Po śmierci służą pomocą. Wystarczy oświadczenie
2010-04-08
, aktualizacja: 09.04.2010 09:32
Córeczko! Jak umrę, oddaj moje ciało do akademii medycznej, niech posłuży studentom - napisała pani Irena, kiedy dowiedziała się, że musi zmierzyć się z nowotworem. - OK. Przyjdę i postawię Ci świeczkę przy uczelni - odpisała córka
ZOBACZ TAKŻE
- Kościół nie jest przeciw (08-04-10, 19:51)
- Po śmierci posłuż nauce (11-03-10, 19:26)
Pani Irena z zawodu jest pielęgniarką. Rozmawialiśmy z nią przed kolejną poważną operacją.
- Nie wiem, czy przeżyję, więc chcę wszystko załatwić ostatecznie. Niech się na mnie uczą - powiedziała.
Narządów oddać nie może, bo była leczona chemią, naświetleniami... Ma nadciśnienie tętnicze i miażdżycę zarostową, która postępuje.
- Może to moje ciało się komuś jeszcze przyda. Schorowane, to schorowane, ale do lekarza zdrowi nie przychodzą - tłumaczy swoją decyzję. - To przyszło samo. Kiedy zaczęłam poważnie chorować, zaczęłam inaczej myśleć.
Pokazuje, gdzie ma wszczepioną protezę aorty, tętnic biodrowych. Trzeba wszczepiać kolejne - już w nogach.
- Kilka razy byłam ratowana, jak to się mówi, za pięć dwunasta. Gdybym nie przeżyła, wszystko poszłoby na marne. Przeżyłam może dlatego, żeby właśnie swoje ciało zostawić w spadku.
Serce trzeba wziąć do ręki
Zakład Anatomii Prawidłowej Człowieka na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku. Niemal wszędzie ustawione są naczynia z formaliną, a w nich mózgi, płuca, serca. Na stołach w salach ćwiczeń leżą spreparowane ciała, na niektórych tylko ich części. Pochylają się nad nimi studenci. Dotykają, przyglądają się. Uczą się, jak od środka wygląda ludzkie ciało.
- To jest niezbędne do tego, aby ci młodzi ludzie w przyszłości zostali fachowcami i wiedzieli, jak funkcjonuje organizm - mówi profesor Janusz Dzięcioł, kierownik zakładu. - Kiedy moi studenci pochylają się nad zwłokami, raczej nie zadają pytań, kim był ten człowiek, jaki był. Takie refleksje przychodzą z czasem. Kiedy pochylam się nad osobą, którą znałem, jest... inaczej. Tu jest ciało, które znałem za życia - profesor milknie. Do tej pory mówił i mówił. Z wielką pasją opowiadał o pozyskiwaniu ciał, o dyskretnym namawianiu. Na chwilę przestał.
- Nie mogę powiedzieć, o kogo chodzi, bo była to osoba znana w Białymstoku. Kiedy dowiedziałem się, że to jej narządy pokazuję studentom, poczułem wielki szacunek i wdzięczność - tłumaczy Janusz Dzięcioł.
Poszanowanie zwłok to podstawa.
- Ktoś, kto robi sobie z tego żarty, śmieje się na zajęciach praktycznych, studiów u mnie nie skończy - zapewnia twardo.
Na jednym ze stołów leży zbrązowiałe ciało, ktoś kto umarł kilkadziesiąt lat temu, ale do dziś uczy przyszłych lekarzy.
- Ilu już wykształcił? - zastanawia się profesor.
Nad ciałem pochyla się jeden ze studentów. Wyjmuje narządy. Najpierw fragment wątroby, śledzionę. Do ręki bierze serce. Co czuje? Nie odpowiada.
Na czas określony lub na zawsze
Wystarczy oświadczenie woli, aby ciało po śmierci trafiło do zakładu anatomii. Jedynym kryterium jest nieodpłatne przekazanie zwłok. Do tej pory w Białymstoku 12 osób złożyło oświadczenie woli. Niebawem dołączy do nich pani Irena.
- Te oświadczenia są na moim biurku, każde z nich potwierdzone notarialnie. Prawie z każdą z tych osób, która podpisała takie oświadczenie, rozmawiałem osobiście - mówi profesor Dzięcioł.
Białostocka uczelnia stara się rozpropagować donację zwłok. Studenci medycyny korzystają bowiem z preparatów, które mają kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat. Wieloletnie użytkowanie powoduje uszkodzenia mechaniczne i sprawia, że nerwy i naczynia zmieniają wygląd.
- Można oddać ciało na czas określony, to zazwyczaj są trzy lata. Po upływie tego czasu powiadamiamy osoby wskazane w akcie woli. Pochówek takiej osoby odbędzie się na koszt uczelni - tłumaczy kierownik Zakładu Anatomii Prawidłowej Człowieka. - Druga możliwość to oddanie ciała na czas nieokreślony, czyli na zawsze.
- Nie wiem, czy przeżyję, więc chcę wszystko załatwić ostatecznie. Niech się na mnie uczą - powiedziała.
