Białystok zaklęty w 35 milimetrach. Codzienność w spacerach, żartach, w ogrodzie

Jakub Medek
24.12.2011 , aktualizacja: 23.12.2011 16:45
A A A Drukuj
Pochody, akademie, choinki. Drewniane domy ustępujące blokom. Codzienność w spacerach, żartach, w ogrodzie - kilkadziesiąt klisz, kilkaset zdjęć. Edward Mical, ich autor, uchwycił w obiektywie jak zmieniał się Białystok w latach 40, 50 i 60 ubiegłego wieku
Fotografował Eugeniusz Mical
Fot. Edward Mical
Fotografował Eugeniusz Mical
- Najprościej było to wszystko wyrzucić. Ale przecież na tych filmach utrwalony jest kawałek historii naszego miasta. Zaniosłam więc pudełko z kliszami ojca do Muzeum Wojska. Żeby się tym, co widział przez obiektyw, podzielić z innymi - wspomina Anna Mical, szczupła starsza pani. Siedzimy przy dużym okrągłym stole, pijemy herbatę. Wyświetlane na monitorze fotografie, zeskanowane z przekazanych muzealnikom negatywów, wywołują śmiech pani Anny, czasem chwile zadumy. Z pojedynczych klatek i towarzyszących im anegdot wyłania się powoli historia rodziny Micalów. A razem z nią historia miasta w którym żyli. I jeszcze ta historia największa, ta o której czytamy w podręcznikach.

FOTOGRAFIE. Święta, uroczystości, pochody



Autor większości zdjęć, Edward Mical przyszedł na świat w 1905 roku, nad Morzem Czarnym, w Odessie. Jego rodzice, Polacy, pochodzili z Wilna. Do odradzającej się Rzeczpospolitej wrócili już po rewolucji, w 1920. W końcu ojciec trafił do Białegostoku, gdzie poznał Józefę. Ich córka - właśnie pani Anna, przyszła na świat na kilka miesięcy przed wybuchem wojny.

- Ojciec miał duszę artysty. Rysował, malował, chodził nawet w Odessie do szkoły plastycznej. Ale zdaniem dziadka pacykarz to żaden zawód, został więc w końcu księgowym. Mama też była księgową. Całe moje dzieciństwo upłynęło pod znakiem szukania grosza w bilansie i wielkich płacht do kalkulacji. Nienawidziłam tego, więc kiedy wybierałam sobie szkołę, w sumie było mi wszystko jedno jaką, byle nie handlową - wspomina pani Anna.

ARCHITEKTURA w obiektywie Micala



Trafiła do "II ligi osłów", potem do szkoły pielęgniarskiej, po kilku latach pracy w tym zawodzie skończyła biologię.

- Z postaci historycznych najbardziej lubiłam Lukrecję Borgię. Zostałam więc toksykologiem - śmieje się.

Dzieciństwo i młodość pani Annie minęły na włóczęgach z ojcem, który był, jak ujmuje to jego córka, urodzonym łazikiem:

- Gdyby mógł, zawędrował by pieszo na księżyc. Często wybieraliśmy się na wycieczki rowerowe, przebiegające zwykle według scenariusza "zobaczmy dokąd prowadzi ta droga".



W wycieczkach zwykle towarzyszył im aparat. Aparat ojciec zabierał też często do pracy. A te, jako brat pilota który walczył z Niemcami na Zachodzie, musiał zmieniać nader często.

- Zapamiętałam roszarnię lnu, w miejscu dzisiejszego Biawaru. Był tam taki śmieszny wozak, którego koń sam chodził na kufel piwa do pobliskiego sklepiku. I Państwową Inspekcję Handlową, której filia mieściła się w okolicach św. Rocha - wspomina miejsca pracy swojego ojca pani Anna.

FOTOGRAFIE. Praca i odpoczynek. Cały nasz ówczesny świat



Pan Edward był fotografem wszechstronnym, z zacięciem dokumentalisty. Trenujące biegi na Zwierzyńcu kobiety. Akademie i pochody. Budowa sądów i gmachu komitetu przy dzisiejszym Placu Uniwersyteckim, a początku ulicy, na której "rządzono, sądzono i wykańczano". Rodzinny spacer, szczekający Bary, kobiety stojące w zbożu. Prace społeczne. Chwile w ogrodzie w nieistniejącym już domu, przy nieistniejącej ulicy Krzywej.

- Po prostu cały nasz ówczesny świat - podsumowuje pani Anna.

Przechowujecie stare fotografie, chcecie się nimi podzielić? Przyślijcie je lub przynieście do redakcji. Nasze adresy: redakcja@bialystok.agora.pl, lub ul. Branickiego 17A



Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • Dodaj komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy