Lekarz krzyczał i popychał. Dla dobra dziecka?
26.10.2011
, aktualizacja: 26.10.2011 19:06
- "Pan doktor" popchnął moją córkę tak, że upadła na leżankę, potraktował jak rzecz, krzyczał - tak wizytę w przychodni Prima Med. opisuje Anna Wójcik. Trafiła tam ze swoją córka Ewą, kiedy ta złamała nogę. - Nie mam sobie nic do zarzucenia. Nie musiałem zajmować się tym dzieckiem w ogóle - odpowiada na zarzuty Ireneusz Magnuszewski, ortopeda
Rzecznik praw pacjenta w tym przypadku mówi o naruszeniu praw małej Ewy.
Nasza Czytelniczka do przychodni ortopedycznej trafiła z rekomendacji lekarza rodzinnego 4 października. Jej niespełna czteroletnia córka złamała nogę w przedszkolu. Było to złamanie z przemieszczeniem.
- Razem z nami do tej przychodni pojechała również moja teściowa - emerytowana lekarka. Lekarz obejrzał nogę Ewy i skierował ją na rtg. Później powiedział nam, że nogę trzeba nastawić i założyć duży, ciężki gips na pięć-sześć tygodni. Na moje (laika) pytanie o to, czy nie dałoby się zastąpić ciężkiego lżejszym, odpowiedział, okazując zniecierpliwienie, że "przecież to duża kość!" i bez żadnych dodatkowych wyjaśnień wysłał nas do gipsowni - opowiada zbulwersowana Anna Wójcik.
A w gipsowni z Ewą została babcia. Mamę wyproszono.
- Po chwili jednak usłyszałam podniesiony głos lekarza Magnuszewskiego i zawołano mnie z powrotem do środka. Zobaczyłam, że babcia trzyma na rękach płaczącą Ewę, której puchła nóżka. Lekarz w tym czasie zdjął rękawiczki chirurgiczne, rzucił nimi i krzyczał. Że on "nie ma obowiązku przyjmowania dziecka i pomagania mu, może wypisać skierowanie do DSK, a tam poskładają pod narkozą i tydzień nie zobaczymy córki, bo ją zostawią na obserwacji". Dodał jeszcze, mówiąc bardzo podniesionym tonem: "Babcia ma wyjść, bo nic nie będę robił". Na sugestię, że babcia jest lekarzem i naprawdę wie, jak się zachować w takiej sytuacji, ogromnie się zdenerwował i zagroził, że nic nie będzie robił.
Jak twierdzi babcia dziewczynki, lekarz zdenerwował się, ponieważ zwróciła mu uwagę w momencie, kiedy popchnął dziewczynkę, żądając, aby się położyła na leżance. Dalej z opisu kobiet wynika, że sytuacja bardzo się zaogniła.
- Lekarz nie chciał zrozumieć, że Ewa bardzo się bała. Jednak zależało nam na jak najszybszym rozwiązaniu sprawy, więc zgodziłyśmy się z babcią na wyjście za drzwi - ciągnie Anna Wójcik. - Niemal od razu usłyszałyśmy nieziemski krzyk dziecka. Po kilku minutach, kiedy pozwolono nam wejść do środka, córka miała już niemal zagipsowaną nogę. Lekarz Magnuszewski zasugerował, żebym poszła z nim do gabinetu, po to, by mógł przekazać istotne informacje. Od wejścia jednak zaczął na mnie krzyczeć. Zwróciłam mu uwagę, że nie życzę sobie takiego tonu. Na moją sugestię, że powinien wcześniej poinformować nas, że dziecko do nastawienia nogi powinno chwilę zostać samo, odpowiedział, że przecież mówił to od początku. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy lekarz musi być miły, ale w tym przypadku chodziło o dziecko. Przyszłyśmy przecież do poradni dziecięcej.
Skontaktowaliśmy się doktorem Ireneuszem Magnuszewskim, który twierdzi, że nie ma sobie nic do zarzucenia.
