Maria i Dariusz Sobocińscy: połączyła ich pasja
29.06.2003
, aktualizacja: 29.06.2003 20:54
Ich dom jest nietypowy, przesiąknięty niezwykłą atmosferą. Marysia Sobocińska jest rzeźbiarką, jej mąż Darek - malarzem. Ich syn Marcin właśnie ukończył gdańską Akademię Sztuk Pięknych
Poznali się na ASP w Krakowie. Ona ze Śląska, on białostoczanin.
- Mieszkałam jeszcze w Sokołowsku, byłam chyba w siódmej klasie, kiedy objawił się u mnie talent - wspomina pani Sobocińska. - Jednak wtedy nie myślałam, kim chcę być.
Potem rodzina pani Marysi przeniosła się do Przeworska. - Trzeba było wybrać szkołę średnią. Któraś z nauczycielek powiedziała do mnie: ty pewnie idziesz do szkoły plastycznej do Jarosławia? A ja w ogóle nie wiedziałam, że taka szkoła w pobliżu jest!
Rodzicom też nie podobał się pomysł, że córka będzie się uczyć z dala od domu i codziennie dojeżdżać do szkoły pociągiem. - Chcieli, żebym była w domu, bo ja mało jadłam. Ważyłam tylko 42 kilo.
Złożyła papiery. Egzaminy poszły jej doskonale, nawet matematyka, która była jej słabą stroną. W liceum wyróżniała się szczególnie na rzeźbie.
- Pod koniec nauki mój profesor z rzeźby Stanisław Tobiasz mówi do mnie: Ty, Maryśka, to pojedziesz do Krakowa na rzeźbę. Niezbyt mi się ten pomysł podobał. Zwlekałam ze złożeniem papierów. Przyznałam się profesorowi, że rodzice też niezbyt przychylnie patrzą na studia w Krakowie. Więc on przyjechał z Jarosława do Przeworska i rodziców przekonał. - Byłam jedną z lepszych studentek, już na drugim roku wygrałam konkurs rzeźby.
W Krakowie poznała Darka.
O tym, że zostanie malarzem, zadecydował przypadek. Kiedy miał siedem lat, zmarli mu rodzice. Babcia wysłała go do sanatorium w góry - do Świeradowa. - Góry zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. Wszystkie kartki, jakie miałem pod ręką zamalowywałem górami i drzewami.
Przez całą podstawówkę chodził do szkoły muzycznej, grał na flecie. Ale wiedział, że nie chce być muzykiem, bo - jak mówi - zbyt zżerała go trema. W siódmej klasie babcia zaprowadziła go do przychodni pedagogiczno-psychologicznej, tam specjaliści pomogli mu wybrać szkołę: poszedł do liceum plastycznego w Supraślu. - To była wtedy wspaniała szkoła, na bardzo wysokim poziomie. Po niej można było się dostać na każdą uczelnię plastyczną. Ja wymyśliłem sobie jednak, że będę projektantem użytkowym, zdawałem na kierunek politechniczny - na formy przemysłowe do Krakowa, ale się nie dostałem.
Przez rok pracował jako majtek w porcie w Szczecinie. Potem bez problemów zdał na grafikę.
Sobocińscy wspominają studia w Krakowie jako cudowny okres. Pani Marysia ukończyła studia dwa lata wcześniej niż mąż i zaczęła pracę w krakowskiej fabryce lalek jako inspektor nadzoru artystycznego. Ale nie lubiła tej pracy.
- Projektowałam lalki, chciałam, żeby były inne: z puckami, warkoczykami, ale prezes chciał, żeby wszystkie wyglądały jak Barbie.
Po roku pojechała z mężem na zarobek do Szwecji, sadzili cebulki tulipanów. Potem dwa lata pani Maria pracowała w pracowni konserwacji zabytków w Jarosławiu, a następnie oboje zatrudnili się przy odnawianiu kościoła.
- Z świeżutkiego miąższu chlebowego robiliśmy kulki i centymetr po centymetrze czyściliśmy ściany i sklepienia kościoła - wspomina pani Marysia. - To była najlepsza metoda. Ale praca była katorżnicza.
Wypłatę dostawali z pieniędzy zebranych na tacę. - Wyglądało to przekomicznie: Maryśka niosła do domu dwie reklamówki pieniędzy, a ja drugie dwie - opowiada pan Darek. - Potem tę furę pieniędzy wykładaliśmy na stół i liczyliśmy. A wypłata była niezła, jak cztery dobre dyrektorskie pensje.
Kiedy urodził się syn, zdecydowali, że wracają do Białegostoku, by opiekować się babcią pana Darka. Zaraz po przyjeździe Urząd Wojewódzki dał im dużą pracownię przy ul. Stołecznej. Mieszkali tam przez kilka lat, do czasu, aż wybudowali dom z dużą pracownią w piwnicy. Tam pani Marysia rzeźbi, pan Darek maluje. Jak mówią, nigdy nie mieli wątpliwości, że ich syn również zostanie malarzem. - Nie wyobrażam sobie, żeby miał wybrać inną drogę - mówi pani Marysia. - Tym bardziej że już od dziecka pięknie malował.
