Dom noszą w sercu
2010-01-10
, aktualizacja: 11.01.2010 10:28
W obecnych czasach sami decydujemy, gdzie znajduje się centrum naszego życia. I nie ma najmniejszego znaczenia to, że owo "tu i teraz" znajduje się poza granicami terytorialnymi kraju. Mój kraj ojczysty i moje miasto rodzinne są na zawsze w moim sercu
ZOBACZ TAKŻE
- Nasz człowiek w CERN relacjonuje: - Fizycy w euforii (01-04-10, 10:39)
Choć aura utrudniała, jak mogła, spotkaliśmy się! Na Okęciu czekali już rodzice, rodzeństwo, przyjaciele. Zmęczeni lotem młodzi Podlasianie - jacyś odmienieni, w modnych ciuchach i z tym trudnym do określenia błyskiem światowego sznytu - wpadali w stęsknione ramiona. Po paru godzinach drogi niebezpieczną "ósemką", już czekały na nich jęczące stoły, domowa palcówka i - gdzieniegdzie - księżycówka z puszczańskich ostępów. Mieli tylko parę dni. Jak tu się nagadać? Jak w pigułce zmieścić wszystkie sukcesy i porażki? Naprzytulać i wyściskać tak, żeby starczyło co najmniej na następny rok? I jak powiedzieć bliskim: "Kocham was, ale nie wrócę. Tam żyje mi się lepiej."?
Maszyna końca świata kapituluje przed magią świąt
Aż do lutego Wielki Zderzacz Hadronów przełączony jest na tryb stand by, czyli czeka w uśpieniu na powrót "bombardowań". Wyłączyć go całkiem nie można było, bo m.in. ponowne schładzanie helu kosztowałoby bajońskie sumy. Ale świąteczny czas kusił i naukowców z Europejskiego Ośrodka Badań Jądrowych CERN w Szwajcarii - okazało się, że to tacy sami śmiertelnicy jak my i większość z nich marzyła o zielonym drzewku, pod którym znajdą prezenty i o celebrowaniu kolacji z rodziną. Święta najważniejsze - ustalili, choć przecież akcelerator cząstek energii został włączony dopiero jesienią. Długo się nie napracował, osiągnął rekord mocy i musiał skapitulować przed magią świąt.
Dzięki temu do rodzinnego Bielska Podlaskiego mógł wreszcie zjechać Adam Zabrocki, pracujący w departamencie IT w sekcji database management, z doskoku współpracujący z działem computer security.
Znalazł czas, by się spotkać i zdać relacje z postępów - pobiliśmy już drugi rekord mocy - 2,36 TeV! To dwa razy więcej niż pod koniec listopada, ale jeszcze nie moc docelowa - 7 TeV.
Istotą eksperymentu "maszyny końca świata" jest odkrycie bozonu Higgsa, potocznie zwanego boską cząstką oraz dokładniejsze zbadanie różnic występujących między materią i antymaterią. LHC (Wielki Zderzacz Hadronów) podczas osiągnięcia maksymalnej mocy wytworzy warunki zbliżone do tych, które występowały podczas Wielkiego Wybuchu (powstania świata).
Kiedy słucham pełnej pasji opowieści Adama o dziwadełkach (złośliwej formie materii, która zamienia wszystko, z czym się zetknie, wzorem mitycznego króla Midasa), radiacji, oprogramowaniu Large File Catalog for LHC Project czy ośmiu testach, które trzeba zdać, by zejść do tunelu, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ten człowiek kocha to, co robi.
Noblista słucha wykładu na schodach
Trwa akurat reorganizacja sekcji IT, w której pracuje Adam. Ekipa jest bardzo zgrana, wielonarodowa: jeden Polak (właśnie Podlasianin), jeden Szkot, trzech Hiszpanów i po dwóch: Włochów i Anglików. Porozumiewają się po angielsku i francusku, w weekendy wyrywają się razem na sushi i do kina, a w pracy widują się o... różnych godzinach. Bo w CERN-ie nie ma podbijania kart o 8 i 16. Każdy przychodzi do laboratorium, o której chce - nawet w środku nocy, bo akurat przyśniło mu się rozwiązanie, nad którym głowił się od dłuższego czasu. Tak, pierwsze zderzenie cząsteczek, które zaobserwowali naukowcy, miało miejsce 48 minut po północy, kiedy teoretycznie nikogo w pracy nie powinno być.
Rano Adam wchodzi do swojego budynku - jednego z ponad 600 CERN-owskich obiektów. To duże miasteczko - ma swoją elektrownię i osiem punktów wejściowych do tunelu w pięciu różnych miejscowościach. Nad eksperymentem życia pracuje w nim blisko 10 tysięcy fizyków, wśród których przewinęło się kilkuset z Polski.
Przed południem ma lunch time, później coffee time, podczas przerw zapełniają się kafejki i restauracje wielojęzycznym tłumem. Adam pracuje dłużej niż osiem godzin, zwyczajnie zapomina o bożym świecie. Ma co prawda CERN swoje trzy hostele, ale maksymalnie można przemieszkać tam dwa miesiące. Adam wynajmuje mieszkanie... we Francji. To znaczy po francuskiej stronie, gdzie jest do 30 proc. taniej niż w Szwajcarii. Jadąc do domu na kolację mija - zwłaszcza przed świętami - Szwajcarów wracających z zakupów.
Adam często zastanawia się nad "fenomenem" polskich naukowców. W końcu Polacy wykonali tak wielką pracę w CERN-ie, mają tak dobre kwalifikacje, a polski rząd nijak nie jest w stanie ich "zagospodarować". Owszem, czasem politycy przyjeżdżają pod Genewę, tyle że na spotkaniach z nimi zbiera się garsteczka zainteresowanych. Promil - w stosunku do obleganych sal podczas wykładów specjalistów, na których studenci siedzą na schodach kolano przy kolanie z profesorami - noblistami.
Ja tak z ulicy
Kontrakt Adama kończy się w lipcu i chłopak już wie, że go nie przedłuży. Musi skończyć studia. Gdzie? Dobre pytanie. Wciąż jest studentem Politechniki Wrocławskiej, na kierunku informatyka, ma jednak propozycje z uczelni o pozycji wyższej od Wrocławia o kilkadziesiąt oczek w rankingach. Także ze Stanów Zjednoczonych. Waha się. Daleko od rodziny, bliskich. Ale jeśli już zdecydowałby się na USA , to mierzyłby wyżej. Harvard? Niewykluczone. A potem...
- Zastanawiam się, czy nie wrócić do Bielska - "zabija" mnie Adam.
Oczywiście nie teraz, tylko w dalszej perspektywie, ale nie wyklucza możliwości założenia tu własnej firmy. Coś go ciągnie. Jakaś cząstka jego precyzyjnego umysłu rozbiera na czynniki pierwsze plajtę jedynego kina w Bielsku i analizuje popyt na inne usługi.
- Powrót? Nie, dziękuję - zdecydowanie deklaruje się Małgorzata. Na lotnisku spotyka znajomego z dawnych lat, gawędzą, co u kogo słychać. Kolega zadaje jej pytanie, które tylko w Polsce ma sens: - I ty się tam dostałaś tak z ulicy, bez żadnych znajomości?
- Tak, właśnie z ulicy - z uśmiechem odpowiada Małgorzata.
Skończyła ekonomię w Białymstoku i tu pracowała. Było o tyle fajnie, że zarabiała pieniądze i miała przyjaciół. Wyjeżdżała na wakacje za granicę i po powrocie zaczynała tęsknić do innego życia. Nawet nie do większych pieniędzy, które ludzie tam zarabiali, tylko do większej kultury. Była zachwycona tym, że ludzie się do siebie uśmiechają, nie upokarzają siebie nawzajem, po prostu się szanują. Po wakacjach wracała do Białegostoku pełna pozytywnej energii i zwykle następowało brutalne zderzenie z rzeczywistością. W sklepie ktoś popchnął koszykiem, a koleżanki z pracy nieuczciwie oplotkowały.
