Zaczynamy tydzień. Rowerem na koniec świata
22.08.2011
, aktualizacja: 21.08.2011 17:40
Za trzy dni odlecą bociany. Ani się obejrzymy, a na srebrnych niciach unosić się będzie babie lato. Jak Wam się udały te wakacje?
Nigdy nie zapomnę pierwszego wyjazdu za granicę. Podróż autostopem do Grecji. Potem zbieranie brzoskwiń pod Salonikami i znów autostopem przez cały Peloponez. Szum sosen pod Olimpem. Zbieranie rodzynek na Krecie i mieszkanie dwa tygodnie w pieczarze pasterzy owiec. Za te wakacje dziękuję Wojtkowi, z którym wiele godzin spędziliśmy na poboczach greckich dróg.
Z Krzyśkiem pojechaliśmy autostopem do Paryża. W Niemczech zastała nas nocka. Nikt już się nie chciał zatrzymać, więc rozłożyliśmy śpiwory pod barakowozem robotników budujących drogę. Rano obudziły nas niemieckie komendy i widok gumiaków chodzących dookoła. Czuliśmy się jak czterej pancerni złapani w zasadzkę. Udało nam się jednak jakoś wyrwać z okrążenia. Do Paryża jeździłem autostopem dwukrotnie. Od tego czasu zawsze zatrzymuję auto na widok ręki wyciągniętej na poboczu. Pomóc komuś w drodze. Olbrzymia satysfakcja.
Ale czy koniecznie trzeba jechać za granicę? Kilka dni temu spotkałem kolegę. Wrócił ze spływu kajakowego Czarną Hańczą. "Nie potrafię się odnaleźć" powiedział. "Choć jestem w mieście już od kilku dni, to mam wrażenie, że nadal siedzę w kajaku. Choć mam wygodne łóżko i ciepłą pościel, najchętniej w ogrodzie rozstawiłbym namiot". To prawda najprawdziwsza - nie komfortowe hotele się wspomina, lecz najzwyklejszy namiot.
Ale czy trzeba gdzieś w ogóle wyjeżdżać? Jedne z najpiękniejszych wakacji spędziłem w mieście. Kolega zaproponował, byśmy założyli teatr. Napisaliśmy więc sztukę, w klubie garnizonowym zorganizowaliśmy salę do prób i dzień w dzień jeździliśmy na ulicę Kawaleryjską, by powtarzać w kółko te same zdania. By zrozumieć ich sens i sprawić, by widzowie na moment zapomnieli o rzeczywistości. Graliśmy potem ów spektakl na festiwalu w Warszawie, gdzie po ulewnym deszczu prosiliśmy do tańca emerytki siedzące w pierwszych rzędach. I choć tańczyliśmy w wielkich kałużach, to było cudownie. "Tak dawno nikt mnie nie prosił do tańca, że chciałam pana w rękę pocałować" szepnęła jedna z nich. Bardzo Ci, Marku za te wakacje dziękuję.
Za tydzień nasze dzieciaki wrócą do szkoły. Nauczyciel poprosi zapewne, by opisały wakacje. Niektórzy pewnie mają wspomnienia spod piramid, inni moczyli tyłki w Turcji czy Bułgarii.
Ja nigdzie w tym roku nie byłem. Nigdzie za granicę i do żadnych kurortów dzieci nie zabrałem. Ale w książce Wiktora Wołkowa "Moje łowy" przeczytaliśmy, że w miejscowości Kwik nad Śniardwami są wspaniałe zachody słońca. Pojechaliśmy zatem obejrzeć zachód słońca. Mała pusta plaża. Wśród trzcin ścieżka usypana z miliardów muszelek. "To muszelkowa ścieżka do trzcinowego królestwa" powiedziałem synowi. Zbieraliśmy muszle i słuchaliśmy, jak szeleszczą. Przyszli inni turyści. Jeden z nich poszedł w trzciny. "Jest tam co?" woła ten, co został. "Nic" odpowiada ten, który kroczył muszelkową ścieżką. Poszli sobie, nawet nie widząc, że za ich plecami zachodziło słońce.
Ostatnio wybraliśmy się na rowery. Do parku jechaliśmy chyba z godzinę. Albo nawet i półtorej. "Niezła wyprawa, co?" zapytał syn.
Jako dziecko wierzyłem, że koniec świata znajduje się w lesie za lotniskiem na Krywlanach. Myślę, że powinienem tam zabrać swoje dzieci. Pojedziemy rowerami o zachodzie słońca i może uda nam się zobaczyć mgły wstające znad łąk. Nieważne bowiem gdzie jedziesz. Magia zaczyna się tuż za progiem.
- 10 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
6 głosów
-
Zaczynamy tydzień. Rowerem na koniec świata
lo334
22.08.11, 09:03
Świetne Panie Wojtku.Pozdrawiam.»
-
Re: Zaczynamy tydzień. Rowerem na koniec świata
redakcja.bialystok
29.08.11, 10:07
Zapraszamy do udziału w akcji Włóczykije. Czekamy na opisy wędrówek i ciekawych miejsc. bialystok.gazeta.pl/bialystok/1,78942,9993949,Wloczykijstwo_dalsze_i_blizsze__Nagradzamy_relacje.html»