Marcin specjalizuje się w gumie i sitodruku.
- Mieszkałam jeszcze w Sokołowsku, byłam chyba w siódmej klasie, kiedy objawił się u mnie talent - wspomina pani Sobocińska. - Jednak wtedy nie myślałam, kim chcę być.
Potem rodzina pani Marysi przeniosła się do Przeworska. - Trzeba było wybrać szkołę średnią. Któraś z nauczycielek powiedziała do mnie: ty pewnie idziesz do szkoły plastycznej do Jarosławia? A ja w ogóle nie wiedziałam, że taka szkoła w pobliżu jest!
Rodzicom też nie podobał się pomysł, że córka będzie się uczyć z dala od domu i codziennie dojeżdżać do szkoły pociągiem. - Chcieli, żebym była w domu, bo ja mało jadłam. Ważyłam tylko 42 kilo.
Złożyła papiery. Egzaminy poszły jej doskonale, nawet matematyka, która była jej słabą stroną. W liceum wyróżniała się szczególnie na rzeźbie.
- Pod koniec nauki mój profesor z rzeźby Stanisław Tobiasz mówi do mnie: Ty, Maryśka, to pojedziesz do Krakowa na rzeźbę. Niezbyt mi się ten pomysł podobał. Zwlekałam ze złożeniem papierów. Przyznałam się profesorowi, że rodzice też niezbyt przychylnie patrzą na studia w Krakowie. Więc on przyjechał z Jarosława do Przeworska i rodziców przekonał. - Byłam jedną z lepszych studentek, już na drugim roku wygrałam konkurs rzeźby.
W Krakowie poznała Darka.
O tym, że zostanie malarzem, zadecydował przypadek. Kiedy miał siedem lat, zmarli mu rodzice. Babcia wysłała go do sanatorium w góry - do Świeradowa. - Góry zrobiły na mnie niesamowite wrażenie. Wszystkie kartki, jakie miałem pod ręką zamalowywałem górami i drzewami.
Przez całą podstawówkę chodził do szkoły muzycznej, grał na flecie. Ale wiedział, że nie chce być muzykiem, bo - jak mówi - zbyt zżerała go trema. W siódmej klasie babcia zaprowadziła go do przychodni pedagogiczno-psychologicznej, tam specjaliści pomogli mu wybrać szkołę: poszedł do liceum plastycznego w Supraślu. - To była wtedy wspaniała szkoła, na bardzo wysokim poziomie. Po niej można było się dostać na każdą uczelnię plastyczną. Ja wymyśliłem sobie jednak, że będę projektantem użytkowym, zdawałem na kierunek politechniczny - na formy przemysłowe do Krakowa, ale się nie dostałem.
Przez rok pracował jako majtek w porcie w Szczecinie. Potem bez problemów zdał na grafikę.
Sobocińscy wspominają studia w Krakowie jako cudowny okres. Pani Marysia ukończyła studia dwa lata wcześniej niż mąż i zaczęła pracę w krakowskiej fabryce lalek jako inspektor nadzoru artystycznego. Ale nie lubiła tej pracy.
- Projektowałam lalki, chciałam, żeby były inne: z puckami, warkoczykami, ale prezes chciał, żeby wszystkie wyglądały jak Barbie.
Po roku pojechała z mężem na zarobek do Szwecji, sadzili cebulki tulipanów. Potem dwa lata pani Maria pracowała w pracowni konserwacji zabytków w Jarosławiu, a następnie oboje zatrudnili się przy odnawianiu kościoła.
- Z świeżutkiego miąższu chlebowego robiliśmy kulki i centymetr po centymetrze czyściliśmy ściany i sklepienia kościoła - wspomina pani Marysia. - To była najlepsza metoda. Ale praca była katorżnicza.
Wypłatę dostawali z pieniędzy zebranych na tacę. - Wyglądało to przekomicznie: Maryśka niosła do domu dwie reklamówki pieniędzy, a ja drugie dwie - opowiada pan Darek. - Potem tę furę pieniędzy wykładaliśmy na stół i liczyliśmy. A wypłata była niezła, jak cztery dobre dyrektorskie pensje.
Kiedy urodził się syn, zdecydowali, że wracają do Białegostoku, by opiekować się babcią pana Darka. Zaraz po przyjeździe Urząd Wojewódzki dał im dużą pracownię przy ul. Stołecznej. Mieszkali tam przez kilka lat, do czasu, aż wybudowali dom z dużą pracownią w piwnicy. Tam pani Marysia rzeźbi, pan Darek maluje. Jak mówią, nigdy nie mieli wątpliwości, że ich syn również zostanie malarzem. - Nie wyobrażam sobie, żeby miał wybrać inną drogę - mówi pani Marysia. - Tym bardziej że już od dziecka pięknie malował.
Marcin specjalizuje się w gumie i sitodruku.
- 2 komentarze
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów




więcej zdjęć