Zaczynamy tydzień: wietnamski teatr, poznańska sztuka, fińska musztarda

Wojciech Koronkiewicz
27.06.2010 , aktualizacja: 28.06.2010 15:15
A A A Drukuj
Weekend pełen atrakcji. Wraz z tłumem białostoczan skorzystałem z odbywających się Dni Miasta i święta galerii Arsenał. Na rynku pod ratuszem występował wietnamski teatr na wodzie. Podobno straszliwa rzadkość i jedyna okazja, by ujrzeć te egzotyczne widowisko. Pobiegłem z rodziną i ja
Teatr wodny z Wietnamu
Fot. Agnieszka Sadowska / Agencj
Teatr wodny z Wietnamu
Spektakl rozpoczął zespół muzyczny złożony z flecisty, pana grającego na basetli o dwóch strunach i pana na gongu, oraz dwóch bajecznie kolorowo ubranych wokalistek. Potem na wodach basenu pojawiła się nieduża i dość prosta lalka, która machała do mnie ręką i przemawiała w języku, którego nie zrozumiałem.

Całe szczęście, że dziecko zakryło sobie uszy rękoma i zawołało, że jest za głośno. Mieliśmy zatem z żoną pretekst, aby się urwać z tego egzotycznego widowiska. Co też niezwłocznie uczyniliśmy. Dzieląc się wrażeniami z wietnamskiego teatru na wodzie udaliśmy się do budynku dawnej elektrowni, gdzie odbywał się wernisaż prac artystów związanych z poznańską ASP. Bardzo nam się tam spodobało. Nie było co prawda wietnamskich wokalistek, ale było bardzo dużo ciekawych ludzi. Cała białostocka śmietana. Wiceprezydentów naliczyłem aż dwóch. A ilu redaktorów, artystów i prezesów! Gdzie się człowiek nie obejrzał, tam albo obiektywy kamer, albo flesze aparatów, albo las mikrofonów. Admirały bambirały. Z dzieł sztuki pamiętam czarny wentylator z czarnymi powiewającymi wstążkami i obraz olbrzymiego formatu z daleka szarobury i zupełnie pusty - z bliska ukrywał pod swą silikonową powierzchnią jakieś minikreseczki, jakby włoski. Niestety, nie miałem okazji przyjrzeć się bliżej owym kreseczkom i poszukać ukrytego być może pośród nich wzoru, gdyż jeden z panów artystów nadepnął na moje dziecko i musieliśmy wyjść na zewnątrz. Wychodząc zauważyłem jeszcze tylko, że artyści mają bardzo ciekawe fryzury oraz ubierają się kolorowo i z fantazją. Mam nadzieję, że moda ta rozprzestrzeni się na całe miasto. Niestety, przyznać trzeba, dość konserwatywne i mało kolorowe.

Z elektrowni poszliśmy do galerii Arsenał, by obejrzeć znaną i niezwykle wysoko cenioną kolekcję dzieł sztuki. W jednej z sal stał olbrzymi tort w kształcie budynku galerii. Jadalny był tylko dach. Bardzo smaczny. O samej kolekcji napisać mogę niewiele. Mojemu dziecku najbardziej podobały się spódnice i bielizna damska ułożona na podłodze w formie kwiatów. "Kto się tu rozebrał?" zapytało dziecko. Ja zaś zrozumiałem, że rzetelna odpowiedź na to pytanie, nie tylko przekracza moją znajomość współczesnej sztuki, ale również poskutkować może podobnymi dziełami w domu. Postanowiłem zatem wcale nie odpowiadać i aby odwrócić uwagę dziecka od zagadnień sztuki współczesnej, zapytałem czy chce zjeść kolację w knajpce? Bo muszę się przyznać do pewnej słabości - uwielbiam ciągać swoje dzieci po knajpach. Tym razem poszliśmy do najmodniejszego ostatnio lokalu. I tam wśród przypraw wypatrzyłem dziwną żółtą tubkę. Jak się okazało fińską musztardę. Klienci tego lokalu, jeśli wyjeżdżają gdzieś w obce strony, wracają z kulinarną pamiątką. Swego czasu furorę robił bananowy keczup. Zjedzono go w try miga. Została tylko wyżerająca dziury w talerzu pasta z papryczek chili i fińska musztarda. Jak smakuje? Zupełnie tak samo jak wietnamski teatr i poznańska sztuka.

Podziel się

  • 14 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów