Białowieska klęska, czyli o próbach powiększenia Parku
2010-01-03
, aktualizacja: 04.01.2010 10:09
Podjęte przez ministerstwo środowiska próby poszerzenia Białowieskiego Parku Narodowego zmierzają w stronę spektakularnej klapy. Za taki stan rzeczy z jednej strony odpowiadają lokalni samorządowcy - krótkowzroczni, roszczeniowi, w wielu wypadkach kierujący się prywatnym interesem. Z drugiej - sam resort, który - zwłaszcza w ostatnim czasie - robi wszystko, by mu się nie udało.
ZOBACZ TAKŻE
- Puszcza: Greenpeace kontroluje leśników (16-02-11, 20:36)
- Greenpeace kontynuuje protest. Warszawa (12-08-10, 10:04)
- W Puszczy Białowieskiej grożą śmiercią ekologom (04-05-10, 12:48)
Pół roku temu minister środowiska Maciej Nowicki wystąpił z propozycją powiększenia Białowieskiego Parku Narodowego w taki sposób, by zamiast 16 procent powierzchni polskiej części puszczy - objął on jej połowę. Wydawało się, że realizacja takiego pomysłu nie nastręczy żadnych trudności. Co prawda resort musiał uzyskać zgodę miejscowych gmin, ale z czysto zdroworozsądkowego punktu widzenia powinno to być czystą formalnością.
Wszak ledwie kilka miesięcy wcześniej lokalne samorządy zakończyły spektakularne starania o zaliczenie białowieskich ostępów w grono przyrodniczych cudów świata. Sama Białowieża aktywnie włączyła się w obchody 600-lecia ochrony Puszczy. Do tego minister w zamian za zgodę na poszerzenie parku zaproponował gminom 100 milionów bezzwrotnych dotacji. A to kwota stanowiąca wielokrotność lokalnych budżetów. Ponadto istniała realna szansa, że za tymi pieniędzmi pójdą następne, chociażby w infrastrukturalnych inwestycjach. Wydawało się też, że plan popierają administrujące obecnie większą częścią Puszczy Lasy Państwowe. Tutejsze nadleśnictwa od lat przynoszą wielomilionowe straty a nieustające spory z ekologami o niemalże każde wycięte drzewo szkodzą wizerunkowi leśników.
Sukces czyli klęska
Okazało się jednak, że rzeczywistość a zdrowy rozsądek to dwie różne rzeczy. Samorządy co prawda chętnie promują się Puszczą jako ostatnim naturalnym lasem Europy, poprawienie poziomu jego ochrony uważają jednak za rzecz całkowicie zbędną. Pół roku po rozpoczęciu negocjacji z resortem, po przedstawieniu kuriozalnych i niewykonalnych żądań w stylu likwidacji obszarów Natura 2000 na puszczańskich polanach, gminy przystały łaskawie na możliwość poszerzenia parku nie o planowanych 20, ale zaledwie o 8 tysięcy hektarów. Resort przedstawia ten wynik jako wielki sukces, podkreślając, że poszerzenie według takiego scenariusza niemalże podwoiłoby obecną powierzchnię parku, który w tej chwili zajmuje nieco ponad 10 tysięcy hektarów. Gdy jednak przyjrzeć się propozycji gmin dokładniej, widać że przy maksimum dobrej woli sukcesem nazwać się jej nie da. Widać też, że wyłącznie leżąca w północnej części Puszczy Narewka podeszła do rozmów z resortem na poważnie. Z owych ośmiu tysięcy hektarów bowiem niemalże cztery to właśnie jej propozycja. Z tych czterech tylko półtora tysiąca to istniejące poza parkiem rezerwaty, więc obszary już chronione. Całość terenów zaś przylega do parku.
Gminy Białowieża i Hajnówka zaproponowały natomiast po około dwa tysiące hektarów. Tyle że w jednym i drugim wypadku przytłaczającą większość tych terenów stanowią istniejące rezerwaty przyrody. W istocie więc Białowieża zgadza się na poprawę ochrony 400 hektarów lasu, Hajnówka - 600. Do tego w znacznej mierze chodzi o tereny położone na południu Puszczy, prawie dziesięć kilometrów od parku. Nie ma więc mowy o jego terytorialnej integralności.
W tej sytuacji pojawia się pytanie, za co Hajnówka i Białowieża miałyby dostać dotacje. Jedyna realna strata jaką samorządy poniosłyby w wyniku poszerzenia parku, to wpływy z podatku leśnego. Nie są one duże - np. Białowieża, której roczny budżet oscyluje między 7 a 120 milionami i której 95 procent powierzchni zajmują należące do państwa lasy, dostaje z tego tytułu około 300 tysięcy złotych rocznie. Gdyby parkiem objąć cały niechroniony obecnie teren gminy (około 10 tysięcy ha), wpływy z tego tytułu spadłyby o połowę - za parki narodowe i rezerwaty państwo płaci połowę taksy. Jeśli jednak gmina zgadza się na poprawę ochrony de facto 400 hektarów lasu, spadek wpływów z podatku leśnego można liczyć w tysiącach złotych. Tymczasem ministerstwo zamierzało Białowieży przyznać ponad 30 milionów dotacji.
