Zaczynamy tydzień. Trzeba tylko chcieć

Wojciech Koronkiewicz
05.07.2010 , aktualizacja: 05.07.2010 20:08
A A A Drukuj
Wyjąłem indeks, by otrzymać zaliczenie ze stylistyki. Jedna ze studentek zawołała: - O, jaki stary indeks!
Wojciech Koronkiewicz
Fot. Grzegorz Dabrowski/AG
Wojciech Koronkiewicz
- A czym się różni od twojego? - zapytałem zdziwiony.

- Mój ma zielone okładki i białe kartki, a twój jest wykonany jakby z makulatury.

- Bo mój jest wydany w 1988 roku - odpowiedziałem.

- O rany, miałam wtedy dwa latka - zawołała studentka.

- Ja też wówczas byłam niewiele starsza - powiedziała pani wykładowczyni (lub jak pragną feministki - "pani wykładowca").

Oglądam dokładnie swój stary indeks. Na jednej z pierwszych stron znajduję ślubowanie studenta, że będę budował socjalizm i dumnie reprezentował Polską Rzeczypospolitą Ludową. Potem dziesiątki wpisów i dat. Znajduję podpisy osób, których już nie ma na tym świecie. Znajduję podpisy magistrów, którzy dziś są doktorami i profesorami.

Nadszedł w końcu ten dzień, gdy i ja stanąłem przed szacowną komisją i otrzymałem zaszczytny tytuł.

Zadzwoniłem do rodziców.

- Synku jestem z ciebie dumny - powiedział ojciec i głos mu się załamał.

Matka nie płakała, tylko rzeczowo zapytała, jaki chcę prezent.

- Mamo, mam 41 lat - odpowiedziałem.

Zadzwoniłem do żony i zapytałem, czy mogę iść z kumplami na piwo.

- Najpierw idź do domu i zdejmij garnitur. Potem poczekaj na mnie i opowiesz, jak było. Jakiś porządek musi być. Od kolegów mam się dowiadywać, jak zostałeś magistrem?!

Wróciłem posłusznie do domu, ugotowałem zupę pieczarkową, a po powrocie żony wszystko jej opowiedziałem. Potem pojechałem w miasto balować. Zacząłem od lokalu, gdzie na ścianach wisi wystawa szablonów. Właściciel lokalu na wieść o obronie dyplomu postawił mi piwo.

- Może mnie też się uda? - wyszeptał zamyślony.

Poszedłem do drugiej knajpki, potem w trzeciej spotkałem panią profesor, która była moim promotorem, i w ramach podziękowań zupełnie nieproszony dosiadłem się do stolika, gdzie siedziała wraz ze znajomymi. O ile pamiętam, rozmawiałem po niemiecku. Pod ratuszem śpiewała Suzanne Vega, na niebie strzelały fajerwerki.

Rano obudziłem się z bólem głowy. Oj, niełatwo jest być magistrem, pomyślałem. Zaniosłem na uczelnię zdjęcia do dyplomu i zaświadczenie, że nie zalegam z żadnymi książkami w kilku uniwersyteckich bibliotekach. Stanąłem pod uczelnią i zastanawiałem się - co tu dalej z sobą robić? W księgarni kupiłem książkę "Samogon - historia i sposób jego przyrządzania w warunkach domowych", odwiedziłem też antykwariat, gdzie nabyłem zbiór felietonów Ludwika Stommy "Nalewka na czereśniach". Teraz miałem dylemat, od czego zacząć. Od samogonu czy nalewki? I znów wróciło pytanie: Co tu dalej robić? Może pora na doktorat?

Dlaczego Państwu o tym wszystkim piszę? Powodów jest kilka.

Po pierwsze: odpocznijmy na chwilę od wyborczej atmosfery. Tych wszystkich słupków poparcia, relacji, gratulacji i deklaracji. Życie naprawdę jest gdzie indziej.

Po drugie: namawiam wszystkich do podjęcia decyzji o zmianach. Skoro mi się udało, więc i Wam na pewno się uda. Wierzę w to. Tak jak wierzę, że Bronek na stałe może rozstać się z dubeltówką, wierzę też, że Jarek już zawsze będzie zwracać się do innych z szacunkiem i sympatią. Trzeba tylko chcieć!

PS Obie wymienione książki są znakomite i gorąco je polecam.

Podziel się

  • 11 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    3 głosy