Maszyna końca świata kapituluje przed magią świąt
Aż do lutego Wielki Zderzacz Hadronów przełączony jest na tryb stand by, czyli czeka w uśpieniu na powrót "bombardowań". Wyłączyć go całkiem nie można było, bo m.in. ponowne schładzanie helu kosztowałoby bajońskie sumy. Ale świąteczny czas kusił i naukowców z Europejskiego Ośrodka Badań Jądrowych CERN w Szwajcarii - okazało się, że to tacy sami śmiertelnicy jak my i większość z nich marzyła o zielonym drzewku, pod którym znajdą prezenty i o celebrowaniu kolacji z rodziną. Święta najważniejsze - ustalili, choć przecież akcelerator cząstek energii został włączony dopiero jesienią. Długo się nie napracował, osiągnął rekord mocy i musiał skapitulować przed magią świąt.
Dzięki temu do rodzinnego Bielska Podlaskiego mógł wreszcie zjechać Adam Zabrocki, pracujący w departamencie IT w sekcji database management, z doskoku współpracujący z działem computer security.
Znalazł czas, by się spotkać i zdać relacje z postępów - pobiliśmy już drugi rekord mocy - 2,36 TeV! To dwa razy więcej niż pod koniec listopada, ale jeszcze nie moc docelowa - 7 TeV.
Istotą eksperymentu "maszyny końca świata" jest odkrycie bozonu Higgsa, potocznie zwanego boską cząstką oraz dokładniejsze zbadanie różnic występujących między materią i antymaterią. LHC (Wielki Zderzacz Hadronów) podczas osiągnięcia maksymalnej mocy wytworzy warunki zbliżone do tych, które występowały podczas Wielkiego Wybuchu (powstania świata).
Kiedy słucham pełnej pasji opowieści Adama o dziwadełkach (złośliwej formie materii, która zamienia wszystko, z czym się zetknie, wzorem mitycznego króla Midasa), radiacji, oprogramowaniu Large File Catalog for LHC Project czy ośmiu testach, które trzeba zdać, by zejść do tunelu, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że ten człowiek kocha to, co robi.
Noblista słucha wykładu na schodach
Trwa akurat reorganizacja sekcji IT, w której pracuje Adam. Ekipa jest bardzo zgrana, wielonarodowa: jeden Polak (właśnie Podlasianin), jeden Szkot, trzech Hiszpanów i po dwóch: Włochów i Anglików. Porozumiewają się po angielsku i francusku, w weekendy wyrywają się razem na sushi i do kina, a w pracy widują się o... różnych godzinach. Bo w CERN-ie nie ma podbijania kart o 8 i 16. Każdy przychodzi do laboratorium, o której chce - nawet w środku nocy, bo akurat przyśniło mu się rozwiązanie, nad którym głowił się od dłuższego czasu. Tak, pierwsze zderzenie cząsteczek, które zaobserwowali naukowcy, miało miejsce 48 minut po północy, kiedy teoretycznie nikogo w pracy nie powinno być.
Rano Adam wchodzi do swojego budynku - jednego z ponad 600 CERN-owskich obiektów. To duże miasteczko - ma swoją elektrownię i osiem punktów wejściowych do tunelu w pięciu różnych miejscowościach. Nad eksperymentem życia pracuje w nim blisko 10 tysięcy fizyków, wśród których przewinęło się kilkuset z Polski.
Przed południem ma lunch time, później coffee time, podczas przerw zapełniają się kafejki i restauracje wielojęzycznym tłumem. Adam pracuje dłużej niż osiem godzin, zwyczajnie zapomina o bożym świecie. Ma co prawda CERN swoje trzy hostele, ale maksymalnie można przemieszkać tam dwa miesiące. Adam wynajmuje mieszkanie... we Francji. To znaczy po francuskiej stronie, gdzie jest do 30 proc. taniej niż w Szwajcarii. Jadąc do domu na kolację mija - zwłaszcza przed świętami - Szwajcarów wracających z zakupów.
