Dlaczego nie stać nas na wielkie lotnisko

Jakub Medek
26.06.2011 , aktualizacja: 26.06.2011 16:21
A A A Drukuj
Blaszany kogucik na dachu - tym mniej więcej dla rozwoju województwa podlaskiego jest regionalne lotnisko. Ładnie to wygląda, ale niczemu konkretnemu, poza zaspokajaniem ego właściciela, nie służy. A kosztuje niemało
Lotnisko Krywlany
Fot. Grzegorz Dabrowski/AG
Lotnisko Krywlany
Mam ciepłą wodę w kranie i działający komputer podłączony do internetu. Do stolicy państwa, czy pociągiem, czy samochodem, jadę dwie i pół godziny. Codziennie mogę pójść do kina, czeka na mnie ten sam repertuar co na przeciętnego mieszkańca Nowego Jorku czy Pekinu. Zaskakujące? Niby nie. A jednak powinienem czuć się zaskoczony. Zdaniem wcale licznego chóru mieszkańców mojego województwa żyję w dżungli albo innej tajdze. Gdy spytać takiego chórzystę, jak scharakteryzowałby swoją małą ojczyznę, najczęściej padającym określeniem będzie dzicz albo skansen. Potem zaś, na tym samym oddechu, zacznie się wyliczanie. Że autostrady do Augustowa nie ma a potrzebna. Że do Lublina to tylko dlatego tam mało samochodów jeździ, że droga śmierci. Że Białystok od kolei europejskich odcięty będzie, bo kto to widział, żeby na stacji pociąg kierunek jazdy zmieniał. I w końcu - że nawet Kazachstan lepszy, bo piłkarze Irtyszu Pawłodar to na pewno u siebie lotnisko mają, z którego będą mogli na mecz z Jagiellonią przylecieć. Tymczasem nasi kopacze to do Kazachstanu furmankami muszą jechać.

Bzdury? Oczywiście że bzdury. Nic jednak wcale licznemu chórowi, nie przeszkadza owych bzdur co dzień gromkim głosem powtarzać. W ostatnim czasie nawet jakby nieco głośniej. Bo na panewce spalił wielki cywilizacyjny projekt - budowa regionalnego lotniska z drogą startową o długości 2400 metrów. Takiego, żeby dało się z niego w każdy punkt Europy dolecieć. Streszczać tej historii nie warto, o lotnisku w Podlaskim tyle już pisano i mówiono, że nawet pacholę w wieku przedszkolnym wiedzieć będzie, że miało być tak dobrze, ale parszywi ekolodzy znowu spisek zawiązali. Tym razem to nawet z urzędnikami państwowymi. Jaka by nie była tego przyczyna, lotniska na razie nie będzie. Wystarczy wiedzieć, że ptaszkom by szkodziło. Znów ptaszki okazały się ważniejsze od umęczonego, w skansenie zamkniętego ludu ziemi podlaskiej.

I tak sobie, jak u pana Tralalińskiego, wyśpiewuje ów chór od rana do wieczora i od wieczora do rana. Niczego od tego nie przybywa, ale przynajmniej czujemy się dobrze. Bo znów ktoś z zewnątrz nas skrzywdził, bo znów nie nasza to jest wina. Chóralny zaśpiew pomaga jeszcze w jednym - zagłusza skutecznie racjonalne, wydawałoby się, pytania.

Na przykład takie - po co nam tutaj lotnisko tej wielkości? Albo takie - kto je utrzyma? Tudzież - który przewoźnik i skąd będzie chciał tutaj przylecieć?