Narządów oddać nie może, bo była leczona chemią, naświetleniami... Ma nadciśnienie tętnicze i miażdżycę zarostową, która postępuje.
- Może to moje ciało się komuś jeszcze przyda. Schorowane, to schorowane, ale do lekarza zdrowi nie przychodzą - tłumaczy swoją decyzję. - To przyszło samo. Kiedy zaczęłam poważnie chorować, zaczęłam inaczej myśleć.
Pokazuje, gdzie ma wszczepioną protezę aorty, tętnic biodrowych. Trzeba wszczepiać kolejne - już w nogach.
- Kilka razy byłam ratowana, jak to się mówi, za pięć dwunasta. Gdybym nie przeżyła, wszystko poszłoby na marne. Przeżyłam może dlatego, żeby właśnie swoje ciało zostawić w spadku.
Serce trzeba wziąć do ręki
Zakład Anatomii Prawidłowej Człowieka na Uniwersytecie Medycznym w Białymstoku. Niemal wszędzie ustawione są naczynia z formaliną, a w nich mózgi, płuca, serca. Na stołach w salach ćwiczeń leżą spreparowane ciała, na niektórych tylko ich części. Pochylają się nad nimi studenci. Dotykają, przyglądają się. Uczą się, jak od środka wygląda ludzkie ciało.
- To jest niezbędne do tego, aby ci młodzi ludzie w przyszłości zostali fachowcami i wiedzieli, jak funkcjonuje organizm - mówi profesor Janusz Dzięcioł, kierownik zakładu. - Kiedy moi studenci pochylają się nad zwłokami, raczej nie zadają pytań, kim był ten człowiek, jaki był. Takie refleksje przychodzą z czasem. Kiedy pochylam się nad osobą, którą znałem, jest... inaczej. Tu jest ciało, które znałem za życia - profesor milknie. Do tej pory mówił i mówił. Z wielką pasją opowiadał o pozyskiwaniu ciał, o dyskretnym namawianiu. Na chwilę przestał.
- Nie mogę powiedzieć, o kogo chodzi, bo była to osoba znana w Białymstoku. Kiedy dowiedziałem się, że to jej narządy pokazuję studentom, poczułem wielki szacunek i wdzięczność - tłumaczy Janusz Dzięcioł.
Poszanowanie zwłok to podstawa.
- Ktoś, kto robi sobie z tego żarty, śmieje się na zajęciach praktycznych, studiów u mnie nie skończy - zapewnia twardo.
Na jednym ze stołów leży zbrązowiałe ciało, ktoś kto umarł kilkadziesiąt lat temu, ale do dziś uczy przyszłych lekarzy.
- Ilu już wykształcił? - zastanawia się profesor.
Nad ciałem pochyla się jeden ze studentów. Wyjmuje narządy. Najpierw fragment wątroby, śledzionę. Do ręki bierze serce. Co czuje? Nie odpowiada.
Na czas określony lub na zawsze
Wystarczy oświadczenie woli, aby ciało po śmierci trafiło do zakładu anatomii. Jedynym kryterium jest nieodpłatne przekazanie zwłok. Do tej pory w Białymstoku 12 osób złożyło oświadczenie woli. Niebawem dołączy do nich pani Irena.
- Te oświadczenia są na moim biurku, każde z nich potwierdzone notarialnie. Prawie z każdą z tych osób, która podpisała takie oświadczenie, rozmawiałem osobiście - mówi profesor Dzięcioł.
Białostocka uczelnia stara się rozpropagować donację zwłok. Studenci medycyny korzystają bowiem z preparatów, które mają kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt lat. Wieloletnie użytkowanie powoduje uszkodzenia mechaniczne i sprawia, że nerwy i naczynia zmieniają wygląd.
- Można oddać ciało na czas określony, to zazwyczaj są trzy lata. Po upływie tego czasu powiadamiamy osoby wskazane w akcie woli. Pochówek takiej osoby odbędzie się na koszt uczelni - tłumaczy kierownik Zakładu Anatomii Prawidłowej Człowieka. - Druga możliwość to oddanie ciała na czas nieokreślony, czyli na zawsze.
Niewiele osób w ogóle wie, co to jest donacja zwłok. Większość sprzeciwia się przekazaniu ciała na materiał dydaktyczny. Chcą być normalnie pogrzebani, a nie służyć za pomoc naukową studentom.
Pani Irena wątpliwości nie miała. Kiedyś nawet poszła do zakładu anatomii i widziała te wszystkie słoiki z formaliną.
- Pomyślałam wtedy - i ja tu będę. Co prawda, jak dzwoniłam do zakładu, to pani która odebrała telefon, powiedziała do mnie - po głosie słyszę, że nie jest pani jakąś tam staruszką. Wie pani, co ci studenci robią z tymi zwłokami? Ja się nie zastanawiałam długo i odpowiedziałam: - A czy pani wie, co robią robaki z ludzkim ciałem? Jak wyłażą buzią i nosem?
Zamierza oddać siebie na trzy lata. Później chce być pochowana.