Adam często zastanawia się nad "fenomenem" polskich naukowców. W końcu Polacy wykonali tak wielką pracę w CERN-ie, mają tak dobre kwalifikacje, a polski rząd nijak nie jest w stanie ich "zagospodarować". Owszem, czasem politycy przyjeżdżają pod Genewę, tyle że na spotkaniach z nimi zbiera się garsteczka zainteresowanych. Promil - w stosunku do obleganych sal podczas wykładów specjalistów, na których studenci siedzą na schodach kolano przy kolanie z profesorami - noblistami.
Ja tak z ulicy
Kontrakt Adama kończy się w lipcu i chłopak już wie, że go nie przedłuży. Musi skończyć studia. Gdzie? Dobre pytanie. Wciąż jest studentem Politechniki Wrocławskiej, na kierunku informatyka, ma jednak propozycje z uczelni o pozycji wyższej od Wrocławia o kilkadziesiąt oczek w rankingach. Także ze Stanów Zjednoczonych. Waha się. Daleko od rodziny, bliskich. Ale jeśli już zdecydowałby się na USA , to mierzyłby wyżej. Harvard? Niewykluczone. A potem...
- Zastanawiam się, czy nie wrócić do Bielska - "zabija" mnie Adam.
Oczywiście nie teraz, tylko w dalszej perspektywie, ale nie wyklucza możliwości założenia tu własnej firmy. Coś go ciągnie. Jakaś cząstka jego precyzyjnego umysłu rozbiera na czynniki pierwsze plajtę jedynego kina w Bielsku i analizuje popyt na inne usługi.
- Powrót? Nie, dziękuję - zdecydowanie deklaruje się Małgorzata. Na lotnisku spotyka znajomego z dawnych lat, gawędzą, co u kogo słychać. Kolega zadaje jej pytanie, które tylko w Polsce ma sens: - I ty się tam dostałaś tak z ulicy, bez żadnych znajomości?
- Tak, właśnie z ulicy - z uśmiechem odpowiada Małgorzata.
Skończyła ekonomię w Białymstoku i tu pracowała. Było o tyle fajnie, że zarabiała pieniądze i miała przyjaciół. Wyjeżdżała na wakacje za granicę i po powrocie zaczynała tęsknić do innego życia. Nawet nie do większych pieniędzy, które ludzie tam zarabiali, tylko do większej kultury. Była zachwycona tym, że ludzie się do siebie uśmiechają, nie upokarzają siebie nawzajem, po prostu się szanują. Po wakacjach wracała do Białegostoku pełna pozytywnej energii i zwykle następowało brutalne zderzenie z rzeczywistością. W sklepie ktoś popchnął koszykiem, a koleżanki z pracy nieuczciwie oplotkowały.
- Zdecydowałam, że rzucę wszystko i pojadę na studia do Anglii. Dostałam się do London School of Economics i zaczęła się harówka. Było bardzo ciężko, z powodów finansowych i ogromu roboty. Byłam samotna i smutna, odliczałam dni do wyjazdu do domu i pytałam sama siebie: Co ja tu robię? - wyznaje Małgorzata. - Później przyszły pierwsze oceny na studiach i przekonałam się, że to, co robię, ma sens.
Studia skończyła z wyróżnieniem, była z tego tytułu szalenie dumna. Znalazła pracę w agencji Unii Europejskiej w Belgii. Znowu trafiła do obcego świata, gdzie ludzie mówili w nieznanym języku. Nauczyła się jednak francuskiego. Jej córa chodzi do przedszkola i też świetnie sobie radzi. Z chichotem poprawia mamine nie całkiem udane francuskie "r". Jej wychodzi "perrrfekcyjnie".