Ministerstwo sabotuje samo siebie
Zagadkowa jest postawa samego ministerstwa. Jego urzędnicy wciąż utrzymują, że zależy im na poszerzeniu parku. Negocjacje w tej sprawie powierzono jednak głównemu konserwatorowi przyrody Januszowi Zaleskiemu, który do resortu przyszedł z Lasów Państwowych i nigdy nie ukrywał, że po zakończeniu przygody z ministerstwem środowiska do Lasów zamierza wrócić. Według prawa parki narodowe i Lasy Państwowe podlegają ministerstwu, w obu instytucjach to minister powołuje dyrektorów. Teoretycznie więc poszerzenie parku nie powinno nastręczać resortowi żadnych trudności. Wszak minister po prostu przekazuje tereny zarządzane przez jednego ze swoich administratorów administratorowi drugiemu. W praktyce jednak, z niepojętych zupełnie powodów resort z podlegającymi mu Lasami Państwowymi w sprawie poszerzenia parku narodowego, postępuje nie jak z podwładnym, ale jak z silniejszym partnerem.
W dodatku wiceminister Zaleski zachowuje się chwilami tak, jakby nie był reprezentantem chcącego poszerzyć park narodowy resortu, ale wciąż pracownikiem Lasów Państwowych albo przedstawicielem samorządów. Tak było na przykład podczas grudniowego posiedzenia senackiej komisji ochrony środowiska, gdzie wiceminister obszernie i z ogromnym zaangażowaniem objaśniał senatorom obiekcje Lasów Państwowych i samorządów wobec poszerzenia parku.
W poszukiwaniu kozła ofiarnego
Ten sam wiceminister publicznie już wskazuje winnych ewentualnego niepowodzenia negocjacji. W pierwszym rzędzie jest więc to odwołana miesiąc temu dyrektor Białowieskiego Parku Narodowego Małgorzata Karaś. Oficjalnie usunięto ją m.in. za brak zaangażowania w ministerialne plany. Tyle że jako pracownik ministerstwa bez polecenia z góry w nic się angażować nie mogła. A takiego polecenia nigdy nie otrzymała. To prawda że Małgorzata Karaś równocześnie jest oskarżoną w procesie byłego dyrektora parku Józefa P. a w BPN pod jej rządami panowała fatalna atmosfera. Tyle że o tym resort wie od kilkunastu miesięcy i do tej pory nikomu to nie przeszkadzało. Najwidoczniej przeszkadzały natomiast ministerstwu proekologiczne inicjatywy dyrektor BPN. Jej wniosek o utworzenie strefy wolnej od polowań wzdłuż granic parku, chociaż do jego wprowadzenia wystarczy tylko podpis Zaleskiego, od ponad roku leży w resorcie.
Kolejnym winnym ewentualnego niepowodzenia negocjacji o poszerzenie są według Zaleskiego ekolodzy z Pracowni na Rzecz Wszystkich Istot. Kilka tygodni temu w branżowym czasopiśmie leśników "Las Polski" wiceminister Zaleski sformułował absurdalną tezę, że z samorządami nie można się dogadać, bo czują się urażone wydanym przez Pracownię ponad rok temu komiksem "Blues Żubra". Kłopot w tym, że wyjątkowo zjadliwie i mocno przerysowujący podejście samorządów i leśników do Puszczy komiks wydano w niewielkim nakładzie na wiele miesięcy przed rozpoczęciem rozmów o poszerzeniu. Sami ekolodzy, nie tylko zresztą z Pracowni, do tych rozmów nie zostali w ogóle dopuszczeni.
W stosunku do przedstawicieli Lasów Państwowych resort jest znacznie wyrozumialszy. Wiosną tego roku, za rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji na temat parku narodowego ze stanowiska usunięto zastępcę nadleśniczego z Białowieży Andrzeja Antczaka, jednego z głównych przeciwników poszerzania. Za jego zachowanie pracowników parku przepraszał wówczas listownie dyrektor regionalnej dyrekcji Lasów. Nie minęło kilka miesięcy a Andrzej Antczak po cichu wrócił do łask.
Resort nic też nie robi w sprawie pracowników nadleśnictw Białowieża i Hajnówka, będących równocześnie gminnymi radnymi. A to właśnie oni w negocjacjach z ministerstwem - więc własnym pracodawcą - najaktywniej zwalczają jego pomysły. Mają w tym zresztą własny interes. Po poszerzeniu parku musieliby do niego przejść. A płace są niższe niż w Lasach Państwowych.
