MISJA 21. Akcja Gazety. Co pokazać "Misjonarce"?
10.06.2011
, aktualizacja: 10.06.2011 20:30
Angielska studentka dziennikarstwa przyjedzie na tydzień do naszego miasta. Co jej pokazać? Czego nie pokazywać? Co zrobić, by wypaść z jak najlepszej strony? Bardzo mi się podoba to zamieszanie - pisze Wojciech Koronkiewicz
Co pokazać angielskiej studentce? To samo, co pokazujemy innym zagranicznym studentom. Tym, którzy w naszym mieście spędzają nie tylko tydzień, ale całe miesiące i lata. Wystarczy ich zapytać, co im się najbardziej podoba. Gdzie chętnie bywają, gdzie jedzą posiłki, które z naszych regionalnych potraw im smakują? Proste, prawda? No to teraz proszę odpowiedzieć, gdzie w Białymstoku bywają zagraniczni studenci?
Robimy szum z powodu jednej dziewczyny. Angielska studentka zostanie oprowadzona po pałacu Branickich, wypije setkę pod ogórka w Wodopojce, odwiedzi teatr lalek i po tygodniu odjedzie. My zaś odetchniemy z ulgą. Uff, znowu się udało.
Tymczasem marzy mi się taka sytuacja, gdy podobnych dylematów nie będzie. Na pytanie, co pokazać angielskiej, białoruskiej, hiszpańskiej, arabskiej czy indyjskiej studentce - wzruszymy tylko ramionami i odpowiemy - wszystko! Całe nasze miasto jest piękne! Wszędzie warto zajść i podziwiać.
Taka sytuacja mi się właśnie marzy.
Co pokazać? Przecież dwa lata temu był w mieście światowy zlot esperantysów. Pokażmy to samo, co wówczas pokazywaliśmy. Rok temu aspirowaliśmy do Europejskiej Stolicy Kultury. Wyciągnijmy te raporty, co też u nas takiego pięknego i niezwykłego. O, wielokulturowość na ten przykład. Pokażmy angielskiej studentce naszą wielokulturowość. Gdzie? No, jak to? Ikony w Supraślu, synagogę w Tykocinie, meczet w Kruszynianach. Woźmy ją po okolicy cały tydzień. A w samym Białymstoku co pokazać? No właśnie!
Kiedyś Białystok był zamieszkany przez ludność wielojęzyczną, wieloetniczną, wielowyznaniową. Po Żydach zostały dwie synagogi. Na jednej deweloper powiesił swoją reklamę, w drugiej trenują bokserzy. Cmentarz żydowski na przedmieściach jest stale dewastowany i zarasta trawą. Na cmentarzu ewangelickim walają się butelki po piwie.
Ale jest wspaniała cerkiew w samym centrum. Jest pielgrzymka do Grabarki. Cudownie, gdyby studentka mogła zobaczyć pielgrzymów na Świętej Górze pełnej krzyży. Gdyby posłuchać mogła festiwalu cerkiewnych chórów. Gdyby w Supraślu usłyszała koncert dzwonów. Tym powinniśmy się szczycić.
Bo niestety inne przejawy wielokulturowości regionu są w naszym mieście nieobecne.
Pokazać chcemy angielskiej studentce Białostocki Teatr Lalek. Świetny pomysł! Ale dlaczego nie pokazać jej Akademii Teatralnej? Pamiętam znakomite spektakle na korytarzach, na dziedzińcu i na uczelnianej scenie. Ta scena za każdym razem była gdzie indziej. To fajne móc tak wędrować z uczelnią i każdego dnia oglądać inny spektakl w innym miejscu. Świetną okazją do wizyty na akademii byłby festiwal szkół teatralnych. Ale akademia teatralna powinna tętnić życiem i promieniować na miasto nie tylko podczas festiwalu. Dziś spektakl dyplomowy, jutro swoje umiejętności pokażą studenci pierwszego roku. Marzę o tym. By miejsce to tętniło ulicznymi spektaklami w bramie, by mury uczelni szturmowane były przez średniowiecznych rycerzy, a z okien grała wielka lśniąca trąba. Zgłaszam się do roli trąby. Chciałbym, by studenci wychodzili ze swą fantazją na miasto. Tak jak ubarwiali je kiedyś podczas fuksówek. Pamiętam dawno temu wędrującą obok baru Słoneczko grupę Indian. No, klękajcie narody! Późniejsze pomysły przebierania ludzi za kredki bawiły już mniej.
