Życie, które boli
2010-04-02
, aktualizacja: 02.04.2010 18:05
Jeszcze kilka dni temu Halina Wyszyńska z Łap cieszyła się na myśl o świętach, bo do domu ze szpitala miała przyjechać córka chora na nowotwór. Niestety, Monika podróż zniosła bardzo źle
ZOBACZ TAKŻE
- Rozpoczęto remont u Moniki chorej na nowotwór (13-04-10, 20:19)
- Święta w Łapach nie będą aż tak smutne (29-03-10, 19:31)
- Całe Łapy siedzą głodne (08-02-10, 13:00)
Sąsiedzi o rodzinie Wyszyńskich wypowiadają się bardzo ciepło. Że to przykładne małżeństwo, dobrze wychowane dzieci. Na klatce schodowej kłaniają się wszystkim. Zawsze zgodni, uczynni. Przez lata wiedli spokojne życie w Łapach. Nigdy im się nie przelewało, ale pani Halinka jest dobrą gospodynią. Jej mąż - Wiesław, który 35 lat przepracował jako ślusarz w Zakładach Naprawczych Taboru Kolejowego, do domu przynosił co miesiąc 800-900 zł. Do tego 570 zł renty kobiety. Trochę rodzice ze wsi pomagali i starczało. W 2007 r. świat im się zawalił.
Wyrok śmierci
Trzynastoletnia córka Monika jak co dzień wybierała się do szkoły. Zjadła śniadanie, umyła zęby. Kremując twarz wyczuła pod palcami na szyi niewielkiego guza. Lekarze diagnozę postawili bardzo szybko - nowotwór.
- Z zawodu jestem pielęgniarką. Wiem, że chorób się nie wybiera. Ale codziennie zastanawiam się, dlaczego to właśnie nas tak Bóg sprawdza? Dlaczego to Monika musi tak bardzo cierpieć? - zastanawia się Wyszyńska. Łez nie ma. Jak mówi, przez trzy lata zdążyła je wszystkie wypłakać.
Życie rodziny stanęło na głowie. Wegetowali od jednej operacji do drugiej. Od jednej kroplówki do drugiej. Szpital, dom, szpital, dom. I tak w kółko. A Monika chudła i wpadała w coraz głębszą depresję. W tej chwili ma 15 lat, a waży niespełna 30 kilo. Cierpi na bezwład prawej ręki. Na spacery wkoło bloku wychodzi tylko wieczorami, jeśli ma siłę zejść z czwartego piętra. Musi uważać na zarazki.
Marzy, by chodzić z koleżankami do kina, tańczyć na szkolnej dyskotece, mieć chłopaka. Ale najbardziej na świecie chce budzić się w swoim domu.
- W szpitalu mam bardzo dobrą opiekę, ale ja chcę żyć normalnie. Już mam dosyć jedzenia w śmierdzących plastikowych naczyniach i widoku chorych jak ja dzieci - żali się cichutkim głosem. - Białystok jest daleko od Łap. Moje koleżanki z gimnazjum rzadko mają okazję odwiedzić mnie w szpitalu.
Ojciec bez pracy
W ubiegłym roku po raz kolejny los postanowił doświadczyć rodzinę. Pan Wiesiek do końca wierzył, że tak ogromne przedsiębiorstwo z tradycjami jak ZNTK nie upadnie. Liczył na to, że w końcu znajdzie się kontrahent, który zleci im naprawy wagonów. Protesty i demonstracje przed kancelarią premiera, redukcje etatów, praca na pół etatu i mniejsze wynagrodzenia - nie uratowały zakładu. Największy pracodawca w Łapach w połowie ubiegłego roku upadł. Na bruku znalazło się 750-osobowa załoga, w tym również Wyszyński. Do dziś nie ma pracy, choć szuka jej codziennie. Dostaje 400 zł zasiłku.
- Ale i to za kilka miesięcy się skończy. Perspektyw na pracę jak nie było, tak nie ma - mężczyzna przyznaje, że jest w depresji. Nie wie, jak sobie poradzą. - Wcześniej wiedziałem, po co wstaję z rana. Lubiłem dźwięk gwizdka, przechodzić przez kładkę nad zakładem, zapach smaru. Praca podtrzymywała mnie na duchu. Mogłem tam się wyżalić, wypłakać, zapomnieć o chorobie Moniki. W domu, przy żonie, wolę nie płakać. Ona i tak wiele znosi - żali się.
