Zaczynamy tydzień: z wizytą u sąsiada

Wojciech Koronkiewicz, KOROPL@YAHOO.COM
22.08.2010 , aktualizacja: 22.08.2010 21:06
A A A Drukuj
Wpadła mi ostatnio w ręce książka Ferenca Mate "Mądrość Toskanii". Tytuł do lektury nie zachęca, ale na wakacjach czasu na czytanie jest sporo, a do księgarni niekiedy daleko. Czyta się więc co popadnie.
Żniwa
Fot. Agnieszka Sadowska / AG
Żniwa
Ferenc Mate urodził się na Węgrzech, w wieku lat dziesięciu przeniósł się do Stanów Zjednoczonych, obecnie zaś mieszka w Toskanii. I opisuje radości, które przynieść nam może życie. Do owych radości należą zdrowe posiłki, łagodny klimat i piękne widoki, ale również rozmowy z sąsiadami. W Toskanii ludzie mieszkający w niewielkich miasteczkach czy wioskach stanowią zżytą ze sobą społeczność. Spotykają się, śpiewają i tańczą, pomagają sobie w pracach polowych...

Kiedyś ulice toskańskich miasteczek pełne były samochodów. Ale mieszkańcy Sieny i innych miejscowości uznali, że auta to tylko hałas i smród spalin. Wypchnięto więc samochody na przedmieścia, a centra miast oddano dla ludzi. Obecnie na parkingach można grać w piłkę nożną, urządzać festyny. Nikt nie obawia się o dzieci, bo może ono swobodnie biegać po podwórku i nie zostanie przejechane. Może biegać po podwórku, bo życie się toczy na zewnątrz. Sąsiedzi siedzą na ławeczce i rozmawiają. Wszyscy się nawzajem znają i pozdrawiają. Tu nikomu nie może stać się żadna krzywda. W niedzielę ludzie spotykają się na piknikach. W sosnowym zagajniku rozkładane są koce, na nich zasiada włoska rodzina i z kosza wyjmuje jedzenie, które wszyscy razem spożywają.

Przypomniały mi się czasy dzieciństwa. Wakacje spędzane u dziadka na wsi. Ławeczka pod płotem przy ulicy. Ulica była piaskowa. Rano i o zachodzie słońca wędrowały nią krowy wzbijając tumany kurzu i pozostawiając po sobie zielone placki. Na ławeczkach siedzieli ludzie i rozmawiali. Każdy był znany z imienia i nazwiska. Znaliśmy imiona swoich ojców, matek, dziadków i babek. Rano jadło się przy otwartym oknie chleb z masłem, zapijało herbatą i biegło się na wiele godzin w pola i lasy. Podczas żniw siadało się na kocu w cieniu drzewa i jadło jajka na twardo, zapijając kompotem z metalowej kanki. Potem mężczyźni chwytali za kosy, kobiety kręciły przewrósła i wracało się do pracy. Żniwiarzom mówiło się "Boże dopomóż", oni zaś odpowiadali "Bóg zapłać".

Potem pojawiły się snopowiązałki, kombajny i pole, które dziadek z ojcem kosili dwa tygodnie (koszula dziadka była biała od potu), teraz kombajn kosił w kilka godzin. Zboże miast jechać w snopkach na furmankach do stodół, od razu wymłócone jechało przyczepami do elewatorów. Potem wyasfaltowano drogę przez wieś. Brakuje ławeczek, na których siadywali mieszkańcy. Zmurszały, spróchniały, rozpadły się w pył.

Ostatnio dostałem pismo z urzędu geodezji. Sąsiad przez miedzę dokonuje jakichś zmian i właściciele sąsiednich działek proszeni są o stawiennictwo. Zaszedłem więc do Kazia, usiedliśmy na ławeczce przed domem. Popatrzyliśmy na drzewa stojące na granicy naszych ziem.

- To Twój ojciec sadził trzydzieści lat temu - powiedział Kazio. - Nie będzie przeszkadzało, jak słupek tam postawię?

Podziel się

  • 21 komentarzy
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    7 głosów