We wtorek na Uniwersytecie w Białymstoku odbyło się kolejne spotkanie przedstawicieli uczelni, magistratu i działkowców. Niestety poza ostrą wymianą zdań, jaka wywiązała się między dyskutantami, nie udało się dojść do porozumienia ani podpisać stosownych dokumentów. Przypomnijmy, że w sporze chodzi o 30 ha gruntu przy ulicy Ciołkowskiego, gdzie przez ostatnie 30 lat znajdowały się tymczasowe ogródki działkowe.
- Miasto chyba nie rozumie, że my się z tego terenu nie wyniesiemy. Jeżeli już, to niech nam za te ogródki i włożoną w ich utrzymanie pracę zapłacą jakąś rekompensatę - skarży się nam jeden z działkowców, który zadzwonił we wtorek do redakcji.
Białostocki magistrat zaś od kilku lat powtarza działkowcom, że ogródki były tymczasowe i żadne odszkodowanie im się nie należy. Co więcej, lokalny oddział Polskiego Związku Działkowców musi liczyć się z tym, że obciążony zostanie kosztami przeprowadzonej na terenie ogródków inwentaryzacji oraz kosztami uprzątnięcia tego terenu (rozebrania blisko 200 altanek). Magistrat w sumie szacuje te koszty na nawet 800 tys. zł.
Brak porozumienia sprawia, że przekazanie ziemi uczelni z roku na rok się wydłuża. Granicznym terminem jest koniec lutego - jeżeli do tego czasu białostocka uczelnia nie rozpocznie prac, może jej grozić nawet utrata unijnego dofinansowania.
- Nie dopuszczam myśli, że będziemy musieli jeszcze zwlekać. O rozpoczęciu prac dopiero w czerwcu czy lipcu nie ma mowy - powtarza od miesięcy prof. Marek Proniewski, prorektor Uniwersytetu w Białymstoku.
I dodaje, że wiosną uczelnia musi rozpocząć kolejne prace i zacząć ogłaszać przetargi związane z budową kampusu. A kampus jest największą inwestycją uniwersytetu, koszt pierwszego etapu to 60 mln euro. Pieniądze pochodzą z Programu Operacyjnego Rozwoju Polski Wschodniej oraz Programu Operacyjnego Infrastruktura i Środowisko.
Źródło: Gazeta Wyborcza Białystok