W upalne dni warto pójść z angielskim gościem pod Teatr Dramatyczny. Dzieciaki taplające się w fontannach są urocze. Czysta radość. Kiedyś w upalne dni, również na betonowym placu pod ratuszem, można się było schłodzić w ogrodowej polewaczce podłączonej do hydrantu. Ale w tym roku z tego pomysłu widocznie zrezygnowano. Wielka szkoda. Być może po białostockim placu miejskim należy przechadzać się z godnością i zabawy dzieci i młodzieży nie przystoją temu miejscu. Należy koniecznie o tym wspomnieć naszemu gościowi, by nie śmiał się czasem w miejscach do tego nie przeznaczonych.
Słyszałem, że Angielka wędrować ma białostockim szlakiem kulinarnym. Powodzenia. Słyszałem o szumnym otwarciu tego szlaku, o stronie internetowej, o jakimś białysie, miasto wydało na to wszystko kupę kasy. Może ten szlak rzeczywiście istnieje i może rzeczywiście białostoccy smakosze wędrują od uczty do uczty. Pewnie jest tak w istocie. Ja słyszałem tylko o nauce lepienia pierogów. Kiedy więc chcę zaskoczyć swoich gości przybywających z daleka - zawsze prowadzę ich na pieczoną kiszkę do baru U Czesia na ulicy Raginisa. Pan Czesław zawsze wspaniale zaczesany do tyłu, zawsze w rozpiętym fartuchu, podaje dymiące stosy pieczonej kiszki. Nie jakichś tam cieniutkich flaków, ale prawdziwej grubej kichy. Ładuje na talerz kilogramowe porcje i zawsze się dziwi, gdy klient mówi "Prosiłem małą porcję". W centrum miasta polecam serniczki z kompotem w Podlasiance. Obowiązkowo zjeść je należy na tarasie, gdzie przylatują do stołu wróble. Śledzik białostocki najlepszy na stojaka w Wodopojce na Siennym Rynku. Kawałek dalej czeskie piwo w gospodzie U Szwejka na Bema. Co ma Szwejk do Białegostoku? No cóż, niestety nie możemy poczęstować lokalnym piwem, bo białostocka Bierhalle sprowadza piwa z Warszawy. Miejscowy browar, który kiedyś produkował kilkanaście gatunków piwa, dziś robi tylko jeden rodzaj. Czym się tu zatem chwalić? Honoru regionu broni tylko Łomża. Doskonałe litewskie piwa można dostać w Centrum Park. Ale podobno angielskiej turystki w okolice dworca PKS-u prowadzić nie można. To jest dopiero dziwne. Bo zawsze słyszałem, że dworzec to wizytówka miasta. Tam turysta po raz pierwszy spotyka się z miastem i wystawia o nim sobie opinię. Polecam to uwadze naszych włodarzy.
Jesteśmy zatem na ulicy Bema. Warto zaprosić gościa do hali rzemieślników. W malutkim lokaliku zawalonym po sufit butami, pracuje tam osiemdziesięcioletni szewc. To sceneria rodem z baśni Andersena. Do centrum wracamy oczywiście piechotą przez ulicę Młynową. Pokazujemy pozostałości drewnianej dzielnicy. Tu warto dziewczynie wspomnieć, że byliśmy największym drewnianym miastem Europy, że byliśmy miastem kwitnących ogrodów. Ale że wstydzimy się obecnie naszych korzeni i drewniane domy są dla nas symbolem zacofania i skansenu. Że nie umiemy ich zachować, nie umiemy ich przenieść, więc robimy wszystko, aby je zniszczyć. Sprzedać ziemię deweloperom, by postawili betonowe bloki. I że świetnie nam się to udaje, co widać po popalonych i wybebeszonych drewnianych budynkach. Niedługo wszystko zostanie zalane betonem i niczym nie będziemy się różnić od innych miast.