- Nikogo nie popychałem, nie krzyczałem. To raczej te panie się tutaj awanturowały. Zarzuciły mi, że popycham, a ja tylko przytrzymywałem dziewczynkę, aby nie wstawała z leżanki. Nie zgodziłem się na to, aby były przy nastawianiu i gipsowaniu. Z doświadczenia wiem, że dziecko się uspokaja, kiedy nie ma rodziców. Tu pracują pielęgniarki, które potrafią zagadać dziecko, uspokoić. Maluch, jak widzi mamę, to się wyrywa. To, że w gabinecie dziecko zostaje samo, to jest tylko dla jego dobra - tłumaczył się lekarz. - Ja nie miałem żadnego obowiązku, by się tym dzieckiem zajmować. Ja nic nie muszę. Skoro paniom nie odpowiadało, to proponowałem wypisanie do szpitala. Lekki gips? W tym przypadku było to nieuzasadnione.
Anna Wójcik swoją skargę wysłała już do rzecznika praw pacjenta, do centrali NFZ i do Okręgowej Izby Lekarskiej w Białymstoku.
Jak na razie swoje stanowisko zajęła Krystyna Kozłowska, rzecznik praw pacjenta.
- Już wpłynął do nas wniosek matki dziewczynki i będę prowadziła w tej kwestii postępowanie wyjaśniające - zapewniła Kozłowska. Dodała, że ze wstępnego opisu wynika, że najprawdopodobniej doszło do naruszenia praw pacjenta.
Rzecznik odpowiedzialności zawodowej, który działa przy Okręgowej Izbie Lekarskiej w Białymstoku, również zapowiedział, że nadaje sprawie bieg.
- Jednak nie będzie to sprawa, którą da się rozpatrzyć szybko. Ustawowo jest na to sześć miesięcy. W tym czasie trzeba uzyskać dokumentację z przychodni, trzeba przesłuchać strony - powiedział Anatol Aksiucik, rzecznik odpowiedzialności zawodowej.
Nasza Czytelniczka do przychodni ortopedycznej trafiła z rekomendacji lekarza rodzinnego 4 października. Jej niespełna czteroletnia córka złamała nogę w przedszkolu. Było to złamanie z przemieszczeniem.
- Razem z nami do tej przychodni pojechała również moja teściowa - emerytowana lekarka. Lekarz obejrzał nogę Ewy i skierował ją na rtg. Później powiedział nam, że nogę trzeba nastawić i założyć duży, ciężki gips na pięć-sześć tygodni. Na moje (laika) pytanie o to, czy nie dałoby się zastąpić ciężkiego lżejszym, odpowiedział, okazując zniecierpliwienie, że "przecież to duża kość!" i bez żadnych dodatkowych wyjaśnień wysłał nas do gipsowni - opowiada zbulwersowana Anna Wójcik.
A w gipsowni z Ewą została babcia. Mamę wyproszono.
- Po chwili jednak usłyszałam podniesiony głos lekarza Magnuszewskiego i zawołano mnie z powrotem do środka. Zobaczyłam, że babcia trzyma na rękach płaczącą Ewę, której puchła nóżka. Lekarz w tym czasie zdjął rękawiczki chirurgiczne, rzucił nimi i krzyczał. Że on "nie ma obowiązku przyjmowania dziecka i pomagania mu, może wypisać skierowanie do DSK, a tam poskładają pod narkozą i tydzień nie zobaczymy córki, bo ją zostawią na obserwacji". Dodał jeszcze, mówiąc bardzo podniesionym tonem: "Babcia ma wyjść, bo nic nie będę robił". Na sugestię, że babcia jest lekarzem i naprawdę wie, jak się zachować w takiej sytuacji, ogromnie się zdenerwował i zagroził, że nic nie będzie robił.
Jak twierdzi babcia dziewczynki, lekarz zdenerwował się, ponieważ zwróciła mu uwagę w momencie, kiedy popchnął dziewczynkę, żądając, aby się położyła na leżance. Dalej z opisu kobiet wynika, że sytuacja bardzo się zaogniła.
