Do kogo należy przestrzeń? Polski outdoor
28.11.2011
, aktualizacja: 27.11.2011 15:00
Wojciech Koronkiewicz i jego poniedziałkowy felieton. Tym razem pisze o reklamowej pstrokaciźnie, dziewczynie ze zniewalającym uśmiechem, politykach
Od niezwykłej dziewczyny dostałem niezwykłą książkę. Dziewczyna ma marchewkowe włosy i uśmiech, który powala facetów na kolana. Fascynują ją motywy tradycyjnych polskich koronek. Odbija je pod postacią szablonów lub przykleja ich gliniane kopie na światowych festiwalach street artu. Znana jest pod pseudonimem Nespoon Polska. Nespoon wierzy, że nasze codzienne życiowe decyzje i wybory są w stanie zmienić oblicze świata. Dlatego segreguje odpady i nie kupuje wody w sklepie. Woda z kranu wystarcza jej w zupełności. Nespoon walczy też o przestrzeń.
Książka, którą mi podarowała nosi tytuł "Polski outdoor". Jest to album ukazujący w jaki sposób reklamy zdominowały polski krajobraz. Wielkie billboardy na krakowskim rynku, warszawskim Trakcie Królewskim, na kamieniczkach Wrocławia, Gdańska, drewnianych perełkach Zakopanego. Wielkie dmuchane banery na polskich plażach i na wyciągach krzesełkowych w Tatrach. Na muzeach i obiektach sakralnych. Wszędzie. Reklamy wielkopowierzchniowe i szmaty wywieszane na balkonach. Wlepki na słupach i drogowych znakach. Reklamy legalne, półlegalne i kompletnie nielegalne. Kicz, pstrokacizna, syf.
Oglądanie tego albumu początkowo śmieszy. Bo nagromadzenie reklam przedstawionych na zdjęciach niekiedy jest tak wielkie, jakbyśmy stanęli przed bramą bazaru przy Kawaleryjskiej. Albo przed budynkiem pawilonów handlowych na Wyszyńskiego, pawilonów przy Mieszka, przy drewnianym budynku na Kopernika. O rany! W albumie nie ma zdjęć z Białegostoku, ale takie klimaty doskonale przecież znamy. One są obecne również u nas!
Każdy właściciel sklepu chce, by jego reklama była największa, by rzucała się jak najbardziej w oczy. W rezultacie budynku nie widać praktycznie spod kolorowej pstrokacizny. Obok budynku stoi wielki ekran, na którym wyświetlane są reklamy elektroniczne. Pod budynkiem i migającym ekranem przejeżdża oklejony reklamami autobus. Zaklejone ma nawet okna.
No i co z tego? Co komu przeszkadzają te reklamy? Jak się nie podoba, to wystarczy nie patrzeć. Otóż to. Coraz trudniej znaleźć bowiem w naszym kraju miejsce, które jest od reklam wolne. W którym cieszyć się możemy pięknem krajobrazu lub architektonicznym kunsztem.
Rozumiem, że właściciele posesji sprzedają powierzchnie reklamowe na swoich płotach czy budynkach, bo dzięki temu zarobić mogą kilkaset złotych rocznie. Rozumiem, że agencje reklamowe wykorzystują takie powierzchnie, bo dzięki temu zarobią kilkaset tysięcy złotych. Nie rozumiem natomiast, dlaczego mam żyć w mieście bazarze? Wypoczywać na plaży banerów i w oplakatowanych górach. Dlaczego o wyglądzie polskich miast, miasteczek i poboczy decyduje żądza zysku?
Jeśli nie mam ochoty na reklamę w telewizji, przełączam na inny program lub wyłączam odbiornik. Widoku za oknem nie przełączę.
Album "Polski outdoor" zamieszcza wypowiedź Wojciecha Eichelbergera. O tym że człowiek żyje w trzech przestrzeniach. Wewnętrznej ciała i umysłu, prywatnej czyli w mieszkaniu, oraz w publicznej. Wszystkie owe przestrzenie na siebie wpływają. Eichelberger twierdzi, że przestrzeń publiczna "odzwierciedla demokratycznie uśredniony stan naszych umysłów, czyli większości ludzi ją zamieszkujących(...) jest więc fotografią stanu umysłu większości z nas: cenionych przez nas wartości, preferowanych emocji, motywacji, symboli a także ulubionej estetyki".
