Zaczynamy tydzień: wieczór u abstynenta
28.08.2011
, aktualizacja: 28.08.2011 20:24
Przed kilkoma dniami spotkałem kolegę. - Mam nową partnerkę - oznajmił - I będę z nią już do końca życia. Nie pozwala mi tylko pić alkoholu. To cukrzyca.
ZOBACZ TAKŻE
- Felieton Koronkiewicza. Zaczynamy tydzień. Łyk wolności (25-07-11, 10:55)
- Dewolaj i smalec według Koronkiewicza (25-04-10, 14:41)
Tak oto straciłem kolegę, z którym co wtorek chadzaliśmy do pewnej gospody na bardzo zacne piwko. Siadywaliśmy sobie latem pod parasolem, zimą zaś wewnątrz lokalu i przy kufelku z pianką omawialiśmy nurtujące nas problemy.
- Zapraszam na zieloną herbatę - powiedział kolega.
Usiedliśmy na drewnianej werandzie w ogrodzie. Ha! Ileż wspomnień związanych z tym miejscem! Ileż butelek piwa, wina i nalewek było tu niegdyś przez nas wysączonych! Nie kupowaliśmy bowiem cztero - czy sześciopaków. Kiedy siadaliśmy do piwa, każda butelka musiała być innego rodzaju. Każdą butelkę dzieliliśmy w szklankach na pół. Smakowaliśmy. Cmokaliśmy. Wymienialiśmy się spostrzeżeniami. Szukaliśmy różnic między browarem Kormoran a Jabłonna. Typowaliśmy najlepsze polskie piwa pszeniczne (pierwsze miejsce Piotrków Trybunalski, drugie Hel, trzeciego nie przyznaliśmy). Kiedy siadaliśmy do wina, rzędem stało 6 butelek z całego świata. My zaś po kieliszku, czasem dwóch. Pełna kultura. Od dziś jednak koniec. Kropka.
Kolega wnosi na tacy dwa dzbanki. W jednym herbata zielona z miętą na sposób marokański (ale bez cukru), w drugim rooibos. Piłem kiedyś genialną herbatę z miętą w arabskiej cukierni w Paryżu. Znakomitą herbatę miętową piłem kiedyś w Bieszczadach. Zbieraliśmy aromatyczne zioła nad strumieniem całymi naręczami. Warto pamiętać o mięcie. Świetnie udaje się na działkach.
Jako drugi napar spróbowaliśmy rooibosa. Nie mam z tym trunkiem żadnych konkretnych wspomnień. Napój pochodzi z południowej Afryki. Jego nazwa oznacza "czerwony krzew". Nie zawiera kofeiny, może być pity przed snem. Podobno zawiera sporo żelaza i obniża ciśnienie krwi. Tego wieczoru na werandzie kolegi rooibos smakował trochę jak żurawinowy kisiel. Za moment kolega wniósł trzeci dzbanek.
- Kiedyś myślałem, że picie piwa to wolność - rzekł, nalewając do filiżanek czarną herbatę z imbirem. - Mam wolny czas, mam pieniądze, więc mogę się napić. Świat jest od razu weselszy. Teraz zaś zrozumiałem, że wolność nie potrzebuje żadnych rekwizytów. Paradoksalnie moja choroba, która zabrania robić mi wielu rzeczy, tak naprawdę otworzyła mi oczy na możliwości, których do tej pory nie zauważałem lub nie doceniałem.
Herbata czarna z imbirem. Aromatyczna. Rozgrzewająca. Choć zaparzana z ekspresowej torebki. Najbardziej lubię imbir surowy. Dziwnie powyginane korzenie, które należy obrać z cienkiej skórki. Można jeść imbir surowy z kawałkiem jabłka - ale to robota dla prawdziwych twardzieli. Początkującym doradzam zatem kawałek imbiru pokroić w plasterki i dodać do herbaty. Nie ma nic bardziej rozgrzewającego podczas jesiennych czy zimowych chłodów. Jeśli postoi nieco dłużej, jeśli damy mu czas naciągnąć - również poczujemy w ustach szatana.
Siedzimy z kolegą na drewnianej werandzie. Pijemy herbatę i rozmawiamy. Zapada zmrok. Za moment wsiądę na rower i pojadę do domu. Na widok policyjnego radiowozu nie będę pocił się, by nie sprawdzali czasem mego oddechu. Nie będę drżał o swoje prawo jazdy. Rano obudzę się bez bólu głowy. I pójdę do lekarza. Może i u mnie znajdą jakąś chorobę, która zmieni moje życie na lepsze?
