84-letnia kobieta zatłuczona młotkiem. Zaczął się proces
14.02.2012
, aktualizacja: 13.02.2012 20:19
Oskarżeni o zabójstwo staruszki w Kuźnicy Białostockiej nie przyznają się do winy. W bezładnej plątaninie kłamstw to obciążają siebie nawzajem, to upierają się, że nie mają ze zbrodnią nic wspólnego. Przed Sądem Okręgowym w Białymstoku rozpoczął się proces w sprawie brutalnego morderstwa dla... dwóch tysięcy złotych.
ZOBACZ TAKŻE
- Nastoletni bandyta, który zabił sklepikarza, posiedzi 25 lat (13-03-12, 14:25)
- Rozbój z niebezpiecznym skórzanym kapciem w ręku (03-03-12, 11:00)
- 25 lat więzienia za "załatwienie spraw rodzinnych" nożem (21-02-12, 16:08)
- Nie chciałem - mówi oskarżony o zabójstwo na Mieszka (17-02-12, 13:26)
- Miłość, wierność i paragraf. Walentynki od sądowej strony (14-02-12, 14:11)
- Kolejne zatrzymanie w sprawie zabójstwa b. wiceprezydenta Łomży (23-10-11, 17:10)
84-letnia mieszkanka Kuźnicy zginęła 30 października 2010 roku we własnym domu, od licznych ciosów młotkiem w głowę. Strzaskały jej kości i wgniotły do wnętrza czaszki. Sprawcy zabrali z mieszkania pieniądze w kwocie około 2 tys. zł. Policja zatrzymała trzy niespełna 30-letnie osoby. Prokuratura postawiła Pawłowi K. i Anicie K. zarzuty zabójstwa i rozboju. Obciążyły ich zeznania trzeciego kompana - Andrzeja H., który miał stać na czatach. Przed prokuratorem mówił tak: - Tego dnia wróciłem wieczorem z pracy do domu, zjadłem kolację i około godz. 20.30 poszedłem do Kuźnicy po papierosy. Na ulicy spotkałem Pawła K. z Anitą K. Paweł powiedział do mnie: "Chodź z nami, ja tylko pójdę do ciotki po pieniądze". Powiedział, że mam zaczekać, a jak ktoś będzie szedł, to żebym zadzwonił. Oni poszli do domu za urzędem gminy. Usłyszałem krzyk: "Ratunku!". Paweł wybiegł i pobiegł nad rzekę. Jak wrócił, to zobaczyłem na rękawie jego bluzy krew, a ręce miał mokre. Zrozumiałem, co się stało i nie poszedłem już z nimi do baru.
Andrzej H. dodał, że postanowił powiedzieć prokuratorowi prawdę, bo "sumienie go ruszyło". Nie bez znaczenia był też jego strach przed więzieniem - wcześniej siedział za gwałt, wyszedł na warunkowe przedterminowe zwolnienie.
W poniedziałek w sądzie jeszcze przed odczytaniem aktu oskarżenia H. wił się jak piskorz. Zależało mu na tym, by wyjaśniać oddzielnie, bez obecności pozostałych współoskarżonych. Nic z tego.
A pozostali nie przyznają się.
Paweł K.: - Oni mnie wrabiają! Może Anita za to, że ją wyzywałem za te pieniądze co mi ukradła?
Nie potrafił przypomnieć sobie gdzie był tego dnia gdy doszło do zabójstwa. Wydawało mu się, że albo u znajomych w pobliskiej wsi, albo w domu, albo może na "bazarku" w Kuźnicy (rynek funkcjonuje 24 godziny na dobę, handluje się tam przemycanym alkoholem i papierosami, czym zresztą trudnił się też oskarżony). Rozbieżności w swoich zeznaniach na każdym etapie postępowania tłumaczył tak: - Bo ja po alkoholu na drugi dzień mam przejaśnienia. Teraz wiem, że ze współoskarżonymi nigdzie nie byłem.
O narzędziu zbrodni zabezpieczonym na jego posesji: - Gołębie hoduję, to i młotek jest potrzebny.
