Kochany zięć tak się odwdzięczył. Proces o morderstwo
14.02.2012
, aktualizacja: 14.02.2012 16:36
Po ekshumacji okazało się, że żona została otruta tymi truciznami, które znaleźli u Andrzeja. Nikt się tego nie spodziewał. Nie kłóciliśmy się, dużo dla niego zrobiłem, a on się tak odwdzięczył - mówił w sądzie teść mężczyzny, oskarżonego o zabójstwo i wielokrotne próby eksterminacji całej rodziny
ZOBACZ TAKŻE
- 25 lat za 27 ciosów nożem. Wyrok za morderstwo (10-05-12, 20:00)
- Dożywocie za amok. Nic nie usprawiedliwia mordercy (27-03-12, 14:57)
- 25 lat więzienia za "załatwienie spraw rodzinnych" nożem (21-02-12, 16:08)
- Nie chciałem - mówi oskarżony o zabójstwo na Mieszka (17-02-12, 13:26)
Przed Sądem Okręgowym w Białymstoku we wtorek (14.02) zeznawali pierwsi świadkowie w sprawie przeciwko Andrzejowi K., któremu prokuratura postawiła aż dziewięć poważnych zarzutów. 39-latek, który od września 2009 roku siedzi w areszcie, oskarżony jest o zabójstwo ze szczególnym okrucieństwem - otrucie teściowej chlorkiem rtęci. Oraz o próby wymordowania pozostałych członków rodziny, próby podpalenia budynków zajmowanych na tej samej posesji przez teścia i szwagrostwo, zniszczenie mienia - doprowadzenie do zalania domu szwagra, uszkodzenie jego samochodu. Andrzej K. został jeszcze oskarżony o założenie i posługiwanie się urządzeniem umożliwiającym podsłuch w budynku szwagrostwa oraz w miejscu pracy - gabinetach swoich przełożonych: dyrektora i kierownika administracji. Przyznaje się tylko do ostatniego zarzutu.
Akt oskarżenia tylko w małym stopniu oddaje dramat rodziny mieszkającej w podbiałostockiej Grabówce. Całą grozę odsłoniły zeznania seniora - teścia oskarżonego. 60-letni mężczyzna, rozgoryczony i przybity, drobiazgowo opisywał spotykające ich na każdym kroku nieszczęścia. Przepraszał sąd, że plączą mu się daty, ale od choroby spowodowanej zatruciem rtęcią, oprócz uszkodzonych płuc, ma kłopoty także z pamięcią. Poziom toksycznej substancji w jego domu został przekroczony 800 razy. Zdaniem śledczych Andrzej K. od 21 stycznia 2005 roku do 8 września 2009 roku rozlewał różne substancje toksyczne w domu teścia i szwagrostwa, w sypialniach. Domownicy wdychali opary trujących związków, działały one też na skórę. Teść doznał ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, leczył się w szpitalu specjalistycznym w Krakowie. Z jego opowieści wyłania się obraz pracowitego i zamożnego małżeństwa, które sprawiedliwie podzieliło posesję pomiędzy dwie córki, pomogło im wybudować domy ("Wszystko robiłem, przewiozłem każdą cegłę, każdy worek cementu" - mówił świadek), pilnowało wnuków, wspierało dzieci na każdym kroku, żyło zgodnie, razem świętując rodzinne uroczystości. Pierwszym zgrzytem był donos do skarbówki na drugiego zięcia, ale po trzyletniej kontroli, która nic nie wykryła, zapomnieli o tym. Potem spalił się garaż. Zalało dom drugiego zięcia (ekspertyza wykazała, że wężyk do spłuczki został przecięty), po czym ktoś wsypał piasek do silnika jego nowej skody. W wigilię 2007 roku spłonął dach w domu. Półtora roku później, na imieniny seniora, zdarzyło się coś nieprawdopodobnego. Ktoś podrzucił pod łóżko domowej roboty bombę - mieszankę wybuchowych substancji z zapalnikiem czasowym.
- Nie wiem jakimi ścieżkami policja to ustaliła, ale w końcu jakoś do niego doszli. Do mego zięcia kochanego. Nikt się tego nie spodziewał - mówił przed sądem teść. Szukał w pamięci czegoś, co wcześniej mogłoby dać im wskazówkę, ostrzeżenie. Może to, że: - Traktował mnie i moją żonę jako takich niżej stojących. Brakowało mu ciepła...
Ale przecież żadnych kłótni nie było - dodawał. - Nie wtrącaliśmy się, tylko pomagaliśmy jak mogliśmy.
Najdramatyczniej zabrzmiał opis agonii żony. W 2004 roku umierała ona w męczarniach.
- Wymioty i biegunka, nie do opisania. Trzy tygodnie przed śmiercią erka zabrała ją na sygnale, odwodnioną - opisywał mąż. Druga interwencja pogotowia zabrała żonę nieprzytomną. Mąż pojechał za karetką. Wspominał: - Po dwóch godzinach wyszedł lekarz i powiedział: "Nie udało nam się jej przywrócić". Od soboty do wtorku leżała w śpiączce. Zmarła o 8 rano. Lekarz mówił, że to nietypowy przypadek, dlatego trzeba zrobić sekcję. Silne zatrucie organizmu substancją niewiadomego pochodzenia.