Na każdym kroku krytykujemy Białoruś. Tymczasem to właśnie na Białorusi Aleksander Łukaszenka powiększa właśnie w znaczący sposób powierzchnię obszaru ochrony ścisłej w swojej części Puszczy Białowieskiej. I nawet jeśli jego ochrona daleka jest od ideału, to jest. U nas, w demokratycznym i cywilizowanym kraju, kolejna próba poszerzenie parku narodowego, którym chwalimy się na całym świecie, upada z powodu prywaty w samorządach i bałaganu w ministerstwie środowiska.
Wszak ledwie kilka miesięcy wcześniej lokalne samorządy zakończyły spektakularne starania o zaliczenie białowieskich ostępów w grono przyrodniczych cudów świata. Sama Białowieża aktywnie włączyła się w obchody 600-lecia ochrony Puszczy. Do tego minister w zamian za zgodę na poszerzenie parku zaproponował gminom 100 milionów bezzwrotnych dotacji. A to kwota stanowiąca wielokrotność lokalnych budżetów. Ponadto istniała realna szansa, że za tymi pieniędzmi pójdą następne, chociażby w infrastrukturalnych inwestycjach. Wydawało się też, że plan popierają administrujące obecnie większą częścią Puszczy Lasy Państwowe. Tutejsze nadleśnictwa od lat przynoszą wielomilionowe straty a nieustające spory z ekologami o niemalże każde wycięte drzewo szkodzą wizerunkowi leśników.
Sukces czyli klęska
Okazało się jednak, że rzeczywistość a zdrowy rozsądek to dwie różne rzeczy. Samorządy co prawda chętnie promują się Puszczą jako ostatnim naturalnym lasem Europy, poprawienie poziomu jego ochrony uważają jednak za rzecz całkowicie zbędną. Pół roku po rozpoczęciu negocjacji z resortem, po przedstawieniu kuriozalnych i niewykonalnych żądań w stylu likwidacji obszarów Natura 2000 na puszczańskich polanach, gminy przystały łaskawie na możliwość poszerzenia parku nie o planowanych 20, ale zaledwie o 8 tysięcy hektarów. Resort przedstawia ten wynik jako wielki sukces, podkreślając, że poszerzenie według takiego scenariusza niemalże podwoiłoby obecną powierzchnię parku, który w tej chwili zajmuje nieco ponad 10 tysięcy hektarów. Gdy jednak przyjrzeć się propozycji gmin dokładniej, widać że przy maksimum dobrej woli sukcesem nazwać się jej nie da. Widać też, że wyłącznie leżąca w północnej części Puszczy Narewka podeszła do rozmów z resortem na poważnie. Z owych ośmiu tysięcy hektarów bowiem niemalże cztery to właśnie jej propozycja. Z tych czterech tylko półtora tysiąca to istniejące poza parkiem rezerwaty, więc obszary już chronione. Całość terenów zaś przylega do parku.
Gminy Białowieża i Hajnówka zaproponowały natomiast po około dwa tysiące hektarów. Tyle że w jednym i drugim wypadku przytłaczającą większość tych terenów stanowią istniejące rezerwaty przyrody. W istocie więc Białowieża zgadza się na poprawę ochrony 400 hektarów lasu, Hajnówka - 600. Do tego w znacznej mierze chodzi o tereny położone na południu Puszczy, prawie dziesięć kilometrów od parku. Nie ma więc mowy o jego terytorialnej integralności.
W tej sytuacji pojawia się pytanie, za co Hajnówka i Białowieża miałyby dostać dotacje. Jedyna realna strata jaką samorządy poniosłyby w wyniku poszerzenia parku, to wpływy z podatku leśnego. Nie są one duże - np. Białowieża, której roczny budżet oscyluje między 7 a 120 milionami i której 95 procent powierzchni zajmują należące do państwa lasy, dostaje z tego tytułu około 300 tysięcy złotych rocznie. Gdyby parkiem objąć cały niechroniony obecnie teren gminy (około 10 tysięcy ha), wpływy z tego tytułu spadłyby o połowę - za parki narodowe i rezerwaty państwo płaci połowę taksy. Jeśli jednak gmina zgadza się na poprawę ochrony de facto 400 hektarów lasu, spadek wpływów z podatku leśnego można liczyć w tysiącach złotych. Tymczasem ministerstwo zamierzało Białowieży przyznać ponad 30 milionów dotacji.
