Kontakt z załogą śmigłowca Kania (zmodernizowana wersja rosyjskiego MI-2) urwał się w sobotę tuż przed godz. 18, kiedy to maszyna miała znajdować się w okolicach Mielnika, na południowym skraju województwa podlaskiego. Jeden z mieszkańców wsi Klukowicze powiadomił strażników granicznych, że słyszał, jak helikopter najpierw leciał, a potem z hukiem spadł na ziemię. Miejscowość ta znajduje się tuż przy polsko-białoruskiej granicy.
- Śmigłowiec leciał jakoś tak dziwnie. Zwykle mi latał nad polem, a teraz leciał nad domem. Nie słyszałam, żeby się rozbił, ale zdziwiłam się, że nie zawrócił, bo tak zawsze robił - opowiada nam w niedzielne przedpołudnie gospodyni z Wyczółek. Jej dom jest ostatnim we wsi, zaledwie kilkadziesiąt metrów od granicy i kilkaset od miejsca katastrofy.
- Silnik pracował jakoś tak dziwnie, nie tak jak zawsze. A poza tym śmigłowiec nie był oświetlony i przeleciał - jak nigdy - nad wsią - relacjonuje nastolatka spotkana w Klukowiczach. Huku upadku maszyny nie słyszała.
Poszukiwania
Akcja ratunkowa rozpoczęła się natychmiast po zgłoszeniu. Po polskiej stronie granicy na nogi postawiono ok. 200 osób, ściągnięto dwa śmigłowce i samolot. Po stronie białoruskiej też przeszukiwano teren.
Najpierw przeczesano obszar wokół Klukowicz, z czasem go rozszerzając. W okolicy jest sporo lasów i obszarów bagiennych. Poszukiwania dodatkowo utrudniała gęsta mgła oraz zapadające ciemności. Ok. godz. 22 warunki atmosferyczne były tak trudne, że z uwagi na bezpieczeństwo załóg latających trzeba było przerwać akcję. Na ziemi poszukiwania trwały.
Przed godz. 4 strażacy, którzy przeszukiwali jedno z pól kilkaset metrów na południe od Klukowicz, poczuli zapach lotniczej nafty. - Sprawdzili kierunek wiatru, a informacja o ich podejrzeniach została przekazana stronie białoruskiej. Po jakimś czasie dostaliśmy informację zwrotną, że wrak został znaleziony - mówi Marcin Janowski, rzecznik podlaskiej straży pożarnej.
Dziennikarze o odnalezieniu śmigłowca dowiedzieli się godzinę później. Zwłoka była potrzebna, by o tragedii powiadomić rodziny zmarłych i udzielić im niezbędnej pomocy.
Wizja lokalna
Śmigłowiec spadł na terenie Białorusi, ok. 200 metrów od granicy z Polską. Jest to łąka, na której leżą wielkie bele ze sprasowanym sianem. Nasi sąsiedzi nie stwarzali żadnych problemów, by polscy specjaliści mogli zobaczyć miejsce katastrofy. Dochodzenie w sprawie wypadku prowadzą jednak sami Białorusini. Przyczyny zdarzenia oddzielnie zbada też polska komisja badania wypadków lotniczych.
Specjalną konferencję prasową w tej sprawie zwołano wczoraj nad ranem w strażnicy pograniczników w Czeremsze.
- Widać, że śmigłowiec próbował schodzić, ale uderzenie o ziemię było bardzo silne, jest w niej lej około metra głębokości, potem śmigłowiec się przetoczył i roztrzaskał - opisywał miejsce katastrofy wiceminister MSWiA Adam Rapacki, który oglądał je w niedzielę nad ranem. - Załoga nie miała żadnych szans na przeżycie.
- Nie było żadnego wybuchu, nie było pożaru. Śmigłowiec spadł, rozbił się, a po chwili już go nie było widać - opowiada ppłk. Leszek Elas, komendant główny straży granicznej.
Na miejscu zginęli: 49-letni pilot z 15-letnim stażem, 35-letni nawigator i 34-letni mechanik, który przed feralnym lotem sprawdzał stan techniczny Kani.
Dobre maszyny
Rozbity śmigłowiec był praktycznie nowy, wyprodukowano go w 2006 roku. Wyposażony był w wszelki sprzęt pozwalający na loty w trudnych warunkach czy też w nocy.
Ani minister Rapacki, ani komendant Elas nie chcą się jeszcze wypowiadać na temat możliwych przyczyn katastrofy: - Jest na to za wcześnie.
Oprócz przyczyn katastrofy będzie również wyjaśniane, dlaczego nie zadziałała jak trzeba radiostacja ratownicza w maszynie, która samoczynnie powinna wysyłać informacje o lokalizacji wraku.
Do tej pory nie było wielu zdarzeń z udziałem Kani, które są eksploatowane przez polskich mundurowych. W straży granicznej ostatni taki przypadek miał miejsce w 1998 roku w Łapach, kiedy to śmigłowiec tego typu miał awarię jednego z silników. Pilotowi udało się jednak awaryjnie wylądować. Choć maszyna uległa zniszczeniu, pilot wyszedł z tego niegroźnie poturbowany.
Do czasu wyjaśnienia wszystkich wątpliwości wokół tej tragedii wstrzymano w całym kraju loty śmigłowców typu Kania.
Źródło: Gazeta Wyborcza Białystok