Blog prowadzony przez Camillę i innych uczestników "Misji" znajdziecie na http://misja21.blox.pl/html
Robimy szum z powodu jednej dziewczyny. Angielska studentka zostanie oprowadzona po pałacu Branickich, wypije setkę pod ogórka w Wodopojce, odwiedzi teatr lalek i po tygodniu odjedzie. My zaś odetchniemy z ulgą. Uff, znowu się udało.
Tymczasem marzy mi się taka sytuacja, gdy podobnych dylematów nie będzie. Na pytanie, co pokazać angielskiej, białoruskiej, hiszpańskiej, arabskiej czy indyjskiej studentce - wzruszymy tylko ramionami i odpowiemy - wszystko! Całe nasze miasto jest piękne! Wszędzie warto zajść i podziwiać.
Taka sytuacja mi się właśnie marzy.
Co pokazać? Przecież dwa lata temu był w mieście światowy zlot esperantysów. Pokażmy to samo, co wówczas pokazywaliśmy. Rok temu aspirowaliśmy do Europejskiej Stolicy Kultury. Wyciągnijmy te raporty, co też u nas takiego pięknego i niezwykłego. O, wielokulturowość na ten przykład. Pokażmy angielskiej studentce naszą wielokulturowość. Gdzie? No, jak to? Ikony w Supraślu, synagogę w Tykocinie, meczet w Kruszynianach. Woźmy ją po okolicy cały tydzień. A w samym Białymstoku co pokazać? No właśnie!
Kiedyś Białystok był zamieszkany przez ludność wielojęzyczną, wieloetniczną, wielowyznaniową. Po Żydach zostały dwie synagogi. Na jednej deweloper powiesił swoją reklamę, w drugiej trenują bokserzy. Cmentarz żydowski na przedmieściach jest stale dewastowany i zarasta trawą. Na cmentarzu ewangelickim walają się butelki po piwie.
Ale jest wspaniała cerkiew w samym centrum. Jest pielgrzymka do Grabarki. Cudownie, gdyby studentka mogła zobaczyć pielgrzymów na Świętej Górze pełnej krzyży. Gdyby posłuchać mogła festiwalu cerkiewnych chórów. Gdyby w Supraślu usłyszała koncert dzwonów. Tym powinniśmy się szczycić.
Bo niestety inne przejawy wielokulturowości regionu są w naszym mieście nieobecne.
Pokazać chcemy angielskiej studentce Białostocki Teatr Lalek. Świetny pomysł! Ale dlaczego nie pokazać jej Akademii Teatralnej? Pamiętam znakomite spektakle na korytarzach, na dziedzińcu i na uczelnianej scenie. Ta scena za każdym razem była gdzie indziej. To fajne móc tak wędrować z uczelnią i każdego dnia oglądać inny spektakl w innym miejscu. Świetną okazją do wizyty na akademii byłby festiwal szkół teatralnych. Ale akademia teatralna powinna tętnić życiem i promieniować na miasto nie tylko podczas festiwalu. Dziś spektakl dyplomowy, jutro swoje umiejętności pokażą studenci pierwszego roku. Marzę o tym. By miejsce to tętniło ulicznymi spektaklami w bramie, by mury uczelni szturmowane były przez średniowiecznych rycerzy, a z okien grała wielka lśniąca trąba. Zgłaszam się do roli trąby. Chciałbym, by studenci wychodzili ze swą fantazją na miasto. Tak jak ubarwiali je kiedyś podczas fuksówek. Pamiętam dawno temu wędrującą obok baru Słoneczko grupę Indian. No, klękajcie narody! Późniejsze pomysły przebierania ludzi za kredki bawiły już mniej.