Transport lotniczy ma to do siebie, że do skutecznego funkcjonowania potrzebuje dwóch elementów: lotnisk i przemieszczających się między nimi samolotów. Nasze województwo dopłaca już do pociągów, lada moment zacznie dopłacać do PKS-ów. Własnej floty powietrznej jednak nie posiada i posiadać nie planuje. To zaś oznacza, że należałoby znaleźć jakiegoś przewoźnika, który chciałby z podlaskiego lotniska regionalnego skorzystać. Kłopot z przewoźnikami zaś polega na tym, że nie wiedzieć zupełnie czemu, chcą zarobić. Do lotów pod Białystok, niezależnie od tego czy lądować przyjdzie im w Sanikach, Zawadach, Topolanach czy innych Kowalowcach, przystąpią tylko wówczas, gdy będzie im się to opłacać. Innymi słowy - gdy będzie kim samolot, liczący zwykle miejsc najmniej kilkadziesiąt, zapełnić. I to zapełnić regularnie, w dodatku w dwie strony, czyli zarówno pasażerami do nas, jak i od nas. No to zastanówmy się dokąd można by tu polecieć? Pewnie ze dwa samoloty w tygodniu, zwłaszcza jak by je dobrze PKS-ami skomunikować z Siemiatyczami, można by wysłać do Brukseli. Kolejne dwa do Albionu. Na Zieloną Wyspę już raczej nie, tam srogi kryzys teraz. Do Warszawy? Nigdy nie będzie taniej niż koleją, wiele szybciej zresztą też nie. Do Krakowa, Poznania, Gdańska, Wrocławia? Może, ale do takich lotów wystarczyłby pas asfaltowy na Krywlanach. Tyle że tam budować nie można - bo okolicznym włościanom/mieszczanom krowy mleko przestaną dawać a kury nieść jajka. No i głośno w ogródkach będzie, nie mówiąc już chronicznie powtarzających się opadach zrzucanego awaryjnie paliwa lotniczego i dorocznych katastrofach. Poza tym Krywlany to przecież samo centrum miasta...

No dobrze - załóżmy, że znajdzie się taki przewoźnik, któremu będzie się opłacało uruchomienie dwóch lotów do Belgii i dwóch na Wyspy. To daje nam osiem operacji w tygodniu, nieco więcej niż jedną dziennie, w przeliczeniu na pasażerów - sto, sto kilkadziesiąt osób na dobę. Z wyliczeń specjalistów zaś wynika, że do tego, by lotnisko tej wielkości wychodziło na zero, trzeba by ich dziesięć razy więcej. Bo utrzymanie lotniska też kosztuje. I to niemało. Owszem - samorząd wojewódzki, który byłby właścicielem portu nie jest firmą i nie należy do jego zadań zarabianie. Z drugiej jednak strony budżet województwa to nie worek bez dna i każdą złotówkę przed jej wydaniem należy dokładnie z obu stron obejrzeć, zastanowiwszy się głęboko, jaką z jej wydania będziemy mieli korzyść. Ktoś może mi zarzucić, że moje wyliczenia są z sufitu wzięte i w rzeczywistości regionalny port lotniczy tętniłby życiem od dnia swojego otwarcia. Otóż sam inwestor w studium wykonalności zakładał, że do progu rentowności lotnisko zbliżyłoby się może około roku 2034. Na pytanie ile utrzymanie struktury miałoby do tego czasu kosztować, odpowiadano zaś półgębkiem że kilka milionów rocznie co najmniej. Czyli najpierw wydamy 500 milionów na budowę, potem kolejne miliony na utrzymanie instalacji w ruchu, żeby mieszkaniec Siemiatycz, który i tak pewnie wybierze tańszego busa, miał jak dotrzeć do pracy w Belgii? Sensu tu nie widzę.

Jak nie będzie lotniska, to żaden inwestor do nas nie dotrze - to kolejny, powtarzany jak mantra idiotyzm. Fabryk bowiem nie buduje się tam, gdzie ich prezesi mogą dolecieć, ale tam gdzie ich lokalizacja ma sens ekonomiczny. Zresztą tu znów wracamy do kwestii Krywlan - do tego, by jeden prezes z drugim dyrektorem mógł do Białegostoku wygodnie dotrzeć swoim "jetem", wystarczyłby krótki pas asfaltowy między Ciołkowskiego a Mickiewicza. Dla kopaczy z Irtyszu Pawłodar pewnie zresztą również. Owszem, nawet tego pasa u nas nie ma, ale jak prezesa dyrektora stać na "jeta" a poruszanie się po drogach jest poniżej jego godności, to z nieodległych od Białegostoku lotnisk może dotrzeć tu helikopterem.