- Lubię to moje nowe życie, chociaż oczywiście bardzo brakuje mi rodziny i przyjaciół z Białegostoku. Tęsknię do tamtego życia, w którym chodziłam wieczorami do pubów, w którym miałam koleżanki, którym mogłam powiedzieć wszystko, w którym byłam u siebie - przyznaje się Małgosia, zamawiając w białostockiej knajpce białe wino. Jej świąteczne ferie się kończą. Wraca do siebie. Tak, na pewno "do siebie", tylko po nowemu: - Nie chcę zamieniać tego nowego życia na tamto. Teraz nie czuję się upokarzana - ani przez szefa, ani przez znajomych, czuję się szanowana, a przede wszystkim jestem bardzo dumna z tego, że sama do wszystkiego doszłam.
How are you? Thanks, I'm fine
Darek Zeller, dziennikarz i literat, od lipca 2005 roku, odkąd wyjechał z Białegostoku do Londynu, do żony, ani razu nie pomyślał o powrocie na stałe.
- Jestem, byłem i będę Polakiem i białostoczaninem bez względu na czas i miejsce, ale w obecnych czasach sami decydujemy, gdzie znajduje się centrum naszego życia. I nie ma najmniejszego znaczenia to, że owo "tu i teraz" znajduje się poza granicami terytorialnymi kraju. Mój kraj ojczysty i moje miasto rodzinne są na zawsze w moim sercu - przekonuje Dariusz.
Kontaktujemy się więc via e-mail. Darek jest redaktorem naczelnym największego polskiego tygodnika, ukazującego się poza krajem - londyńskiej "Cooltury". Odpisuje mi zaraz po przyjeździe do redakcji, po tym, jak zerwał się o 6 rano, odprawił żonę do pracy w londyńskim City, nakarmił dzieciaki: 8-letniego Juliusza i 2-letnie bliźniaki Maksymiliana i Miłosza, odprowadził Julka do primary school. Około 9.30 wpada do redakcji mieszczącej się w trzypiętrowej kamienicy przy głównej ulicy dzielnicy Hammersmith - King Street, nieopodal Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego. A tam praca wre już od 7. To dlatego, że oprócz tygodnika prowadzą też portal dla Polaków eLondyn - informacje muszą być na bieżąco uaktualniane. Zadanie Darka polega na odpowiednim pokierowaniu sporym, zgranym zespołem - stała ekipa to około 20 osób, plus współpracownicy z Polski i z Wielkiej Brytanii. To gorący okres, bo niebawem "Cooltura" będzie ukazywać się na terenie całej Wielkiej Brytanii, w postaci czterech wydań regionalnych. Nakład z obecnych 50 tys. egzemplarzy w Londynie podskoczy do 100 tys. Nie lada wyzwanie, ale Darek lubi to, co robi i nie przeszkadza mu, że z redakcji wychodzi o 19.30, a i po tej godzinie musi być dyspozycyjny. Odkąd przyjechał do Londynu, tempo życia było tak szybkie. Choć trafił na przeszkody, nauczył się, że nie ma rzeczy niemożliwych. A pod wieloma względami jest jednak łatwiej - np. firmę zakłada się po wypełnieniu jednego formularza, w pięć minut. Tak powstała jedyna w Londynie szkółka piłkarska dla polskich dzieci - London Eagles FC. Darek pęka z dumy - przed miesiącem na turnieju w Akademii Davida Beckhama w strojach z godłem Orłów wystąpiła reprezentacja Polski. Poza pracą i prowadzeniem szkółki, Darek skupia się na dzieciach. Mieszkają w najbardziej chyba polskiej dzielnicy Londynu - Ealingu, w cichym i pięknym zakątku, a jednocześnie blisko głównych arterii i metra. Starają się jak najwięcej zwiedzać, poznawać miasto, jak ognia unikają siedzenia w domu. Juliusz jest dwujęzyczny. W tygodniu uczęszcza do szkoły angielskiej, a w soboty - do polskiej szkoły mieszczącej się w elitarnej katolickiej London Oratory School. Bliźniaki dopiero gaworzą, oczywiście po polsku, ale pójdą w ślady starszego brata.
- Dzięki dzieciom czuję, że żyję i także dzięki nim zyskuję siły i energię. Bycie ojcem to wspaniała rzecz - uważa Darek. Może powiedzieć o sobie, że czuje się człowiekiem szczęśliwym: - Nie żałuję podjętych decyzji. W pewnym momencie życia zadałem sobie pytanie, czy powinienem coś w nim zmienić i zdecydowałem się świadomie na to, co dziś mam. A co mam? Wspaniałą rodzinę, która mnie wspiera w życiu poza krajem ojczystym, pracę, w której spełniam się zawodowo, hobby - ukochaną literaturę. Mam ciekawe życie, w którym dzień do dnia - wbrew pozorom - nie jest podobny.
W Londynie nauczył się nowego rytuału - codziennego uśmiechu. A na pytanie "How are you?" zawsze odpowiada pozytywnie.
W tym mieście zaskoczyła go siła emigracji. Masa Polaków wyjechała w poszukiwaniu pracy na Wyspach, wyjechał cały przekrój społeczeństwa: ci po podstawówkach i po paru fakultetach, lekarze, bankierzy, pracownicy budowlani czy administracji państwowej. Darek ma przyjaciół z każdego zakątka Polski. Mógł z nimi pogadać o bolesnej rozłące z rodziną i przyjaciółmi, ale bez biadolenia. Znosili to, mając w pamięci piosenkę Ryśka Riedla, że czas leczy rany... Większość z nich jest już na tyle zadomowiona w londyńskiej rzeczywistości, że ani myślą wracać. Brytyjski rynek pozwolił im na większą swobodę działania, rozwój zawodowy, poszerzanie perspektyw i - co tu dużo gadać - lepsze niż w Polsce zarobki. Nie zdecydują się na kolejne ryzyko związane z zaczynaniem wszystkiego od zera.
Studia skończyła z wyróżnieniem, była z tego tytułu szalenie dumna. Znalazła pracę w agencji Unii Europejskiej w Belgii. Znowu trafiła do obcego świata, gdzie ludzie mówili w nieznanym języku. Nauczyła się jednak francuskiego. Jej córa chodzi do przedszkola i też świetnie sobie radzi. Z chichotem poprawia mamine nie całkiem udane francuskie "r". Jej wychodzi "perrrfekcyjnie".
- Lubię to moje nowe życie, chociaż oczywiście bardzo brakuje mi rodziny i przyjaciół z Białegostoku. Tęsknię do tamtego życia, w którym chodziłam wieczorami do pubów, w którym miałam koleżanki, którym mogłam powiedzieć wszystko, w którym byłam u siebie - przyznaje się Małgosia, zamawiając w białostockiej knajpce białe wino. Jej świąteczne ferie się kończą. Wraca do siebie. Tak, na pewno "do siebie", tylko po nowemu: - Nie chcę zamieniać tego nowego życia na tamto. Teraz nie czuję się upokarzana - ani przez szefa, ani przez znajomych, czuję się szanowana, a przede wszystkim jestem bardzo dumna z tego, że sama do wszystkiego doszłam.
How are you? Thanks, I'm fine
Darek Zeller, dziennikarz i literat, od lipca 2005 roku, odkąd wyjechał z Białegostoku do Londynu, do żony, ani razu nie pomyślał o powrocie na stałe.
- Jestem, byłem i będę Polakiem i białostoczaninem bez względu na czas i miejsce, ale w obecnych czasach sami decydujemy, gdzie znajduje się centrum naszego życia. I nie ma najmniejszego znaczenia to, że owo "tu i teraz" znajduje się poza granicami terytorialnymi kraju. Mój kraj ojczysty i moje miasto rodzinne są na zawsze w moim sercu - przekonuje Dariusz.