W upalne dni warto pójść z angielskim gościem pod Teatr Dramatyczny. Dzieciaki taplające się w fontannach są urocze. Czysta radość. Kiedyś w upalne dni, również na betonowym placu pod ratuszem, można się było schłodzić w ogrodowej polewaczce podłączonej do hydrantu. Ale w tym roku z tego pomysłu widocznie zrezygnowano. Wielka szkoda. Być może po białostockim placu miejskim należy przechadzać się z godnością i zabawy dzieci i młodzieży nie przystoją temu miejscu. Należy koniecznie o tym wspomnieć naszemu gościowi, by nie śmiał się czasem w miejscach do tego nie przeznaczonych.
Słyszałem, że Angielka wędrować ma białostockim szlakiem kulinarnym. Powodzenia. Słyszałem o szumnym otwarciu tego szlaku, o stronie internetowej, o jakimś białysie, miasto wydało na to wszystko kupę kasy. Może ten szlak rzeczywiście istnieje i może rzeczywiście białostoccy smakosze wędrują od uczty do uczty. Pewnie jest tak w istocie. Ja słyszałem tylko o nauce lepienia pierogów. Kiedy więc chcę zaskoczyć swoich gości przybywających z daleka - zawsze prowadzę ich na pieczoną kiszkę do baru U Czesia na ulicy Raginisa. Pan Czesław zawsze wspaniale zaczesany do tyłu, zawsze w rozpiętym fartuchu, podaje dymiące stosy pieczonej kiszki. Nie jakichś tam cieniutkich flaków, ale prawdziwej grubej kichy. Ładuje na talerz kilogramowe porcje i zawsze się dziwi, gdy klient mówi "Prosiłem małą porcję". W centrum miasta polecam serniczki z kompotem w Podlasiance. Obowiązkowo zjeść je należy na tarasie, gdzie przylatują do stołu wróble. Śledzik białostocki najlepszy na stojaka w Wodopojce na Siennym Rynku. Kawałek dalej czeskie piwo w gospodzie U Szwejka na Bema. Co ma Szwejk do Białegostoku? No cóż, niestety nie możemy poczęstować lokalnym piwem, bo białostocka Bierhalle sprowadza piwa z Warszawy. Miejscowy browar, który kiedyś produkował kilkanaście gatunków piwa, dziś robi tylko jeden rodzaj. Czym się tu zatem chwalić? Honoru regionu broni tylko Łomża. Doskonałe litewskie piwa można dostać w Centrum Park. Ale podobno angielskiej turystki w okolice dworca PKS-u prowadzić nie można. To jest dopiero dziwne. Bo zawsze słyszałem, że dworzec to wizytówka miasta. Tam turysta po raz pierwszy spotyka się z miastem i wystawia o nim sobie opinię. Polecam to uwadze naszych włodarzy.
Jesteśmy zatem na ulicy Bema. Warto zaprosić gościa do hali rzemieślników. W malutkim lokaliku zawalonym po sufit butami, pracuje tam osiemdziesięcioletni szewc. To sceneria rodem z baśni Andersena. Do centrum wracamy oczywiście piechotą przez ulicę Młynową. Pokazujemy pozostałości drewnianej dzielnicy. Tu warto dziewczynie wspomnieć, że byliśmy największym drewnianym miastem Europy, że byliśmy miastem kwitnących ogrodów. Ale że wstydzimy się obecnie naszych korzeni i drewniane domy są dla nas symbolem zacofania i skansenu. Że nie umiemy ich zachować, nie umiemy ich przenieść, więc robimy wszystko, aby je zniszczyć. Sprzedać ziemię deweloperom, by postawili betonowe bloki. I że świetnie nam się to udaje, co widać po popalonych i wybebeszonych drewnianych budynkach. Niedługo wszystko zostanie zalane betonem i niczym nie będziemy się różnić od innych miast.
- Dodaj komentarz
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
9 głosów