No właśnie - Polska bowiem nie Mongolia. Na Okęcie jest kilometrów 200. Do powstającego Modlina - podobnie. 150 do Kowna. I 70 raptem do Grodna, z którego samoloty latają w cały świat. Owszem, dzisiaj między Polską a Białorusią granica przypomina nieco Żelazną Kurtynę, ale coraz więcej wskazuje na to, że ten stan nie będzie trwał wiecznie. I jeśli prezydenta Łukaszenki nie odsunie od władzy własny naród bądź poirytowany jego wyskokami Kreml, to prędzej czy później zrobi to biologia. Z kostuchą bowiem żaden dyktator jeszcze nie wygrał.

Ktoś może powiedzieć - owszem, generalnie rzecz biorąc nie jest do owych lotnisk najdalej, ale zawsze ileś tam jechać trzeba a czas to pieniądz. Trudno się z tym nie zgodzić, wrócę jednak do kwestii opłacalności lotów dla przewoźnika. Po co ma latać pod Białystok, nie wiedząc czy zapełni samolot, skoro wie, że w Warszawie nie będzie z tym miał żadnego problemu. Tam do dojeżdżających mieszkańców podlaskiego dołączą jeszcze mieszkańcy Mazowsza czy Warmii i Mazur. Owszem, można się na przewoźnika za takie niealtruistyczne podejście obrazić, sytuacji to jednak w najmniejszym stopniu nie zmieni.

Jest jeszcze oczywiście kwestia turystów. Kolejna regionalna mantra głosi, że jakby było lotnisko, to płynęliby oni do nas nieprzerwanym strumieniem. Niechby i nawet ów cud nastąpił i dzień w dzień pod Białymstokiem lądowałyby jeden za drugim aeroplany ze spragnionymi podlaskich atrakcji zgnuśniałymi przedstawicielami zachodniej, industrialnej cywilizacji. Lądują oni w takich Sanikach, Topolanach czy innych Kowalowcach i co? Miejsc hotelowych - za mało, gastronomia - leży, atrakcji - tyle co kot na płakał. Nie mówiąc już o drogach. Nie, nie mówię o drogach krajowych, bo to nie województwa kompetencja. Chwalimy się chętnie naszymi puszczami - od dawna Białowieską, od niedawna Knyszyńską. Słusznie się chwalimy, bo mimo upartych starań co poniektórych to wciąż miejsca unikatowe (swoją drogą - zwłaszcza w pierwszym przypadku, mimo braku lotniska chętnie przez turystę zagranicznego odwiedzane). Ale dojechać do nich trudno. Droga wojewódzka Zabłudów-Nowosady - najkrótszy szlak ze stolicy regionu do Białowieży jest w stanie fatalnym. A i tak jazda nią jest czystą przyjemnością w porównaniu z prowadzącym przez Puszczę Knyszyńską wojewódzkim traktem do Krynek.

Może więc budujmy naszą potęgę po bożemu, sposobem sprawdzonym. Czyli od fundamentów. Od dróg, hoteli, terenów inwestycyjnych. Tego, co leży w naszej gestii i w zasięgu naszych możliwości. Kogucika na dachu zostawmy sobie na koniec. Nie stać na tworzenie czegoś wyłącznie po to, żeby zaspokoić zbiorowe, rozbuchane ego, by uspokoić chórzystów śpiewających, że lotnisko to postęp a bez lotniska skansen.

Zobacz więcej na temat:

Podziel się

  • 71 komentarzy
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    15 głosów

  • Statystyka, czyli ile! partisan76 26.06.11, 19:24

    Pan Redaktor napisał:sto, sto kilkadziesiąt osób na dobę. Z wyliczeń specjalistów zaś wynika, że do tego, by lotnisko tej wielkości wychodziło na zero, trzeba by ich dziesięć razy »

  • Re: Dlaczego nie stać nas na wielkie lotnisko piastpiast 26.06.11, 20:19

    To samo myślę i popieram, ale mądrali dogadałeś:) Pozdrawiam»

  • Dlaczego nie stać nas na wielkie lotnisko babilas 26.06.11, 22:17

    Czytam o lotnisku w Grodnie, z którego, zdaniem autora artykułu, samoloty latają w cały świat. I mam lekki dysonans poznawczy, bo jedyne połączenie lotnicze z Grodna to raz dziennie Belavia»