Wyszyńscy oszczędzają na czym tylko mogą, głównie na żywności. Mieszkania nie mogą zadłużyć. Najwięcej ich kosztują przejazdy z Łap do szpitala w Białymstoku (5 zł w jedną stronę) i noclegi w przyszpitalnym hotelu (7 zł doba).
- Moniczka boi się sama zostać w szpitalu. Przestałam brać moje lekarstwa lecznicze za 8 złotych. Biorę tylko te osłonowe za trzy - opowiada pani Halinka i przekonuje, że mimo zaprzestania kuracji, wcale nie czuje się gorzej. Jest wdzięczna opiece społecznej za czujność i pomoc. - Odwiedzają, podtrzymują na duchu.
Aby pokoik był sterylny
W poniedziałek Wyższa Szkoła Administracji Publicznej w Białymstoku wręczyła Wyszyńskim i 39 innym rodzinom będącym w trudnej sytuacji paczkę z żywnością. Mąka, makarony, kawa, herbata, słodycze, konserwy mięsne i rybne.
- Mamy już jedzenie, gdyby jeszcze córkę lekarze wypuścili na Wielkanoc... To byłyby wspaniałe święta - życzyła sobie, odbierając dary.
Lekarze pozwolili Monice spędzić święta w domu. Jednak podróż do Łap dziewczynka bardzo źle zniosła. Jest cała obolała. Zaraz po świętach musi wracać na oddział.
- Obawiam się, że przyczyną pogorszenia się stanu zdrowia córki są zarówno męczące podróże, jak i jej pokoik. Ona musi mieć sterylnie, a nas nie stać na remont - żali się pani Halinka.
Oprowadza nas po mieszkaniu. Pokoik dziewczynki od 20 lat nie uświadczył świeżej farby czy nowego mebla.
- Trzeba wymienić stare gumoleum, zerwać tapetę, ponad 20-letnią wersalkę zamienić na coś nowszego. Jakąś niewielką szafeczkę... ta tylko zbiera kurz - planuje Wyszyńska. Gdy Monika nie patrzy, podnosi oczy po brzegi wypełnione łzami i cichym głosem pyta: - Tylko za co?
Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Łapach opiekuje się wieloma rodzinami, będącymi w równie fatalnej sytuacji. Na remont Wyszyńskim nie da, bo nie ma.
- Po zlikwidowaniu zakładów naprawczych mamy wielu podopiecznych, którzy nie mają co jeść. Brakuje nam środków, by wszystkim dać co wrzucić do garnka - przyznaje Katarzyna Żukowska-Koc z MOPS w Łapach. - Sytuację Wyszyńskich znamy, ale niestety nie jesteśmy w stanie im pomóc. Wierzę, że znajdzie się ktoś, kto indywidualnie ich wesprze.
Wyrok śmierci
Trzynastoletnia córka Monika jak co dzień wybierała się do szkoły. Zjadła śniadanie, umyła zęby. Kremując twarz wyczuła pod palcami na szyi niewielkiego guza. Lekarze diagnozę postawili bardzo szybko - nowotwór.
- Z zawodu jestem pielęgniarką. Wiem, że chorób się nie wybiera. Ale codziennie zastanawiam się, dlaczego to właśnie nas tak Bóg sprawdza? Dlaczego to Monika musi tak bardzo cierpieć? - zastanawia się Wyszyńska. Łez nie ma. Jak mówi, przez trzy lata zdążyła je wszystkie wypłakać.
Życie rodziny stanęło na głowie. Wegetowali od jednej operacji do drugiej. Od jednej kroplówki do drugiej. Szpital, dom, szpital, dom. I tak w kółko. A Monika chudła i wpadała w coraz głębszą depresję. W tej chwili ma 15 lat, a waży niespełna 30 kilo. Cierpi na bezwład prawej ręki. Na spacery wkoło bloku wychodzi tylko wieczorami, jeśli ma siłę zejść z czwartego piętra. Musi uważać na zarazki.
Marzy, by chodzić z koleżankami do kina, tańczyć na szkolnej dyskotece, mieć chłopaka. Ale najbardziej na świecie chce budzić się w swoim domu.
- W szpitalu mam bardzo dobrą opiekę, ale ja chcę żyć normalnie. Już mam dosyć jedzenia w śmierdzących plastikowych naczyniach i widoku chorych jak ja dzieci - żali się cichutkim głosem. - Białystok jest daleko od Łap. Moje koleżanki z gimnazjum rzadko mają okazję odwiedzić mnie w szpitalu.
