Kazirodca chce mówić. Koniec procesu

Joanna Klimowicz, Wojciech Więcko
03.02.2010 , aktualizacja: 04.02.2010 12:40
A A A Drukuj
Czy dzisiaj Krzysztof B. też pokaże dziennikarzom środkowy wyprostowany palec? Czy może ukorzy się i przeprosi córkę?

Fot.Agnieszka Sadowska / AG
Na wyrok kończący prawie roczny proces czekają z niecierpliwością przede wszystkim uczestnicy dramatu - 22-letnia dziś Alicja B., która przez sześć lat znosiła gwałty, bicie i upokorzenia ze strony rodzonego ojca, jej matka Teresa B. - niemy świadek wydarzeń, młodszy braciszek dziewczyny - Janek - i w końcu - sam oprawca. Ale sprawą żyje cała opinia publiczna, stąd można się spodziewać tłumu dziennikarzy w białostockim sądzie okręgowym. Kiedy proces ruszał w marcu ub.r., Krzysztofa B. na salę rozpraw eskortowało kilku policjantów, inni zabezpieczali trasę jego przejścia. Nie dlatego, że mógłby uciec, ale chroniąc go przed ewentualnymi osobami, które chciałyby go zaczepić.

- Czy przyzna się pan do winy? - pytali dziennikarze.

- Nie! - odkrzyknął mężczyzna.

- Czy przeprosi pan córkę? - indagowali.

- Nie, nie... - powtarzał Krzysztof B., pokazując dziennikarzom wyprostowany środkowy palec.

Okrzyknięty "polskim Fritzlem" 47-latek przez cały czas trwania procesu nie spuszczał z tonu. Nie przeprosił córki, a linię obrony oparł na tym, że do stosunków dochodziło za jej zgodą, ba! - były przez nią prowokowane. W śledztwie był badany psychiatrycznie i psychologicznie. Żadnych zaburzeń na tle seksualnym lekarze nie stwierdzili.

Ojciec: Jesteś moją własnością

Trudno to sobie wyobrazić. Zwłaszcza że zdaniem prokuratury molestowanie zaczęło się, gdy Alicja miała 13 lat. Mieszkali wtedy w Pasikurowicach pod Wrocławiem. Po raz pierwszy ojciec zgwałcił 15-letnią córkę latem 2003 r. Zwabił ją do warsztatu samochodowego, który prowadził. Związał ręce sznurem. Położył na ziemi i mimo oporów brutalnie zgwałcił. Po tym miał stwierdzić: "Jesteś moją własnością i nikt cię nie ruszy". Gwałcił ją wiele razy, zmuszał do współżycia i groził, że zabije, jeżeli komukolwiek piśnie choć słowo. Dwa razy w tygodniu wieczorem, po godz. 21, szedł do jej pokoju pod pretekstem posłuchania muzyki. Zrobił się zaborczy, przekupywał ją drogimi prezentami. Kiedy stawiała opór, obrywała kablem od magnetowidu, była bita po twarzy, raz groził jej nawet siekierą. Zamykał ją na wiele dni w pokoju, z drzwi wyjmował klamkę, aby nie mogła wyjść na wolność. Nie była jednak przetrzymywana w zamknięciu cały czas. Alicja dwukrotnie zaszła w ciążę. Najpierw w lutym 2005 r. na świat przyszedł chłopiec. Na polecenie ojca zrzekła się praw. W międzyczasie warsztat samochodowy zbankrutował, a rodzina przeprowadziła się pod Siemiatycze, w rodzinne strony Krzysztofa. W Grodzisku kupił dom, zaczął remontować. Koszmar trwał nadal. W styczniu 2007 r. Alicja urodziła drugie dziecko, również chłopca. Trafił do adopcji. Krzysztof B. upiera się, że dzieci nie są jego. Prokuratorzy ustalili, gdzie przebywają, ale dla dobra ich i ich nowych rodzin odstąpili od badań genetycznych.

Alicja uciekła z piekła, zgłaszając się na komendę policji w Siemiatyczach na początku września 2008 r. O sześcioletnim koszmarze mówiła sucho, spokojnie, bez emocji, jakby recenzowała film. Dlaczego się przełamała? - Coś we mnie pękło - powiedziała nam.

Jej matka Teresa B. - niemy świadek wydarzeń - wszystko potwierdziła, towarzyszyła córce na komendzie. Nie broniła jej wcześniej, bo była zastraszona przez męża. Prokuratura uwierzyła jej i nie stawiała zarzutów. Krzysztofa B. aresztowano. Śledczy postawili mu siedem zarzutów. Odpowiada za wielokrotne gwałty na córce, wieloletnie psychiczne i fizyczne znęcanie się nad rodziną (w latach 2001-2008), napad rabunkowy na narzeczonego córki i groźby pod jej adresem.