Anita K. z kolei, histeryzując, na przemian płakała i krzyczała. Trudno przytoczyć choć fragment jej wyjaśnień, tak są chaotyczne, nawzajem wykluczające się i wulgarne. W prokuraturze utrzymywała, że to ona czekała przed domem ofiary, a po wszystkim "Papan" (ksywa Pawła K.) zabrał ją do baru, rzucił na stół plik banknotów, żeby się popisać i stawiał piwo. Wypiła dwa i film się jej urwał. W sądzie wszystko odwoływała: - Policjanci zabrali mnie z domu, aresztowali, nastraszyli. Człowiek niekarany, a tu o zabójstwo pytają. To tak plotłam, aby pleść [z badania wariografem wynika jednak, że ma wiedzę na temat zdarzenia - red.].
I dokładnie taką samą strategię obrał Andrzej H. Zanim jednak dotarł do sedna, sąd musiał wysłuchać niekończącego się wywodu o jego związku z Anitą, licznych przeprowadzkach, udawaniu jej brata i innych "towarzyskich" niuansach. W końcu wyznał: - To, co zeznałem, to skłamałem. Ja funkcjonariuszom przysięgałem na swoje dziecko, że mnie tam nie było, a oni nie wierzyli. Przyznałem się, bo krzyczeli.
Sędzia pytała, dlaczego w takim razie skłamał też prokuratorowi, czyżby również ze strachu? Oskarżony na to: - Nie wiem. Oni mówili, że jak się przyznam, to dostanę mniejszy wyrok. A jak się nie przyznam, to dożywocie...
Kolejna rozprawa patologicznej trójki planowana jest na wtorek (14.02.).
Andrzej H. dodał, że postanowił powiedzieć prokuratorowi prawdę, bo "sumienie go ruszyło". Nie bez znaczenia był też jego strach przed więzieniem - wcześniej siedział za gwałt, wyszedł na warunkowe przedterminowe zwolnienie.
W poniedziałek w sądzie jeszcze przed odczytaniem aktu oskarżenia H. wił się jak piskorz. Zależało mu na tym, by wyjaśniać oddzielnie, bez obecności pozostałych współoskarżonych. Nic z tego.
A pozostali nie przyznają się.
Paweł K.: - Oni mnie wrabiają! Może Anita za to, że ją wyzywałem za te pieniądze co mi ukradła?
Nie potrafił przypomnieć sobie gdzie był tego dnia gdy doszło do zabójstwa. Wydawało mu się, że albo u znajomych w pobliskiej wsi, albo w domu, albo może na "bazarku" w Kuźnicy (rynek funkcjonuje 24 godziny na dobę, handluje się tam przemycanym alkoholem i papierosami, czym zresztą trudnił się też oskarżony). Rozbieżności w swoich zeznaniach na każdym etapie postępowania tłumaczył tak: - Bo ja po alkoholu na drugi dzień mam przejaśnienia. Teraz wiem, że ze współoskarżonymi nigdzie nie byłem.
O narzędziu zbrodni zabezpieczonym na jego posesji: - Gołębie hoduję, to i młotek jest potrzebny.
Anita K. z kolei, histeryzując, na przemian płakała i krzyczała. Trudno przytoczyć choć fragment jej wyjaśnień, tak są chaotyczne, nawzajem wykluczające się i wulgarne. W prokuraturze utrzymywała, że to ona czekała przed domem ofiary, a po wszystkim "Papan" (ksywa Pawła K.) zabrał ją do baru, rzucił na stół plik banknotów, żeby się popisać i stawiał piwo. Wypiła dwa i film się jej urwał. W sądzie wszystko odwoływała: - Policjanci zabrali mnie z domu, aresztowali, nastraszyli. Człowiek niekarany, a tu o zabójstwo pytają. To tak plotłam, aby pleść [z badania wariografem wynika jednak, że ma wiedzę na temat zdarzenia - red.].
I dokładnie taką samą strategię obrał Andrzej H. Zanim jednak dotarł do sedna, sąd musiał wysłuchać niekończącego się wywodu o jego związku z Anitą, licznych przeprowadzkach, udawaniu jej brata i innych "towarzyskich" niuansach. W końcu wyznał: - To, co zeznałem, to skłamałem. Ja funkcjonariuszom przysięgałem na swoje dziecko, że mnie tam nie było, a oni nie wierzyli. Przyznałem się, bo krzyczeli.
Sędzia pytała, dlaczego w takim razie skłamał też prokuratorowi, czyżby również ze strachu? Oskarżony na to: - Nie wiem. Oni mówili, że jak się przyznam, to dostanę mniejszy wyrok. A jak się nie przyznam, to dożywocie...
Kolejna rozprawa patologicznej trójki planowana jest na wtorek (14.02.).
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
0 głosów