Ojciec bez pracy
W ubiegłym roku po raz kolejny los postanowił doświadczyć rodzinę. Pan Wiesiek do końca wierzył, że tak ogromne przedsiębiorstwo z tradycjami jak ZNTK nie upadnie. Liczył na to, że w końcu znajdzie się kontrahent, który zleci im naprawy wagonów. Protesty i demonstracje przed kancelarią premiera, redukcje etatów, praca na pół etatu i mniejsze wynagrodzenia - nie uratowały zakładu. Największy pracodawca w Łapach w połowie ubiegłego roku upadł. Na bruku znalazło się 750-osobowa załoga, w tym również Wyszyński. Do dziś nie ma pracy, choć szuka jej codziennie. Dostaje 400 zł zasiłku.
- Ale i to za kilka miesięcy się skończy. Perspektyw na pracę jak nie było, tak nie ma - mężczyzna przyznaje, że jest w depresji. Nie wie, jak sobie poradzą. - Wcześniej wiedziałem, po co wstaję z rana. Lubiłem dźwięk gwizdka, przechodzić przez kładkę nad zakładem, zapach smaru. Praca podtrzymywała mnie na duchu. Mogłem tam się wyżalić, wypłakać, zapomnieć o chorobie Moniki. W domu, przy żonie, wolę nie płakać. Ona i tak wiele znosi - żali się.
Wyszyńscy oszczędzają na czym tylko mogą, głównie na żywności. Mieszkania nie mogą zadłużyć. Najwięcej ich kosztują przejazdy z Łap do szpitala w Białymstoku (5 zł w jedną stronę) i noclegi w przyszpitalnym hotelu (7 zł doba).
- Moniczka boi się sama zostać w szpitalu. Przestałam brać moje lekarstwa lecznicze za 8 złotych. Biorę tylko te osłonowe za trzy - opowiada pani Halinka i przekonuje, że mimo zaprzestania kuracji, wcale nie czuje się gorzej. Jest wdzięczna opiece społecznej za czujność i pomoc. - Odwiedzają, podtrzymują na duchu.
Aby pokoik był sterylny
W poniedziałek Wyższa Szkoła Administracji Publicznej w Białymstoku wręczyła Wyszyńskim i 39 innym rodzinom będącym w trudnej sytuacji paczkę z żywnością. Mąka, makarony, kawa, herbata, słodycze, konserwy mięsne i rybne.
- Mamy już jedzenie, gdyby jeszcze córkę lekarze wypuścili na Wielkanoc... To byłyby wspaniałe święta - życzyła sobie, odbierając dary.
Lekarze pozwolili Monice spędzić święta w domu. Jednak podróż do Łap dziewczynka bardzo źle zniosła. Jest cała obolała. Zaraz po świętach musi wracać na oddział.
- Obawiam się, że przyczyną pogorszenia się stanu zdrowia córki są zarówno męczące podróże, jak i jej pokoik. Ona musi mieć sterylnie, a nas nie stać na remont - żali się pani Halinka.
Oprowadza nas po mieszkaniu. Pokoik dziewczynki od 20 lat nie uświadczył świeżej farby czy nowego mebla.
- Trzeba wymienić stare gumoleum, zerwać tapetę, ponad 20-letnią wersalkę zamienić na coś nowszego. Jakąś niewielką szafeczkę... ta tylko zbiera kurz - planuje Wyszyńska. Gdy Monika nie patrzy, podnosi oczy po brzegi wypełnione łzami i cichym głosem pyta: - Tylko za co?
Miejski Ośrodek Pomocy Społecznej w Łapach opiekuje się wieloma rodzinami, będącymi w równie fatalnej sytuacji. Na remont Wyszyńskim nie da, bo nie ma.
- Po zlikwidowaniu zakładów naprawczych mamy wielu podopiecznych, którzy nie mają co jeść. Brakuje nam środków, by wszystkim dać co wrzucić do garnka - przyznaje Katarzyna Żukowska-Koc z MOPS w Łapach. - Sytuację Wyszyńskich znamy, ale niestety nie jesteśmy w stanie im pomóc. Wierzę, że znajdzie się ktoś, kto indywidualnie ich wesprze.
- 1 komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
7 głosów
-
Życie, które boli
mmaciekk1
03.04.10, 22:40
boli to musi boleć»