- Żeby wnuki miały gdzie przyjść, świeczkę zapalić, pomyśleć. To dla nich, tak ma być. Żeby im przykro nie było. Gdybym nie miała rodziny, to oddałabym się do tego zakładu na zawsze.
Z córką o donacji nie rozmawiała. Wysłała tylko SMS-a, kiedy ta pracowała w Niemczech.
- Ostatnio zapytałam tylko - Martuś, a jak chciałabyś mnie stamtąd zabrać - w trumnie, czy w urnie. Odpowiedziała - co by nie było, wolę w trumnie. Dalej tematu nie ciągnęłyśmy. Ona wie, że moja decyzja jest nieodwołalna.
Wykształcić dobrego lekarza
Pan Krzysztof o tym, że Uniwersytet Medyczny poszukuje ciał, dowiedział się z mediów. Zgłosił się.
- Jestem schorowany. Mam tyle chorób, że już trudno się połapać - mówi i pokazuje pokaźny skoroszyt. Historie chorób, wypisy ze szpitali i mnóstwo badań. Na końcu oświadczenie: "Po śmierci moje ciało proszę przekazać do zakładu anatomii. Proszę powiadomić moich przyjaciół". I trzy numery telefonów.
Ma 63 lata. Choruje od przeszło 30.
- Ostatnio tak mnie potraktowali w szpitalu, że szkoda gadać. W jednym mnie nie przyjęli, w innym na izbie przyjęć spędziłem kilkanaście godzin, a w efekcie otrzymałem tylko doraźną pomoc. Złagodzili mój ból, nikt leczenia się nie podjął - opowiada.
To zdarzenie przesądziło, że zaczął zastanawiać się nad donacją swojego ciała.
- Czy ono się przyda? Czy lekarze, którzy będą z niego korzystać, będą lekarzami z prawdziwego zdarzenia? Czy jak popatrzą na moje narządy, to zmienią swoje podejście do pacjenta? Zaczynam w to wątpić - mówi pan Krzysztof. Stanowczo podkreśla, że spotkał wielu lekarzy, tylko z powołaniem żadnego. - Nie wycofam się, tak tylko się zastanawiam - zapewnia.
Pani Irena wątpliwości nie miała. Kiedyś nawet poszła do zakładu anatomii i widziała te wszystkie słoiki z formaliną.
- Pomyślałam wtedy - i ja tu będę. Co prawda, jak dzwoniłam do zakładu, to pani która odebrała telefon, powiedziała do mnie - po głosie słyszę, że nie jest pani jakąś tam staruszką. Wie pani, co ci studenci robią z tymi zwłokami? Ja się nie zastanawiałam długo i odpowiedziałam: - A czy pani wie, co robią robaki z ludzkim ciałem? Jak wyłażą buzią i nosem?
Zamierza oddać siebie na trzy lata. Później chce być pochowana.
- Żeby wnuki miały gdzie przyjść, świeczkę zapalić, pomyśleć. To dla nich, tak ma być. Żeby im przykro nie było. Gdybym nie miała rodziny, to oddałabym się do tego zakładu na zawsze.
Z córką o donacji nie rozmawiała. Wysłała tylko SMS-a, kiedy ta pracowała w Niemczech.
- Ostatnio zapytałam tylko - Martuś, a jak chciałabyś mnie stamtąd zabrać - w trumnie, czy w urnie. Odpowiedziała - co by nie było, wolę w trumnie. Dalej tematu nie ciągnęłyśmy. Ona wie, że moja decyzja jest nieodwołalna.
Wykształcić dobrego lekarza
Pan Krzysztof o tym, że Uniwersytet Medyczny poszukuje ciał, dowiedział się z mediów. Zgłosił się.
- Jestem schorowany. Mam tyle chorób, że już trudno się połapać - mówi i pokazuje pokaźny skoroszyt. Historie chorób, wypisy ze szpitali i mnóstwo badań. Na końcu oświadczenie: "Po śmierci moje ciało proszę przekazać do zakładu anatomii. Proszę powiadomić moich przyjaciół". I trzy numery telefonów.
Ma 63 lata. Choruje od przeszło 30.
- Ostatnio tak mnie potraktowali w szpitalu, że szkoda gadać. W jednym mnie nie przyjęli, w innym na izbie przyjęć spędziłem kilkanaście godzin, a w efekcie otrzymałem tylko doraźną pomoc. Złagodzili mój ból, nikt leczenia się nie podjął - opowiada.
To zdarzenie przesądziło, że zaczął zastanawiać się nad donacją swojego ciała.
- Czy ono się przyda? Czy lekarze, którzy będą z niego korzystać, będą lekarzami z prawdziwego zdarzenia? Czy jak popatrzą na moje narządy, to zmienią swoje podejście do pacjenta? Zaczynam w to wątpić - mówi pan Krzysztof. Stanowczo podkreśla, że spotkał wielu lekarzy, tylko z powołaniem żadnego. - Nie wycofam się, tak tylko się zastanawiam - zapewnia.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy




