Zaczynamy tydzień. Unikajcie plastikowych talerzy

Wojciech Koronkiewicz
08.08.2010 , aktualizacja: 08.08.2010 20:04
A A A Drukuj
" Gazeta Wyborcza" ogłosiła plebiscyt kulinarny. Poszukiwane są przepisy na dania regionalne, a także najlepsze produkty kulinarne. Mam więc wielki problem. Bo ja bardzo lubię jeść. Smakuje mi dosłownie wszystko.
Wojciech Koronkiewicz
Fot. Grzegorz Dabrowski/AG
Wojciech Koronkiewicz
Nie należę do tych, co marudzą przy stole, i zjadam wszystko do czysta. Choć są od tej reguły wyjątki. Widząc plastikową zastawę, wiem, że potrawa również pochodzi z fabryki chemicznej i naładowana jest konserwantami. Że w kuchni nie ma wcale kucharza, a jest tylko czajnik z wrzątkiem (do zalewania sztucznych zup) i mikrofalówka (do pozostałych potraw). Ostrzegam przed takimi lokalami i radzę je omijać z daleka. Raz tylko w srogą białostocką zimę jadłem wielki kawał gorącej gotowanej kiełbasy, i plastikowy talerz, na którym została podana, wcale mi nie przeszkadzał. Odbywało się to podczas niedzielnej giełdy samochodowej we wnętrzu autobusu - barobusu. W drzwiach wisiał koc, a wszyscy klienci siedzieli w kurtkach, czapkach i szalikach. Przyznaję, miało to swój urok. Ale latem z takiego przybytku nie skorzystam. Moją nieufność budzi też włączony w lokalach telewizor. Jeśli przy tym nadaje na pełen regulator jakąś stację muzyczną - idę o każdy zakład, że obsługa nie wie, co jest przygotowywane w kuchni, a potrawy będą do luftu.

Kiedyś profesor Piotr Damulewicz powiedział:

- Nieważne, co się pije, ale z kim!

Od naszego spotkania minęło wiele lat, a ja nadal przekonuję się o słuszności słów profesora. Bywałem w domach milionerów, gdzie częstowano tanimi winami z Biedronki. Do tego wina (w srebrnych kieliszkach) nie podano nawet suchara. Biesiadowałem też u prostych biednych ludzi, przy stole z nieheblowanych desek postawionym wprost w ogrodzie, i potrawy tam spożywane były niczym przedsionek raju.

Zasada ta odnosi się również do restauracji. Niekiedy w malutkiej i skromnej knajpce odnaleźć można smaki, których daremnie szukało się w eleganckich lokalach.

Bardzo lubię rozmowy z kucharzami. Uwielbiam wpaść na pogawędkę do białostockiej szaszłykarni. Tam polecam kartacze. W Eljocie warto spróbować do mięsa sosu pieprzowego. Bardzo ciekawie tatara podają w Mistrzu i Małgorzacie, niezwykle ostre czekadełka są w Tokaju, lornetę i meduzę polecam na stojaka przy Kilińskiego. W Cristalu zachwycił mnie krem z borowików. W Podlasiance serniczki z brzoskwiniami popijane kompotem. Świetną ogórkową mają w tykocińskiej Tejszy. Znakomity pasztet z dzika w Dobarzu. W Białowieży polecam bigos. Do Jeleniewa warto wpaść na stynkę. Uwaga - podają ją tylko w sezonie jesienno-zimowym! W Sabatino mają egzotyczne przegrzebki, ale od lat nigdzie nie widziałem raków! W Starym Folwarku niegdyś jadałem regularnie znakomitą sieję. Ale raz trafiłem tam w środku sezonu, na obsługę czekało się godzinami, pani była opryskliwa, więc... już tam nie jadam.

Jest tyle wspaniałych lokali (niestety nie mogę wymienić wszystkich z braku miejsca), że naprawdę nie musimy bywać tam, gdzie są plastikowe talerze, włączony telewizor i nieuprzejma obsługa. Do zobaczenia przy stole!

Podziel się

  • 17 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    8 głosów