Undergroundowa, świeża ŻubrOFFka. Pod patronatem Gazety
11.12.2011
, aktualizacja: 11.12.2011 17:04
Macie tu bardzo ciekawy festiwal, ze świetną atmosferą undergroundu, bez zadęcia, pełen świeżości - chwalił Marcin Koszałka, przewodniczący jury ŻubrOFFki. Po pięciu dniach pokazów filmowych i muzycznych, zakończyła się w niedzielę wieczorem w Białymstoku. Grand Prix festiwalu otrzymał film "Tulip, Teksas i my" w reżyserii Lee Filipovski z Kanady
ZOBACZ TAKŻE
Festiwal Filmów Krótkometrażowych w tym roku przeszedł najśmielsze oczekiwania - na sam konkurs przyszło około 600 filmów, z czego organizatorzy zostawili blisko jedną szóstą. - To było trudne, bo dostaliśmy naprawdę sporo ciekawych filmów - mówią Maciej Rant i Krzysztof Sienkiewicz z Białostockiego Ośrodka Kultury. Jurorzy i widzowie do obejrzenia dostali około 90 filmów; najróżniejszych - dokumentów, animacji, fabuł. To olbrzymi materiał - w samą sobotę było to blisko 10 godzin oglądania samych filmów konkursowych, a przecież bloki konkursowe prezentowane były także w środę, czwartek i piątek, nie wspominając o olbrzymiej ilości pokazów filmów z różnych festiwali, m.in. australijskich, niemieckich, litewskich, słowackich, japońskich. Jurorzy mieli więc ogrom pracy, a widzowie - cały świat w pigułce i możliwość darmowego oglądania produkcji, często na bardzo wysokim poziomie. ŻubrOFFka z niedużego festiwalu rozrosła się naprawdę w znaczące wydarzenie filmowe o wymiarze międzynarodowym, pokazujące filmową różnorodność z rozmaitych zakątków globu i obfitujące w ciekawe imprezy fotograficzne i muzyczne. To festiwal z własną atmosferą, którą jurorzy chwalili bez wyjątku.
- Super klimat - mówił Marcin Koszałka, znakomity operator filmowy, reżyser filmów dokumentalnych, zdobywca m.in. Złotych Lwów w Gdyni (za zdjęcia do filmów "Rewers", "Pręgi" )i nagród na Camerimage, członek Europejskiej Akademii Filmowej. W ub. roku m.in. był jurorem na Camerimage i festiwalu w Krakowie.
- Tutaj, w Białymstoku, zauważam różnice na korzyść. Okropnie męczące są festiwale, na których królują celebryci. A na ŻubrOFFce jest dużo młodości, świeżości, to festiwal bez zadęcia - mówił "Gazecie" Koszałka. - Podoba mi się formuła, coraz rzadsza na świecie, że pokazywane filmy są raczej krótkie, to inaczej niż na świecie, gdzie stawia się na długość. W jednym ciągu oglądać można dokumenty, fabuły, animacje. Dodatkowo ciekawy jest podział na bloki: filmy ze Wschodu i Zachodu, filmy niezależne, studenckie itd. Wszystko to daje możliwość bardzo ciekawego odbioru, nie nuży. A taka różnorodność jest bardzo ciekawa dla widza - może zobaczyć z różnych stron świata, i samemu wyłapać, jak kombinują Skandynawowie, a jak ci z Estonii czy Gruzji. Tu nawet nie trzeba komentarza, wystarczy, że sami to wszystko obejrzą, by mogli to ocenić.
Połączenie kilku gatunków filmowych w jeden festiwal chwali też Mariola Brillowska, znakomita animatorka (jej ostatni poruszający film "Diabelskie dzieci" też można było zobaczyć w ramach "ŻubrOFFki"), performerka, od wielu lat mieszkająca w Berlinie, ucząca animacji niemieckich studentów.
- Weźmy Kraków - tam na festiwalu jest wyraźny podział, albo animacje, albo dokument. Po jakimś czasie to nuży. A ŻubrOFFka ma pomysł na fajną ożywczą mieszankę. Szczerze powiem, że to było bardzo interesujące zobaczyć wszystkie te filmy. W Europie Zachodniej bym ich nie zobaczyła, to wynika też z tego, że wasz festiwal jest bardzo ciekawie położony geograficznie. Tu możliwe jest zobaczenie jednocześnie filmu z Gruzji, jak i Japonii, czy Kanady. A na innych festiwalach wcale tak często się to nie zdarza. Osobiście czuję się bardzo nasycona, wiele filmów, które zobaczyłam, było dla mnie bardzo ciekawym doświadczeniem. Tak ze 25, a więc prawie jedną czwartą, chętnie bym ze sobą zabrała, a taka ilość rzeczywiście świadczy już o wysokim poziomie produkcji. Myślę, że polecę ŻubrOFFkę swoim studentom, by spróbowali kiedyś tu przysłać swoje prace.
Brillowska zachwycona była szczególnie konkursową animacją, choć akurat ta polska w jej ocenie wypadła bardzo średnio. Dostrzega ogromne różnice między filmowym Wschodem, a Zachodem.
- Niedawno byłam w jury na I niezależnym festiwalu filmowym w Pekinie. I tam też, tak jak tu, zaobserwowałam różnice. Problemy ekonomiczne, regionalne wpływają zasadniczo na prace studentów i filmowców. I tak w filmach twórców z krajów mniej zamożnych pojawiają się tematy na codzień im towarzyszące - to konkretne problemy społeczne, np. temat bezrobocia. W tych filmach nie chodzi tylko o estetykę, ale o coś więcej. To już nie tylko zabawa formą.