Dopiero badania po latach, po ekshumacji zwłok, ujawniły obecność rtęci w organizmie, wielokrotnie przekraczającą normy. Po zatrzymaniu Andrzeja K. przeszukano jego dom i miejsce pracy. Śledczy odkryli podręcznik z toksykologii i faktury na zakup niebezpiecznych substancji chemicznych. Nie znają motywu zbroni, ale w zeznaniach świadków przewija się zazdrość oskarżonego o sukcesy szwagrostwa i faworyzowanie ich przez teściów. Teść, który jest oskarżycielem posiłkowym, domaga się od Andrzeja K. 250 tys. zł odszkodowania za śmierć żony.
Akt oskarżenia tylko w małym stopniu oddaje dramat rodziny mieszkającej w podbiałostockiej Grabówce. Całą grozę odsłoniły zeznania seniora - teścia oskarżonego. 60-letni mężczyzna, rozgoryczony i przybity, drobiazgowo opisywał spotykające ich na każdym kroku nieszczęścia. Przepraszał sąd, że plączą mu się daty, ale od choroby spowodowanej zatruciem rtęcią, oprócz uszkodzonych płuc, ma kłopoty także z pamięcią. Poziom toksycznej substancji w jego domu został przekroczony 800 razy. Zdaniem śledczych Andrzej K. od 21 stycznia 2005 roku do 8 września 2009 roku rozlewał różne substancje toksyczne w domu teścia i szwagrostwa, w sypialniach. Domownicy wdychali opary trujących związków, działały one też na skórę. Teść doznał ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, leczył się w szpitalu specjalistycznym w Krakowie. Z jego opowieści wyłania się obraz pracowitego i zamożnego małżeństwa, które sprawiedliwie podzieliło posesję pomiędzy dwie córki, pomogło im wybudować domy ("Wszystko robiłem, przewiozłem każdą cegłę, każdy worek cementu" - mówił świadek), pilnowało wnuków, wspierało dzieci na każdym kroku, żyło zgodnie, razem świętując rodzinne uroczystości. Pierwszym zgrzytem był donos do skarbówki na drugiego zięcia, ale po trzyletniej kontroli, która nic nie wykryła, zapomnieli o tym. Potem spalił się garaż. Zalało dom drugiego zięcia (ekspertyza wykazała, że wężyk do spłuczki został przecięty), po czym ktoś wsypał piasek do silnika jego nowej skody. W wigilię 2007 roku spłonął dach w domu. Półtora roku później, na imieniny seniora, zdarzyło się coś nieprawdopodobnego. Ktoś podrzucił pod łóżko domowej roboty bombę - mieszankę wybuchowych substancji z zapalnikiem czasowym.
- Nie wiem jakimi ścieżkami policja to ustaliła, ale w końcu jakoś do niego doszli. Do mego zięcia kochanego. Nikt się tego nie spodziewał - mówił przed sądem teść. Szukał w pamięci czegoś, co wcześniej mogłoby dać im wskazówkę, ostrzeżenie. Może to, że: - Traktował mnie i moją żonę jako takich niżej stojących. Brakowało mu ciepła...
Ale przecież żadnych kłótni nie było - dodawał. - Nie wtrącaliśmy się, tylko pomagaliśmy jak mogliśmy.
Najdramatyczniej zabrzmiał opis agonii żony. W 2004 roku umierała ona w męczarniach.
- Wymioty i biegunka, nie do opisania. Trzy tygodnie przed śmiercią erka zabrała ją na sygnale, odwodnioną - opisywał mąż. Druga interwencja pogotowia zabrała żonę nieprzytomną. Mąż pojechał za karetką. Wspominał: - Po dwóch godzinach wyszedł lekarz i powiedział: "Nie udało nam się jej przywrócić". Od soboty do wtorku leżała w śpiączce. Zmarła o 8 rano. Lekarz mówił, że to nietypowy przypadek, dlatego trzeba zrobić sekcję. Silne zatrucie organizmu substancją niewiadomego pochodzenia.
Dopiero badania po latach, po ekshumacji zwłok, ujawniły obecność rtęci w organizmie, wielokrotnie przekraczającą normy. Po zatrzymaniu Andrzeja K. przeszukano jego dom i miejsce pracy. Śledczy odkryli podręcznik z toksykologii i faktury na zakup niebezpiecznych substancji chemicznych. Nie znają motywu zbroni, ale w zeznaniach świadków przewija się zazdrość oskarżonego o sukcesy szwagrostwa i faworyzowanie ich przez teściów. Teść, który jest oskarżycielem posiłkowym, domaga się od Andrzeja K. 250 tys. zł odszkodowania za śmierć żony.
- Dodaj komentarz
- Kup licencję
-
Ocena:
- słabe
- nic specjalnego
- dobre
- bardzo dobre
- znakomite
1 głos