- Zapraszam na zieloną herbatę - powiedział kolega.
Usiedliśmy na drewnianej werandzie w ogrodzie. Ha! Ileż wspomnień związanych z tym miejscem! Ileż butelek piwa, wina i nalewek było tu niegdyś przez nas wysączonych! Nie kupowaliśmy bowiem cztero - czy sześciopaków. Kiedy siadaliśmy do piwa, każda butelka musiała być innego rodzaju. Każdą butelkę dzieliliśmy w szklankach na pół. Smakowaliśmy. Cmokaliśmy. Wymienialiśmy się spostrzeżeniami. Szukaliśmy różnic między browarem Kormoran a Jabłonna. Typowaliśmy najlepsze polskie piwa pszeniczne (pierwsze miejsce Piotrków Trybunalski, drugie Hel, trzeciego nie przyznaliśmy). Kiedy siadaliśmy do wina, rzędem stało 6 butelek z całego świata. My zaś po kieliszku, czasem dwóch. Pełna kultura. Od dziś jednak koniec. Kropka.
Kolega wnosi na tacy dwa dzbanki. W jednym herbata zielona z miętą na sposób marokański (ale bez cukru), w drugim rooibos. Piłem kiedyś genialną herbatę z miętą w arabskiej cukierni w Paryżu. Znakomitą herbatę miętową piłem kiedyś w Bieszczadach. Zbieraliśmy aromatyczne zioła nad strumieniem całymi naręczami. Warto pamiętać o mięcie. Świetnie udaje się na działkach.
Jako drugi napar spróbowaliśmy rooibosa. Nie mam z tym trunkiem żadnych konkretnych wspomnień. Napój pochodzi z południowej Afryki. Jego nazwa oznacza "czerwony krzew". Nie zawiera kofeiny, może być pity przed snem. Podobno zawiera sporo żelaza i obniża ciśnienie krwi. Tego wieczoru na werandzie kolegi rooibos smakował trochę jak żurawinowy kisiel. Za moment kolega wniósł trzeci dzbanek.
- Kiedyś myślałem, że picie piwa to wolność - rzekł, nalewając do filiżanek czarną herbatę z imbirem. - Mam wolny czas, mam pieniądze, więc mogę się napić. Świat jest od razu weselszy. Teraz zaś zrozumiałem, że wolność nie potrzebuje żadnych rekwizytów. Paradoksalnie moja choroba, która zabrania robić mi wielu rzeczy, tak naprawdę otworzyła mi oczy na możliwości, których do tej pory nie zauważałem lub nie doceniałem.
Herbata czarna z imbirem. Aromatyczna. Rozgrzewająca. Choć zaparzana z ekspresowej torebki. Najbardziej lubię imbir surowy. Dziwnie powyginane korzenie, które należy obrać z cienkiej skórki. Można jeść imbir surowy z kawałkiem jabłka - ale to robota dla prawdziwych twardzieli. Początkującym doradzam zatem kawałek imbiru pokroić w plasterki i dodać do herbaty. Nie ma nic bardziej rozgrzewającego podczas jesiennych czy zimowych chłodów. Jeśli postoi nieco dłużej, jeśli damy mu czas naciągnąć - również poczujemy w ustach szatana.
Siedzimy z kolegą na drewnianej werandzie. Pijemy herbatę i rozmawiamy. Zapada zmrok. Za moment wsiądę na rower i pojadę do domu. Na widok policyjnego radiowozu nie będę pocił się, by nie sprawdzali czasem mego oddechu. Nie będę drżał o swoje prawo jazdy. Rano obudzę się bez bólu głowy. I pójdę do lekarza. Może i u mnie znajdą jakąś chorobę, która zmieni moje życie na lepsze?
- 22 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
12 głosów
-
Zaczynamy tydzień: wieczór u abstynenta
wiesiek4g
29.08.11, 13:45
tłumaczę sobie, że do pewnych miejsc już nie wrócę, nie musi boleć bo pełno jeszcze miejsc nowych, do których dotrzeć muszę to doświadczenie zmiany to zapowiedź innych wzruszeń, w dal polecę»
-
Re: Zaczynamy tydzień: wieczór u abstynenta
w.koronkiewicz
29.08.11, 16:20
to ładne co napisałeś wieśku.rzeczywiście tak jest. znam także kilka osób, które egzystują w zaklętym kręgu. ciągle ta sama knajpa, ten sam stolik. od wielu wielu lat. kiedy wyjeżdżałem do »