- Lekarz nie chciał zrozumieć, że Ewa bardzo się bała. Jednak zależało nam na jak najszybszym rozwiązaniu sprawy, więc zgodziłyśmy się z babcią na wyjście za drzwi - ciągnie Anna Wójcik. - Niemal od razu usłyszałyśmy nieziemski krzyk dziecka. Po kilku minutach, kiedy pozwolono nam wejść do środka, córka miała już niemal zagipsowaną nogę. Lekarz Magnuszewski zasugerował, żebym poszła z nim do gabinetu, po to, by mógł przekazać istotne informacje. Od wejścia jednak zaczął na mnie krzyczeć. Zwróciłam mu uwagę, że nie życzę sobie takiego tonu. Na moją sugestię, że powinien wcześniej poinformować nas, że dziecko do nastawienia nogi powinno chwilę zostać samo, odpowiedział, że przecież mówił to od początku. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy lekarz musi być miły, ale w tym przypadku chodziło o dziecko. Przyszłyśmy przecież do poradni dziecięcej.
Skontaktowaliśmy się doktorem Ireneuszem Magnuszewskim, który twierdzi, że nie ma sobie nic do zarzucenia.
- Nikogo nie popychałem, nie krzyczałem. To raczej te panie się tutaj awanturowały. Zarzuciły mi, że popycham, a ja tylko przytrzymywałem dziewczynkę, aby nie wstawała z leżanki. Nie zgodziłem się na to, aby były przy nastawianiu i gipsowaniu. Z doświadczenia wiem, że dziecko się uspokaja, kiedy nie ma rodziców. Tu pracują pielęgniarki, które potrafią zagadać dziecko, uspokoić. Maluch, jak widzi mamę, to się wyrywa. To, że w gabinecie dziecko zostaje samo, to jest tylko dla jego dobra - tłumaczył się lekarz. - Ja nie miałem żadnego obowiązku, by się tym dzieckiem zajmować. Ja nic nie muszę. Skoro paniom nie odpowiadało, to proponowałem wypisanie do szpitala. Lekki gips? W tym przypadku było to nieuzasadnione.
Anna Wójcik swoją skargę wysłała już do rzecznika praw pacjenta, do centrali NFZ i do Okręgowej Izby Lekarskiej w Białymstoku.
Jak na razie swoje stanowisko zajęła Krystyna Kozłowska, rzecznik praw pacjenta.
- Już wpłynął do nas wniosek matki dziewczynki i będę prowadziła w tej kwestii postępowanie wyjaśniające - zapewniła Kozłowska. Dodała, że ze wstępnego opisu wynika, że najprawdopodobniej doszło do naruszenia praw pacjenta.
Rzecznik odpowiedzialności zawodowej, który działa przy Okręgowej Izbie Lekarskiej w Białymstoku, również zapowiedział, że nadaje sprawie bieg.
- Jednak nie będzie to sprawa, którą da się rozpatrzyć szybko. Ustawowo jest na to sześć miesięcy. W tym czasie trzeba uzyskać dokumentację z przychodni, trzeba przesłuchać strony - powiedział Anatol Aksiucik, rzecznik odpowiedzialności zawodowej.
- 34 komentarze
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
21 głosów
-
Lekarz krzyczał i popychał. Dla dobra dziecka?
brutt
26.10.11, 22:43
Jeli to prawda, to Polska to dziki kraj. Lekarz zajmujący się dziećmi powinien być troskliwy i wyrozumiały, a nie nadętym bufonem!»
-
Lekarz krzyczał i popychał. Dla dobra dziecka?
kobra1956
27.10.11, 05:05
Trzeba było zadzwonić po męża..Przyszedł by.Dał by w ryja chamowi bo na chamstwo tylko chamstwo...Nie może taki cham zrozumieć,że to my-podatnicy go utrzymujemy a nie on nas..My go »
-
Lekarz krzyczał i popychał. Dla dobra dziecka?
lo334
27.10.11, 10:00
A bohaterka z artykułu to nie przypadkiem rzecznika straży granicznej w Bstoku major Anna Wójcik???»