Co do jednego, i Brillowska, i Koszałka byli zgodni: nie bardzo podobało im się włączenie do festiwalu bloku filmów amatorskich.
Brillowska: - Z pokazywanych produkcji może ledwie 1/10 była dobra. Zestawianie ich z filmami studenckimi, czy niezależnymi nie bardzo mi pasuje. Może po prostu trzeba wziąć zupełnie inne jury? Może amatorów powinni oceniać studenci filmowcy?
Koszałka: - Albo pokaz filmów amatorskich zorganizować w formie przeglądu, nie konkursu? Mam mieszane uczucia, co do łączenia filmów amatorskich ze studenckimi i niezależnymi. Produkcje amatorskie były tu jedynym blokiem kompletnie nie a'propos. A jednocześnie oczwywiście, nie można kompletnie eliminować filmu amatorskiego, trzeba go pokazywać, kiedyś Polska nim żyła. Każdy ma prawo prezentować własne pomysły, czasem zdarzają się bardzo ciekawe rzeczy.
- Super klimat - mówił Marcin Koszałka, znakomity operator filmowy, reżyser filmów dokumentalnych, zdobywca m.in. Złotych Lwów w Gdyni (za zdjęcia do filmów "Rewers", "Pręgi" )i nagród na Camerimage, członek Europejskiej Akademii Filmowej. W ub. roku m.in. był jurorem na Camerimage i festiwalu w Krakowie.
- Tutaj, w Białymstoku, zauważam różnice na korzyść. Okropnie męczące są festiwale, na których królują celebryci. A na ŻubrOFFce jest dużo młodości, świeżości, to festiwal bez zadęcia - mówił "Gazecie" Koszałka. - Podoba mi się formuła, coraz rzadsza na świecie, że pokazywane filmy są raczej krótkie, to inaczej niż na świecie, gdzie stawia się na długość. W jednym ciągu oglądać można dokumenty, fabuły, animacje. Dodatkowo ciekawy jest podział na bloki: filmy ze Wschodu i Zachodu, filmy niezależne, studenckie itd. Wszystko to daje możliwość bardzo ciekawego odbioru, nie nuży. A taka różnorodność jest bardzo ciekawa dla widza - może zobaczyć z różnych stron świata, i samemu wyłapać, jak kombinują Skandynawowie, a jak ci z Estonii czy Gruzji. Tu nawet nie trzeba komentarza, wystarczy, że sami to wszystko obejrzą, by mogli to ocenić.
Połączenie kilku gatunków filmowych w jeden festiwal chwali też Mariola Brillowska, znakomita animatorka (jej ostatni poruszający film "Diabelskie dzieci" też można było zobaczyć w ramach "ŻubrOFFki"), performerka, od wielu lat mieszkająca w Berlinie, ucząca animacji niemieckich studentów.
- Weźmy Kraków - tam na festiwalu jest wyraźny podział, albo animacje, albo dokument. Po jakimś czasie to nuży. A ŻubrOFFka ma pomysł na fajną ożywczą mieszankę. Szczerze powiem, że to było bardzo interesujące zobaczyć wszystkie te filmy. W Europie Zachodniej bym ich nie zobaczyła, to wynika też z tego, że wasz festiwal jest bardzo ciekawie położony geograficznie. Tu możliwe jest zobaczenie jednocześnie filmu z Gruzji, jak i Japonii, czy Kanady. A na innych festiwalach wcale tak często się to nie zdarza. Osobiście czuję się bardzo nasycona, wiele filmów, które zobaczyłam, było dla mnie bardzo ciekawym doświadczeniem. Tak ze 25, a więc prawie jedną czwartą, chętnie bym ze sobą zabrała, a taka ilość rzeczywiście świadczy już o wysokim poziomie produkcji. Myślę, że polecę ŻubrOFFkę swoim studentom, by spróbowali kiedyś tu przysłać swoje prace.
Brillowska zachwycona była szczególnie konkursową animacją, choć akurat ta polska w jej ocenie wypadła bardzo średnio. Dostrzega ogromne różnice między filmowym Wschodem, a Zachodem.
- Niedawno byłam w jury na I niezależnym festiwalu filmowym w Pekinie. I tam też, tak jak tu, zaobserwowałam różnice. Problemy ekonomiczne, regionalne wpływają zasadniczo na prace studentów i filmowców. I tak w filmach twórców z krajów mniej zamożnych pojawiają się tematy na codzień im towarzyszące - to konkretne problemy społeczne, np. temat bezrobocia. W tych filmach nie chodzi tylko o estetykę, ale o coś więcej. To już nie tylko zabawa formą.
Co do jednego, i Brillowska, i Koszałka byli zgodni: nie bardzo podobało im się włączenie do festiwalu bloku filmów amatorskich.
Brillowska: - Z pokazywanych produkcji może ledwie 1/10 była dobra. Zestawianie ich z filmami studenckimi, czy niezależnymi nie bardzo mi pasuje. Może po prostu trzeba wziąć zupełnie inne jury? Może amatorów powinni oceniać studenci filmowcy?
Koszałka: - Albo pokaz filmów amatorskich zorganizować w formie przeglądu, nie konkursu? Mam mieszane uczucia, co do łączenia filmów amatorskich ze studenckimi i niezależnymi. Produkcje amatorskie były tu jedynym blokiem kompletnie nie a'propos. A jednocześnie oczwywiście, nie można kompletnie eliminować filmu amatorskiego, trzeba go pokazywać, kiedyś Polska nim żyła. Każdy ma prawo prezentować własne pomysły, czasem zdarzają się bardzo ciekawe rzeczy.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
4 głosy




więcej zdjęć