Ministerstwo sabotuje samo siebie
Zagadkowa jest postawa samego ministerstwa. Jego urzędnicy wciąż utrzymują, że zależy im na poszerzeniu parku. Negocjacje w tej sprawie powierzono jednak głównemu konserwatorowi przyrody Januszowi Zaleskiemu, który do resortu przyszedł z Lasów Państwowych i nigdy nie ukrywał, że po zakończeniu przygody z ministerstwem środowiska do Lasów zamierza wrócić. Według prawa parki narodowe i Lasy Państwowe podlegają ministerstwu, w obu instytucjach to minister powołuje dyrektorów. Teoretycznie więc poszerzenie parku nie powinno nastręczać resortowi żadnych trudności. Wszak minister po prostu przekazuje tereny zarządzane przez jednego ze swoich administratorów administratorowi drugiemu. W praktyce jednak, z niepojętych zupełnie powodów resort z podlegającymi mu Lasami Państwowymi w sprawie poszerzenia parku narodowego, postępuje nie jak z podwładnym, ale jak z silniejszym partnerem.
W dodatku wiceminister Zaleski zachowuje się chwilami tak, jakby nie był reprezentantem chcącego poszerzyć park narodowy resortu, ale wciąż pracownikiem Lasów Państwowych albo przedstawicielem samorządów. Tak było na przykład podczas grudniowego posiedzenia senackiej komisji ochrony środowiska, gdzie wiceminister obszernie i z ogromnym zaangażowaniem objaśniał senatorom obiekcje Lasów Państwowych i samorządów wobec poszerzenia parku.
W poszukiwaniu kozła ofiarnego
Ten sam wiceminister publicznie już wskazuje winnych ewentualnego niepowodzenia negocjacji. W pierwszym rzędzie jest więc to odwołana miesiąc temu dyrektor Białowieskiego Parku Narodowego Małgorzata Karaś. Oficjalnie usunięto ją m.in. za brak zaangażowania w ministerialne plany. Tyle że jako pracownik ministerstwa bez polecenia z góry w nic się angażować nie mogła. A takiego polecenia nigdy nie otrzymała. To prawda że Małgorzata Karaś równocześnie jest oskarżoną w procesie byłego dyrektora parku Józefa P. a w BPN pod jej rządami panowała fatalna atmosfera. Tyle że o tym resort wie od kilkunastu miesięcy i do tej pory nikomu to nie przeszkadzało. Najwidoczniej przeszkadzały natomiast ministerstwu proekologiczne inicjatywy dyrektor BPN. Jej wniosek o utworzenie strefy wolnej od polowań wzdłuż granic parku, chociaż do jego wprowadzenia wystarczy tylko podpis Zaleskiego, od ponad roku leży w resorcie.
Kolejnym winnym ewentualnego niepowodzenia negocjacji o poszerzenie są według Zaleskiego ekolodzy z Pracowni na Rzecz Wszystkich Istot. Kilka tygodni temu w branżowym czasopiśmie leśników "Las Polski" wiceminister Zaleski sformułował absurdalną tezę, że z samorządami nie można się dogadać, bo czują się urażone wydanym przez Pracownię ponad rok temu komiksem "Blues Żubra". Kłopot w tym, że wyjątkowo zjadliwie i mocno przerysowujący podejście samorządów i leśników do Puszczy komiks wydano w niewielkim nakładzie na wiele miesięcy przed rozpoczęciem rozmów o poszerzeniu. Sami ekolodzy, nie tylko zresztą z Pracowni, do tych rozmów nie zostali w ogóle dopuszczeni.
W stosunku do przedstawicieli Lasów Państwowych resort jest znacznie wyrozumialszy. Wiosną tego roku, za rozpowszechnianie nieprawdziwych informacji na temat parku narodowego ze stanowiska usunięto zastępcę nadleśniczego z Białowieży Andrzeja Antczaka, jednego z głównych przeciwników poszerzania. Za jego zachowanie pracowników parku przepraszał wówczas listownie dyrektor regionalnej dyrekcji Lasów. Nie minęło kilka miesięcy a Andrzej Antczak po cichu wrócił do łask.
Resort nic też nie robi w sprawie pracowników nadleśnictw Białowieża i Hajnówka, będących równocześnie gminnymi radnymi. A to właśnie oni w negocjacjach z ministerstwem - więc własnym pracodawcą - najaktywniej zwalczają jego pomysły. Mają w tym zresztą własny interes. Po poszerzeniu parku musieliby do niego przejść. A płace są niższe niż w Lasach Państwowych.
Na każdym kroku krytykujemy Białoruś. Tymczasem to właśnie na Białorusi Aleksander Łukaszenka powiększa właśnie w znaczący sposób powierzchnię obszaru ochrony ścisłej w swojej części Puszczy Białowieskiej. I nawet jeśli jego ochrona daleka jest od ideału, to jest. U nas, w demokratycznym i cywilizowanym kraju, kolejna próba poszerzenie parku narodowego, którym chwalimy się na całym świecie, upada z powodu prywaty w samorządach i bałaganu w ministerstwie środowiska.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
16 głosów