Proces w rok - to i tak sprawnie

Najpierw Krzysztof B. trafił do aresztu śledczego w Hajnówce, a kiedy sprawę przejęła Prokuratura Okręgowa w Białymstoku, przewieziono go do białostockiego aresztu. Kłopotów nie sprawia. Ale i jemu nikt nie robi... jesieni średniowiecza.

- Nie odnotowaliśmy żadnych problemów z perspektywy wychowawczej i ochronnej - mówi Michał Zagłoba, rzecznik prasowy aresztu. - Subkultura więzienna jest bardzo wyczulona na tego typu przestępstwa, ale i my o tym wiemy, dlatego izolujemy takich osadzonych dla ich bezpieczeństwa.

Krzysztof B. przebywa w celi tzw. małoosobowej, a osadzonych dobiera się z punktu widzenia prawnego (kalibru zarzutów), ale i osobowościowego. - By przebywanie na małej powierzchni nie rodziło zachowań agresywnych, żeby - mówiąc wprost - wzajemnie się nie nakręcali - tłumaczy Zagłoba.

Krzysztof B. ma dodatkowo wydzielone grupy spacerowe, aby ten kontakt ze współwięźniami był ograniczony do minimum.

- Dzięki temu nie było incydentów godzących w jego bezpieczeństwo. Sam mówi, że nie czuje się zagrożony - dodaje Michał Zagłoba.

W celi Krzysztof B. wertuje akta sprawy. Zgromadził ich całą reklamówkę: ksera opasłych opinii, protokoły z rozpraw. Jego adwokat z urzędu za punkt honoru przyjął merytoryczne przygotowanie klienta do procesu. I przygotowany jest. Nawet uczestniczył w formułowaniu pytań do świadków. Obrona chce, by zarzuty gwałtu na córce potraktować jako stosunek kazirodczy, a rozbój z użyciem siekiery - jako zmuszanie do określonego zachowania. Krzysztof B. aż pali się do opowiedzenia swojej wersji dziennikarzom. Musi z tym poczekać do prawomocnego wyroku. Jest przekonany, że to materiał na książkę.

Alicja B. już podzieliła się z opinią publiczną swymi przeżyciami. Z gazetą "Fakt" podpisała umowę na wyłączność, wyemitowano o niej film, wystąpiła też w popularnym programie "Teraz my". Ustaliliśmy, że pojawiają się rozbieżności pomiędzy jej zeznaniami w procesie a tym, co mówiła dziennikarzom różnych mediów. W sądzie były skrupulatnie wyjaśniane.

Właśnie ze względu na złożoność sprawy toczyła się ona blisko rok. Wprawdzie austriackiego sadystę Josefa Fritzla, który przez 24 lata więził swoją córkę i wykorzystywał ją seksualnie, sądzono parę dni i dostał dożywocie, to jednak w Polsce jest inna procedura. I tak - zdaniem wszystkich uczestników procesu - został on przeprowadzony nader sprawnie.

Pierwsza rozprawa zakończyła się po prawie sześciu godzinach. Kolejne wyznaczane były nawet parę razy w tygodniu - w sumie kilkadziesiąt rozpraw, tłumy świadków, rozbudowane opinie biegłych, telekonferencje ze świadkami z zachodu Polski...

- Biorąc pod uwagę zarzuty, proces poszedł sprawnie - uważa mec. Katarzyna Zdasiuk-Piaseczna, która jest adwokatem Alicji B. z wyboru i reprezentuje ją jako oskarżyciela posiłkowego. Obydwie popierają wniosek prokuratury o karę 15 lat - najwyższy możliwy wymiar.

Żeby już się skończyło

Choć dla Alicji każda rozprawa jest bardzo bolesna, stara się w nich uczestniczyć. I nie patrzeć na ojca. Czuje obrzydzenie. Zmieniła się. Wyprowadziła od matki na stancję do Białegostoku, modnie ścięła i ufarbowała włosy, dzięki dwumiesięcznej terapii psychologicznej trochę się wyciszyła. W wywiadach wyrzuciła z siebie złość, rozgoryczenie i poczucie zawodu, jaki sprawiła jej matka. Na pierwszej rozprawie nawet do niej nie podeszła. Ale z czasem panie się pogodziły, Alicja nawet z rzadka przyjeżdża do Grodziska. Teresa B. żyje tam skromnie i samotnie, tylko z synkiem, bez żadnych przyjaciół. Ze strachem myśli o tym, że mąż może kiedyś - nawet po najdłuższej odsiadce - tu wrócić. Wystąpiła o rozwód (sprawa jeszcze się toczy). Stara się ułożyć sobie życie na nowo. Pomagają jej urzędnicy z gminy - załatwili prace interwencyjne (sprzątała w szkole), wspierają zasiłkami, opałem. Gdy ktoś we wsi pyta ją o męża, jest w stanie wydusić z siebie jedno: - Żeby to już się skończyło.

Podziel się

  • 1 komentarz
  • Kup licencję
  • Ocena:

    • słabe
    • nic specjalnego
    • dobre
    • bardzo dobre
    • znakomite

    2 głosy