Moje pytanie zatem brzmi: czy chcemy żyć na bazarze? Czy to jest system naszych wartości?
PS. Panowie politycy, od wyborów minęło już kilka miesięcy. Może pora zdjąć z ulic Wasze podobizny?
Książka, którą mi podarowała nosi tytuł "Polski outdoor". Jest to album ukazujący w jaki sposób reklamy zdominowały polski krajobraz. Wielkie billboardy na krakowskim rynku, warszawskim Trakcie Królewskim, na kamieniczkach Wrocławia, Gdańska, drewnianych perełkach Zakopanego. Wielkie dmuchane banery na polskich plażach i na wyciągach krzesełkowych w Tatrach. Na muzeach i obiektach sakralnych. Wszędzie. Reklamy wielkopowierzchniowe i szmaty wywieszane na balkonach. Wlepki na słupach i drogowych znakach. Reklamy legalne, półlegalne i kompletnie nielegalne. Kicz, pstrokacizna, syf.
Oglądanie tego albumu początkowo śmieszy. Bo nagromadzenie reklam przedstawionych na zdjęciach niekiedy jest tak wielkie, jakbyśmy stanęli przed bramą bazaru przy Kawaleryjskiej. Albo przed budynkiem pawilonów handlowych na Wyszyńskiego, pawilonów przy Mieszka, przy drewnianym budynku na Kopernika. O rany! W albumie nie ma zdjęć z Białegostoku, ale takie klimaty doskonale przecież znamy. One są obecne również u nas!
Każdy właściciel sklepu chce, by jego reklama była największa, by rzucała się jak najbardziej w oczy. W rezultacie budynku nie widać praktycznie spod kolorowej pstrokacizny. Obok budynku stoi wielki ekran, na którym wyświetlane są reklamy elektroniczne. Pod budynkiem i migającym ekranem przejeżdża oklejony reklamami autobus. Zaklejone ma nawet okna.
No i co z tego? Co komu przeszkadzają te reklamy? Jak się nie podoba, to wystarczy nie patrzeć. Otóż to. Coraz trudniej znaleźć bowiem w naszym kraju miejsce, które jest od reklam wolne. W którym cieszyć się możemy pięknem krajobrazu lub architektonicznym kunsztem.
Rozumiem, że właściciele posesji sprzedają powierzchnie reklamowe na swoich płotach czy budynkach, bo dzięki temu zarobić mogą kilkaset złotych rocznie. Rozumiem, że agencje reklamowe wykorzystują takie powierzchnie, bo dzięki temu zarobią kilkaset tysięcy złotych. Nie rozumiem natomiast, dlaczego mam żyć w mieście bazarze? Wypoczywać na plaży banerów i w oplakatowanych górach. Dlaczego o wyglądzie polskich miast, miasteczek i poboczy decyduje żądza zysku?
Jeśli nie mam ochoty na reklamę w telewizji, przełączam na inny program lub wyłączam odbiornik. Widoku za oknem nie przełączę.
Album "Polski outdoor" zamieszcza wypowiedź Wojciecha Eichelbergera. O tym że człowiek żyje w trzech przestrzeniach. Wewnętrznej ciała i umysłu, prywatnej czyli w mieszkaniu, oraz w publicznej. Wszystkie owe przestrzenie na siebie wpływają. Eichelberger twierdzi, że przestrzeń publiczna "odzwierciedla demokratycznie uśredniony stan naszych umysłów, czyli większości ludzi ją zamieszkujących(...) jest więc fotografią stanu umysłu większości z nas: cenionych przez nas wartości, preferowanych emocji, motywacji, symboli a także ulubionej estetyki".
Moje pytanie zatem brzmi: czy chcemy żyć na bazarze? Czy to jest system naszych wartości?
PS. Panowie politycy, od wyborów minęło już kilka miesięcy. Może pora zdjąć z ulic Wasze podobizny?
- 29 komentarzy
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
7 głosów
-
Do kogo należy przestrzeń? Polski outdoor
w.koronkiewicz
28.11.11, 15:05
szedłem dziś ulicą Młynową i na budynku zabytkowej synagogi przy Pięknej zauważyłem reklamę jednego z deweloperów. podobno konserwator zabytków nakazał zdjęcie tego napisu. czyżby coś się »




