twoje czy moje wnuki. Ja chcę sam doczekać tych czasów z parytetem. Zastanawiam się czy to jest najistotniejsze by był on na listach wyborczych. A zostać szefem własnej firmy? Na Podlasiu jest mnóstwo kobiet, rządzących firmami ze znakomitymi rezultatami. Zmierzamy do tego, i ja również jestem za tym, aby więcej ich było w życiu publicznym. Ustalmy parytet i zróbmy ordynację wyborczą większościową.
- 4 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
7 głosów
-
Lenin wybrał by parytet
kzb37
13.03.10, 10:08
Lenin wybrał by parytet Z myśli Lenina: Socjaldemokracja uważała, że klasa robotnicza władzę możezdobyć w drodze wyborów – jest jej wszak więcej (i wówczas istotnie było), zaś Lenin »
-
Parytet - narzędzie niedoskonałe, ale użyteczne
neanea
15.03.10, 12:05
a co ma wspólnego egalitaryzm (tu : twierdzenie że dowolna kobieta jest warta tyle, co dowolny mężczyzna) ze sprawiedliwością? I czemu parytet a nie klucz 51,3% (czy ile tam dokładnie jest »




więcej zdjęć