Kontaktujemy się więc via e-mail. Darek jest redaktorem naczelnym największego polskiego tygodnika, ukazującego się poza krajem - londyńskiej "Cooltury". Odpisuje mi zaraz po przyjeździe do redakcji, po tym, jak zerwał się o 6 rano, odprawił żonę do pracy w londyńskim City, nakarmił dzieciaki: 8-letniego Juliusza i 2-letnie bliźniaki Maksymiliana i Miłosza, odprowadził Julka do primary school. Około 9.30 wpada do redakcji mieszczącej się w trzypiętrowej kamienicy przy głównej ulicy dzielnicy Hammersmith - King Street, nieopodal Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego. A tam praca wre już od 7. To dlatego, że oprócz tygodnika prowadzą też portal dla Polaków eLondyn - informacje muszą być na bieżąco uaktualniane. Zadanie Darka polega na odpowiednim pokierowaniu sporym, zgranym zespołem - stała ekipa to około 20 osób, plus współpracownicy z Polski i z Wielkiej Brytanii. To gorący okres, bo niebawem "Cooltura" będzie ukazywać się na terenie całej Wielkiej Brytanii, w postaci czterech wydań regionalnych. Nakład z obecnych 50 tys. egzemplarzy w Londynie podskoczy do 100 tys. Nie lada wyzwanie, ale Darek lubi to, co robi i nie przeszkadza mu, że z redakcji wychodzi o 19.30, a i po tej godzinie musi być dyspozycyjny. Odkąd przyjechał do Londynu, tempo życia było tak szybkie. Choć trafił na przeszkody, nauczył się, że nie ma rzeczy niemożliwych. A pod wieloma względami jest jednak łatwiej - np. firmę zakłada się po wypełnieniu jednego formularza, w pięć minut. Tak powstała jedyna w Londynie szkółka piłkarska dla polskich dzieci - London Eagles FC. Darek pęka z dumy - przed miesiącem na turnieju w Akademii Davida Beckhama w strojach z godłem Orłów wystąpiła reprezentacja Polski. Poza pracą i prowadzeniem szkółki, Darek skupia się na dzieciach. Mieszkają w najbardziej chyba polskiej dzielnicy Londynu - Ealingu, w cichym i pięknym zakątku, a jednocześnie blisko głównych arterii i metra. Starają się jak najwięcej zwiedzać, poznawać miasto, jak ognia unikają siedzenia w domu. Juliusz jest dwujęzyczny. W tygodniu uczęszcza do szkoły angielskiej, a w soboty - do polskiej szkoły mieszczącej się w elitarnej katolickiej London Oratory School. Bliźniaki dopiero gaworzą, oczywiście po polsku, ale pójdą w ślady starszego brata.
- Dzięki dzieciom czuję, że żyję i także dzięki nim zyskuję siły i energię. Bycie ojcem to wspaniała rzecz - uważa Darek. Może powiedzieć o sobie, że czuje się człowiekiem szczęśliwym: - Nie żałuję podjętych decyzji. W pewnym momencie życia zadałem sobie pytanie, czy powinienem coś w nim zmienić i zdecydowałem się świadomie na to, co dziś mam. A co mam? Wspaniałą rodzinę, która mnie wspiera w życiu poza krajem ojczystym, pracę, w której spełniam się zawodowo, hobby - ukochaną literaturę. Mam ciekawe życie, w którym dzień do dnia - wbrew pozorom - nie jest podobny.
W Londynie nauczył się nowego rytuału - codziennego uśmiechu. A na pytanie "How are you?" zawsze odpowiada pozytywnie.
W tym mieście zaskoczyła go siła emigracji. Masa Polaków wyjechała w poszukiwaniu pracy na Wyspach, wyjechał cały przekrój społeczeństwa: ci po podstawówkach i po paru fakultetach, lekarze, bankierzy, pracownicy budowlani czy administracji państwowej. Darek ma przyjaciół z każdego zakątka Polski. Mógł z nimi pogadać o bolesnej rozłące z rodziną i przyjaciółmi, ale bez biadolenia. Znosili to, mając w pamięci piosenkę Ryśka Riedla, że czas leczy rany... Większość z nich jest już na tyle zadomowiona w londyńskiej rzeczywistości, że ani myślą wracać. Brytyjski rynek pozwolił im na większą swobodę działania, rozwój zawodowy, poszerzanie perspektyw i - co tu dużo gadać - lepsze niż w Polsce zarobki. Nie zdecydują się na kolejne ryzyko związane z zaczynaniem wszystkiego od zera.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy




więcej zdjęć